Andrzej Jankowski – brat

napisała Ewa Maria Jankowska

Andrzej Jacek Jankowski (herbu Nowina), współwłaściciel majątku Puczniew w woj. Łódzkim, syn Czesława Mariana i Elżbiety Janiny ze Śliwickich, urodził się 11.12.1907 roku w Warszawie.

Ukończył szkołę średnią – Gimnazjum Towarzystwa Ziemi Mazowieckiej w Warszawie. Należał do Związku Harcerstwa Polskiego –XXI WDH, drużyny prowadzonej przez jego ojca Czesława Jankowskiego, znanego warszawskiego adwokata, jednego z założycieli Harcerstwa Polskiego (wówczas skautingu). W 1920 roku, w obliczu wojny polsko-bolszewickiej, był w wieku 13 lat członkiem Harcerskiego Pogotowia Młodzieży, otrzymując przydział do Szpitala Mokotowskiego. Studia wyższe ukończył w Warszawie w 1930 roku na Wydziale Rolnictwa SGGW. Jego nazwisko widnieje na tablicy pamiątkowej wychowanków uczelni. Był filistrem korporacji „Sarmacja”. W 1930 roku z okazji wyborów do Sejmu był delegatem Stronnictwa Narodowego na okrąg kalisko – wieluńsko – turecki.

W 1931 roku ożenił się z Haliną Marią ze Stegmanów. Ze związku tego urodziło się dwoje dzieci: Ewa Maria (1932) i Stanisław Wojciech (1937).

Ojciec mój objął zadłużony majątek Puczniew w woj. łódzkim, o powierzchni 640 ha, który przypadł w działach rodzinnych naszej matce. Doprowadził majątek do kwitnącego stanu, pomimo trudnej sytuacji gospodarczej na wsi polskiej przed wojną (niskich cen produktów rolnych, wysokich podatków, kryzysu gospodarczego 1932 roku, który najbardziej dotknął gospodarstwa rolne). Udało mu się spłacić długi i poczynić szereg inwestycji. Rozbudował tartak, młyn i krochmalnię. Zorganizował Ochotniczą Straż Pożarną. W Puczniewie była 4 – klasowa szkoła podstawowa a przed samą II Wojną Światową wybudowano Ośrodek Zdrowia. Wzorowo prowadził hodowlę koni (również dla wojska) oraz krów i owiec a także uprawę łąk, użyźnianych przez rzekę Ner.

Rozwinął szeroką działalność społeczną. W 1933 roku otrzymał dyplom Komitetu Obywatelskiego Pożyczki Narodowej. Od 1934 roku był członkiem Polskiego Związku Zawodowego Rolników i Leśników z wyższym wykształceniem. Był też działaczem Związku Ziemian, w 1935 roku został delegowany na zastępcę członka Komisji Rozjemczej na powiat łódzki. W tym samym roku powołano go na członka Komitetu Obywatelskiego Niesienia Pomocy Najbiedniejszym powiatu łódzkiego. W 1938 roku mianowany został członkiem Komisji Odwoławczej przy Izbie Skarbowej w Łodzi. Odznaczony został Krzyżem Zasługi.

Cieszył się ogromną sympatią pracowników majątku Puczniew oraz okolicznych chłopów, nawet tych, którzy mieli przekonania komunistyczne. Jeden z nich zwierzał mu się : „trudno, dziedziców i księży trza powiesić, ale bardzo mi będzie Pana żal, bo bardzo Pana lubię”. W sąsiedniej wsi przyczynił się do wybudowania mleczarni. Założył również Kółko Rolnicze. Pomimo upływu ponad 65 lat zasługi te są wśród starszych mieszkańców wsi do dziś pamiętane. Jeden z mieszkańców odszukał mojego brata w 2006 roku i przekazał wiadomości o działalności społecznej naszego Ojca.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, w okresie międzywojennym, brak było na wsi ludzi z wykształceniem, którzy dostosowali się do prowadzenia gospodarki towarowej. Ceniono wiadomości fachowe Ojca, zdolności organizacyjne a także wesołość i poczucie humoru. Andrzej Jankowski, gorliwy katolik, współpracował z duszpasterzami wiejskimi oraz udzielał różnych świadczeń na rzecz parafii w Małyniu. Ze względu na stan zdrowia (choroba serca) był zwolniony od służby wojskowej, jednakże we wrześniu 1939 roku zgłosił się ochotniczo do wojska Polskiego. W grudniu 1939 roku majątek Puczniew, który znalazł się na terenie tzw „Warteland” został przejęty przez władze niemieckie. Ojciec z rodziną został wysiedlony do Generalnej Guberni.
Zamieszkaliśmy w Warszawie u dziadków a ojciec rozpoczął pracę jako wozak.

22 kwietnia 1940 roku do mieszkania moich dziadków wtargnęło gestapo. Aresztowali dziadka, wypytywali o mojego Ojca, którego nie było w domu. Polecili, aby gdy wróci zgłosił się w al.Szucha, w siedzibie gestapo. Tego samego dnia po południu gestapowcy przyszli ponownie. Ojca nadal nie było w domu. W mieszkaniu poza domownikami znajdowała się jeszcze ciotka. „Niech ciocia zabierze Ewę” poprosiła szybko matka. Wyprowadzono mnie kuchennymi schodami. Wieczorem przyszła po mnie matka. Dowiedziałam się, że gestapowcy zamknęli wszystkich domowników w kancelarii dziadka i plądrowali mieszkanie. Początkowo grozili aresztowaniem całej rodziny, następnie zmienili zamiar i po kilku godzinach opuścili mieszkanie. Ojciec powrócił wkrótce potem.

Następnego dnia rano przyszli po raz trzeci. Tym razem zastali Ojca i aresztowali go. Chcę sprostować wersję jakoby mój ojciec zgłosił się sam na gestapo po aresztowaniu dziadka, łudząc się, że tym sposobem go uratuje. Nie odpowiada to prawdzie. Być może ojciec miał taki zamiar, lecz nie zdążył go zrealizować. Został aresztowany przez Gestapo w mieszkaniu na Mokotowskiej, czego byłam naocznym świadkiem. Pamiętam krótką chwilę pożegnania z Ojcem. Matka zawiesiła mu na szyi medalik złoty od Chrztu Stasia. Wyprowadzono go do samochodu, obserwowaliśmy to przez okno. Ojciec i dziadek zostali aresztowani przez gestapo w ramach tzw. Akcji AB mającej na celu zagładę inteligencji polskiej i osadzenie w warszawskim więzieniu Pawiak. W dniu 21 czerwca obaj zostali rozstrzelani w masowej egzekucji w Palmirach pod Warszawą. W 1946 roku zwłoki rozstrzelanych ekshumowano i pochowano na Cmentarzu – Mauzoleum w Palmirach. Medalik wraz ze strzępkami dokumentów oddano matce po ekshumacji. Tablica pamiątkowa Śp. Andrzeja Jankowskiego znajduje się w kościele parafialnym w Małyniu.

Szkoła Ziemi Mazowieckiej

Pracownia Bohdana Pniewskiego

Pracowałem u Pniewskiego, gdzie zostałem zaangażowany do pomocy przy konkursie na projekt budynków Polskiego Radia, po czym profesor zaproponował mi pozostanie w pracowni na stałe. Wiodło nam się znakomicie. Po wygranym konkursie kończyliśmy właśnie projekt wstępny rozgłośni Polskiego Radia. Chodziliśmy dumni jak pawie. Po raz pierwszy „nasz” profesor wygrał konkurs z niepokonanym dotychczas Świrem – profesorem Rudolfem Świerczyńskim, wspomaganym przez samego Maćka Nowickiego. W pobitym polu zostały takie sławy, jak Bohdan Lachert i Józef Szanajca, oraz dwaj młodzi, doskonale się zapowiadający architekci, Kazimierz Marczewski i Zygmunt Skibniewski.

Roboty mieliśmy w bród. I to jakiej! Projekt dzielnicy reprezentacyjnej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego na Polu Mokotowskim, kościół Opatrzności, zespół budynków Towarzystwa Kredytowego Miejskiego przy placu Unii (dziś domy Narodowego Banku Polskiego), poselstwo japońskie na Foksal i wiele innych. Nie wyobrażałem sobie wówczas, że architekt może mieć większe zadania.

Kompania w pracowni była doskonała. Na budowie zastępował profesora Czesław Wegner, kolega-przyjaciel i świetny nauczyciel architektonicznego rzemiosła. W pracowni szefował nam Gruby – Janusz Kieszkowski (zamordowany przez NKWD w roku 1940 w Katyniu), mistrz nad mistrze w rysunku roboczym, pies na robotę i postrach fuszerów w pracowni i na budowie. „Na półpiętrze” pracowało kilku starszych kolegów, a raczej już współpartnerów profesora, jak Zbyszek Karpiński, Janusz Ostrowski i Zygmunt Stępiński. Ale główny trzon pracowni stanowiło kilku młodych, świeżo upieczonych architektów i mniej lub więcej zaawansowanych studentów: Jurek Padlewski (zamordowany w berlińskim Moabicie), mój serdeczny przyjaciel Przemek Siwik (zamordowany przez NKWD w roku 1940 w Katyniu), Olgierd Stryjecki (zginął jako pilot polski w RAF), Stanisław Bieńkuński, Zbyszek Krasnodębski, Wojtek Przybylski, Jerzy Staniszkis, Olek Tarnowski i ja. Do obsady pracowni należy jeszcze dołączyć gońca Gienia lub raczej gońców Gieniów. Zgodnie bowiem z tradycją pracowni każdy nowy goniec – a zmieniali się dość często – dziedziczył rower i imię.

Roboty mieliśmy w bród. A że pani Lusia Garszyńska (zginęła podczas Powstania) była w jednej osobie nie tylko przemiłym szefem sekretariatu, planowania, sprawozdawczości i personalnym, ale także bardzo sprawnym finansowym, więc też wkrótce kilku z nas zajeżdżało do pracowni na Frascati własnymi simkami. Zarabialiśmy dobrze, ale nie to było najważniejsze. W innych pracowniach płacono może nawet lepiej. Ale my dalibyśmy się wówczas posiekać za naszego profesora. Snobowaliśmy się, jak przystało młodym architektom, mówiliśmy o nim Majster i wyłaziliśmy ze skóry, żeby nie nawalić terminów i nie zrobić pracowni wstydu. Lubiliśmy Majstra za to, że wygrywał konkursy, że sam siadał przy rajzbrecie, że znał się na robocie i świetnie rysował, ale chyba przede wszystkim za to, że dawał nam się wyżyć i że słuchał uważnie naszych krytyk. I że miał poczucie humoru i trzymał fason.

Któregoś dnia przyszły do pracowni uroczyście egzaltowane panie w towarzystwie wytwornego prałata, by obejrzeć projekt kościoła Opatrzności. Na pytanie: „W jakim nastroju przystępuje do projektu świątyni”, profesor nieopatrznie uraczył dostojną delegację szkicem frontowej elewacji rysowanym przez Przemka Siwika, na którym poprzedniego wieczoru, robiąc korektę, wypisał ołówkiem 6B: „do dupy”.

Gdy Kiepura, wielki a skąpy mistrz Jan Kiepura, chcąc mieć projekt hotelu „Patria” w Krynicy jednak od Pniewskiego – bo to było modne – ale za 1/10 ceny, zaproponował profesorowi zrobienie jedynie szkicowego projektu za coś koło tysiąca złotych, Pniewski odpowiedział mu bez wahania:
– Panie Kiepura, za tysiąc złotych to ja mogę panu zaśpiewać!

Dotychczas w pracowni na Frascati istniał podział w zależności od opracowywanych tematów. Nieliczna ekipa „opatrznościowców”, opracowująca nową wersję kościoła, duży zespół „tekaemiarzy”, kończących pod wodzą Kieszkowskiego rysunki robocze dla szybko postępującej budowy przy placu Unii Lubelskiej, i my – „radioci” – wraz z Przemkiem Siwikiem zagrzebani po uszy w techniczno-akustycznych problemach rozgłośni radiowej.

Letnie miesiące 1939 roku ujawniły nowy, dotychczas nieznany, podział: kategoria A – zdolni do czynnej służby wojskowej, kategoria C – rezerwowa i „cywile”. Niemal cała pracownia przeszła tegoż lata przez ćwiczenia wojskowe. Patrzyliśmy z góry na cywilów. Ale i wśród posiadaczy kategorii A powstała nowa hierarchia. My, artylerzyści, patrzyliśmy z politowaniem na piechociarzy, a z prawdziwym respektem na Stryjeckiego, który z początkującego kreślarza awansował na podchorążego-pilota.

Tymczasem rysowaliśmy i chodziliśmy na budowę. Układaliśmy harmonogramy aż do końca zimy 1939 roku.

Pierwsze zostały zmobilizowane samochody. Były widocznie bardziej potrzebne niż my, rezerwiści. Odprowadziliśmy nasze małe simki do parku na Bielanach. Nie wiem, czy wpierw zostały zbombardowane, czy też rozsądni ludzie zdążyli je uprzednio rozszabrować.

23 sierpnia doczekaliśmy się wreszcie i my. Wraz z Kieszkowskim, Siwikiem i Stryjeckim spotkaliśmy się w pracowni w mundurach i z kartami mob, wzywającymi nas nazajutrz do pułków. Majster był wyraźnie wzruszony mobilizacją pracowni. Pani Lusia żegnała nas już na kredyt jak bohaterów. Na pożegnanie my, wojskowi, zafundowaliśmy całej cywilnej pracowni ciastka od Bliklego i poszliśmy. Wpadliśmy jeszcze z Przemkiem na budowę radia. Kończono właśnie głębokie wykopy pod biurowiec. Ślad tych wykopów, sadzawka-bajoro przy placu Unii w miejscu dzisiejszego Supersamu, zostały zasypane dopiero w roku 1950.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Grupa studentów architektury Studium

Dyplom Politechniki Warszawskiej

Czesław Jankowski – mój Ojciec

Czesław Jankowski – mój Ojciec, adwokat, działacz społeczny, harcerz, varsavianista. Urodził się w Warszawie 21 lipca 1880 roku z ojca Romana, fabrykanta powozów, i Wandy z Trapszów, córki Aleksandra ze znanej rodziny warszawskich aktorów. W roku 1906 poślubił Elżbietę ze Śliwickich, córkę Franciszka, lekarza, i Zofii z Rodysów. Odkąd sięgają moje dziecinne wspomnienia – mówiliśmy o nim ,,Burek”. Skąd się to wzięło, nie wiem, ale tak nazywała go rozpieszczona dzieciarnia. Wziąłem sobie to przezwisko jako cichociemny pseudonim przy skoku do Polski.

Odkąd cokolwiek pamiętam, widzę jego niebieskie, uśmiechnięte oczy i kręconą czuprynę – z biegiem lat coraz mocniej przyprószoną siwizną, pamiętam energię i żywotność umysłu, słyszę jego głos, jak mi coś cierpliwie tłumaczy. Był mi przyjacielem i kolegą.

Z opowiadań rodzinnych zapamiętałem jego uczniowską historię, głośną w Warszawie w końcu lat dziewięćdziesiątych. Będąc uczniem VII klasy w III Gimnazjum Męskim, na skutek szykan natury politycznej ze strony nauczycieli Rosjan na lekcji targnął się na swe życie, strzelając w otwarte usta z pistoletu. Przepis na nieuchronne samobójstwo niewiarygodnym zbiegiem okoliczności zawiódł. Kula utkwiła w czaszce, dokładnie między dwiema półkulami mózgu, nie naruszając jego funkcji. Wypadek przez kilka dni był sensacją Warszawy, a przez kilkadziesiąt lat przyczyną bólów głowy, na które skarżył się Ojciec przy zmianach pogody. Zaniepokojone tym wypadkiem rosyjskie władze szkolne umożliwiły mu dowolny wybór szkoły, z czego skorzystał, przenosząc się do V Gimnazjum, które ukończył w roku 1899. Studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, które ukończył w roku 1904. W okresie walk o szkołę polską współpracował w organizowaniu strajków. Próba niedoszłego samobójstwa nie wyleczyła mego ojca z zapalczywości i gorących przekonań politycznych, o czym świadczył przestrzał ręki w pojedynku, pamiątka z lat studenckich, podczas których aktywnie współdziałał w organizowaniu strajków szkolnych w roku 1905.

Jako początkujący prawnik aplikował w kancelarii słynnego już wówczas obrońcy politycznego Stanisława Patka, z którym zachował przyjaźń i był jego pełnomocnikiem, gdy Patek sprawował godność posła Polski w Moskwie. Przez wiele lat był sekretarzem Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości, kuratorem domów na Kanonii.

Po swym patronie adwokackim – wielkim kolekcjonerze – przejął zamiłowanie do zbieractwa. Pamiętam gabinet Ojca z bogatą kolekcją antyków, z rysunkiem Gierymskiego nad biurkiem i pyszną akwarelą Fałata nad mahoniową rekamierą (oba ukradło gestapo), z kolekcją polskiej porcelany i kryształów, numizmatów i emblematów wojskowych, z których dziwnym trafem zachował mi się mały, ciemny Krzyż Virtuti Militari z 1831 roku. Obok gabinetu Ojca, zgodnie z adwokacką tradycją tamtych lat, była poczekalnia z dużą, szafą biblioteczną, która zaraziła mnie ojcowską namiętnością do varsavianów. Ocalało mi z ojcowskiej biblioteki pięć tomów ,,Pamiętnika Warszawskiego” z 1815-1816 roku, znaczonych jego pieczątką z nazwiskiem na otoku i z harcerską lilijką pośrodku.

Smaku antyków nauczyłem się dopiero później, ale pierwsze emocje kolekcjonerskie przeżywałem, gdy siedząc na kolanach Ojca, ostrożnie przewracałem kartki w grubym albumie znaczków pocztowych lub w dowód szczególnego zaufania wkładałem pęsetką znaczki do podręcznego klasera. ,,Tasmanię z tapirem” – pamiętam do dziś.

Przyjaźń i koleżeństwo z Ojcem zakwitły nowym blaskiem w harcerstwie. Harcerstwo było jego życiową pasją. Był jednym z założycieli harcerstwa w Polsce (wówczas jeszcze skautingu). W roku 1911 wchodzi w skład Naczelnej Komendy Skautowej dla drużyn zaboru rosyjskiego. Publikuje artykuły o problematyce skautowej w wydawanym w Warszawie czasopiśmie ,,Skaut”. W roku 1913 wraz z księdzem Kazimierzem Lutosławskim, Alojzym Pawełkiem i Henrykiem Sicińskim prowadzi kurs skautowy, organizowany przez Naczelną Komendę Skautową dla Warszawy. W grudniu 1913 roku na tymże kursie otrzymuje Krzyż Harcerski podczas pierwszej ceremonii wręczania nowo wprowadzonego odznaczenia (zamiast dotychczasowej lilijki) z rąk autora projektu krzyża księdza Kazimierza Lutosławskiego. Był drużynowym 3 WDH (Warszawskiej Drużyny Harcerskiej) przy szkole Konopczyńskiego. Na początku wojny 1914 działał jako współzałożyciel Polskiego Komitetu Pomocy Sanitarnej, późniejszego PCK. Po demobilizacji z wojska, do którego wstąpił ochotniczo w roku 1920, wrócił do umiłowanej pracy harcerskiej. Rezygnując z naczelnych stanowisk, prowadził jako drużynowy 21 WDH przy Szkole Mazowieckiej, do której chodziliśmy obaj z bratem. Drużyna, chyląca się do upadku w chwili, gdy Ojciec ją obejmował, wkrótce stała się jedną z czołowych drużyn warszawskich. Gdy będąc w klasie trzeciej, otrzymałem z rąk Ojca-drużynowego krzyż harcerski, nie bardzo wówczas rozumiałem, dlaczego miał łzy w oczach.

Po kilku latach objąłem po Ojcu funkcję drużynowego 21 WDH. Wspólnie z Ojcem byliśmy w 1929 roku w Anglii na Jamboree w Arrow Park pod Liverpoolem, on jako drużynowy pierwszej reprezentacyjnej drużyny warszawskiej, ja jako zastępowy ,,Czapli” w tejże drużynie. Nie byle jakiego zastępu! Wygraliśmy międzynarodowy konkurs, kto szybciej zagotuje wodę na ognisku i zaparzy herbatę dla odwiedzającego nasz obóz sędziwego założyciela skautingu generała Baden-Powella (do dziś podejrzewam, że woda nie była całkiem zagotowana).

W roku 1934 Ojciec mój został zwolniony ze stanowiska kierownika Biura Dochodzeń Dyscyplinarnych Zarządu Miasta przez sanacyjnego komisarycznego prezydenta miasta Kościałkowskiego, ponieważ – jak mówiono – w sposób zbyt dosłowny i bezkompromisowy rozumiał wysunięte przez tego prezydenta hasło: „Każdemu obywatelowi należy się szklanka czystej wody.”

Jakże zazdrościłem Ojcu jego młodości pełnej przygód politycznych i wojennych ja, student Wydziału Architektury, do którego uśmiechało się życie wygodne i jak mi się wówczas wydawało, w miarę nudne i całkowicie uregulowane.

We wrześniu 1939 Czesław Jankowski był komendantem obrony przeciwlotniczej IV Obwodu. Po upadku Warszawy szybko otrząsnął się z przygnębienia. Od pierwszych miesięcy okupacji działał aktywnie w SZP i ZWZ. Do ostatka pozostał wierny swym dwóm życiowym pasjom – harcerstwu i Warszawie.

Na przełomie lat 1939-40 podejmował próby scalenia rozdrobnionych poczynań organizacyjnych młodzieży harcerskiej. Był pierwszym komendantem „Żbika”, oddziału bojowego, który powstał z 21 WDH. Nadano mu kryptonim „Żwawy Burek”, co było harcerskim pseudonimem Ojca.

Uczestniczył w oficjalnej interwencji u władz niemieckich w sprawie spalonego i zdewastowanego Zamku Królewskiego. Na własną rękę prowadził kartotekę Volksdeutschów, którą gestapo znalazło podczas aresztowania.

Rozstałem się z Ojcem 3 września 1939 roku na Dworcu Głównym w Warszawie. Widzę w tłumie jego siwą głowę i gest ręki, którym dodawał mi otuchy na drogę. ,,My wszyscy jesteśmy zdrowi, choć nam jest tak jak wszystkim niewypowiedzianie ciężko, nie tracimy nadziei…” – napisał do Francji.

21 czerwca 1940 roku kampania francuska została zakończona. Tego samego dnia na pokładzie brytyjskiej korwety wylądowałem w Plymouth.

Tego samego dnia w Palmirach pod Warszawą Niemcy rozstrzelali mego Ojca i Brata.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Linki
Stanisław Patek
Historia krzyża harcerskiego

 

Oprowadzanie po Warszawie

Fragment artykułu Stanisława Jankowskiego „Z Johnem Steinbeckiem – po Warszawie”, Życie Warszawy, 1963 r.

Jak wielu warszawskich urbanistów oprowadzam zagranicznych gości po mieście już od kilkunastu lat. Mimo zawodowej rutyny, za każdym razem mam tremę.

Bo to wcale nie takie łatwe. Nie wystarczy Warszawę zobaczyć. Trzeba ją zrozumieć. Każde miasto ma swoje turystyczne atrakcje. Zabytki, nowoczesne dzielnice, ludzi. Każde miasto się zmienia, przeobraża, rośnie.

Warszawa jest inna i inaczej się zmienia. W pełni to sobie uświadamiam, właśnie gdy obwożę po mieście zagranicznych gości.

W pierwszych latach odbudowy trzeba było warszawskie gruzy uzupełniać na kredyt komentarzem jak tu będzie. Dziś, obok stwierdzenia jak jest i coraz bardziej wiarygodnej informacji jak tu będzie – konieczne jest przypomnienie jak tu było. Bez natrętnej martyrologii, ale i bez wstydliwego zapomnienia.

Publikacje

S. Jankowski, MDM – Marszałkowska 1730-1954, Czytelnik, 1955
S. Dziewulski, S. Jankowski: The Reconstruction of Warsaw. Liverpool University Press, 1957
A. Ciborowski, S. Jankowski: Warsaw Rebuilt. Polonia,1962
S. Jankowski: Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie, PIW, 1980
A. Teikmans, S. Jankowski: Report on Seminar of Disaster Preparedness and the Swedish Resource Base. Swedish Council for Building Research, 1984
felietony w „Stolicy”
felietony w „Przeglądzie Kulturalnym”
felietony w „Życiu Warszawy”

 

Projekty, filmy, wystawy i audycje

Działalność twórcza Stanisława Jankowskiego

Współautor projektów i następujących realizacji:

  • Trasa W-Z 1947-1949
  • Gmach Ministerstwa Rolnictwa 1949-1951
  • Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa 1949-1952
  • Plan generalny Warszawy i Warszawskiego Zespołu Miejskiego 1946-1969
  • Plan szczegółowy Śródmieścia Warszawy 1965-1969
  • Plan odbudowy Skopje (Macedonia) zburzonego przez trzęsienie ziemi 1964-1965
  • Plany ogólne miast: Mosul, Kerbala, Basra, Bagdad w Iraku 1962-1963
  • Plan odbudowy Chimbote (Peru) zburzonego przez trzęsienie ziemi 1971-1972
  • Konsultacje przy projekcie i budowie 800 prefabrykowanych domków dla ofiar bombardowania w Wietnamie 1973-1976

Współautor nagrodzonych i wyróżnionych w konkursach następujących projektów:

  • Port lotniczy Okęcie 1947
  • Zespół wieżowców PZU na rogu ul. Marszałkowskiej i al. Jerozolimskich 1948
  • CDT 1949
  • Zabudowa pl. Teatralnego 1953
  • Projekt Centrum Warszawy 1969
  • Projekt zabudowy pl. Zwycięstwa 1969, 1972

Filmy dokumentalne – współautor scenariuszy:

  • Warszawa 1953
  • O Warszawie, ale inaczej 1958
  • Godzina 11,15 1971
  • Plac Zamkowy nr 4 1972
  • Warszawa – miasto, które nie zgodziło się umrzeć (prezentowany na konferencji ONZ w Vancouver 1976)

Autor ponad 200 artykułów, publikacji krajowych i zagranicznych, audycji radiowych i TV, wystaw o tematyce warszawskiej:

  • Ekspozycja w Muzeum Historycznym w Warszawie
  • Wystawa „Warszawa XXX” 1974
  • Wystawa „100-lecie architektury polskiej”, Kraków 1977

Zagraniczna działalność zawodowa

Stanisław Jankowski – zagraniczna działalność zawodowa

1946
Dyplom Civic Design – University of Liverpool

24.07.1958
Kongres UIA w Moskwie

18.10.1960 – 22.10.1962
Bagdad – Ministry of Municipal Development of Iraq. Główny urbanista, współautor Planów generalnych miast: Arbil, Basra, Kerbala, Kirkuk, Mosul, Nassirija, Sulaimanila

12.04.1964 – 27.12.1965
Szef zespołu urbanistów polskich opracowujących na zlecenie UNDP plan odbudowy miasta Skopje (Macedonia), zburzonego przez trzęsienie ziemi w 1963

1972 – 1973
Członek zespołu urbanistów polskich opracowujących na zlecenie UNDP plan odbudowy miasta Chimbote (Peru) i jego regionu, zburzonego przez trzęsienie ziemi w 1971

18.03.1974
Stowarzyszenie Architektów Luxemburga, referat „Varsovie 1945 – 1974 – 1970” ilustrowany slajdami

18-20.10.1974
Sztokholm, seminarium „Planowanie i odbudowa miast zniszczonych przez trzęsienie ziemi”

1973 – 1975
Ekspert Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie ds. Budownictwa w Wietnamie. Hanoi, Haiphong i inne miasta
14.01.1976
Wiedeń, współautor wystawy „Warszawa XXX”

19.05.1977
Rabat, Sympozjum Urbanistyki, referat i film „Warszawa 1945 – 2000”

1.10.1977 – 14.06.1981
Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego XIV Międzynarodowego Kongresu UIA w Warszawie „Człowiek – Architektura – Środowisko”

09 – 10.1977
Konsultant „General Housing Programme for Iraq”

29.03.1978
Meksyk, XIII Międzynarodowy Kongres UIA

17-21.04.1978
Sztokholm, referat „Warsaw Confrontation”

20.07.1979
Barcelona, Fundacja Joan Miro „Centre d’Etudes d’Art Contemporaire”

15-23.09.1979
Bangkok, przygotowania do XIV Kongresu UIA w Warszawie

27-29.11.1980
Tokio, UIA IV Region, referat „City and Environment for Man”

15-21.06.1981
XIV Międzynarodowy Kongres UIA w Warszawie „Człowiek – Architektura – Środowisko”, Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego

6.06.1982
Członek Honorowy American Institute of Architecture

11.10.1982
Dyplom Honorowy „La Technica al Servicio de la Patria”, Meksyk

19.05.1982 – 24.06.1983
Nicosia (Cypr), generalny projektant „Nicosia Master Plan” na zlecenie UNDP

18.04.1983
Sztokholm, CIB Congress „Disaster Preparadness”

24 – 30.08.1985
Sao Paulo, referat „Cities of the Future and Future of the Cities”

12 – 16.05.1993
Graz (Austria), Kongres „Reconstruction after War and Earthquake”, referat „Warsaw – the City which refused to die”

Dlaczego ja nie siedziałem?

Zapytali mnie o to koledzy na pierwszym po wojnie spotkaniu cichociemnych (1956) w Poznaniu.
Na apel w tygodniku „Stolica” przyjechało nas niewiele ponad dwudziestu. Ludzie bali się ujawniać. Po mszy świętej za dusze poległych cichociemnych i złożeniu kwiatów na mogile załogi halifaxa, który rozbił się podczas zrzutu w okolicach Kalisza, poszliśmy na wspólny obiad. W drodze eskortowały nas na zmianę dwa czarne citroeny.

Przed obiadem każdy miał trzy minuty, żeby opowiedzieć swój życiorys: od skoku do dziś. Mówiliśmy według „starszeństwa” skoku. Ja zaraz po „Wani” – dr. Alfredzie Paczkowskim. Trzy minuty – niewiele. Dosyć, żeby się dowiedzieć, że z dwudziestu kilku obecnych chyba tylko trzech nie siedziało po wojnie lub nie „przebywało w ZSRR”. Musiałem się usprawiedliwiać…

Wychodząc z Warszawy po Powstaniu wiedziałem, że wrócę. W oflagu oświadczyłem to generałowi Pełczyńskiemu, gdy wiosną 1945 roku zapytywał każdego z nas, co zamierza robić po wojnie, powtórzyłem to w Londynie generałowi Borowi-Komorowskiemu, zwalniając się z funkcji jego adiutanta.

Wiedział o tym zawczasu pułkownik Iranek-Osmecki, mój szef i przyjaciel, wiedzieli koledzy, z którymi byłem w niewoli i którzy po przybyciu do Anglii postanowili w większości nie wracać do kraju. Nie podzielali mojej decyzji, ale ją rozumieli.

Jan Nowak-Jeziorański, którego spotkałem w Londynie w 1945 roku i z którym przegadaliśmy niejeden wieczór, przestrzegał, że mnie zaraz po powrocie przymkną. Nawet jeśli uznawałem słuszność jego argumentów – nie zmieniłem decyzji. Wróciłem do Warszawy 9 września 1946 roku.

W kilka dni później zostałem zaproszony na rozmowę. Szedłem spokojnie. Po wylądowaniu 8 września w Gdańsku przesłuchującemu mnie oficerowi UB złożyłem na piśmie mój wojenny życiorys. Wiedzieli o mnie wszystko.

Prywatne mieszkanie w okolicy placu Zbawiciela. Otworzył mi jakiś cywil.
– Był pan w Powstaniu dowódcą osłony gen. Bora? – Byłem.
– Zakopał pan jego archiwum? – Zakopałem.
– Gdzie? – Aha, o to im chodzi. Tłumaczyłem, że była noc, dookoła padały pociski, płonęły pobliskie domy, byłem w strachu.
– Nie pamięta pan? Jak pan sobie przypomni, to pan do mnie zadzwoni. – Nie zadzwoniłem.
Byłem wzywany na rozmowę jeszcze kilkakrotnie. Raz grzecznie, raz z waleniem pięścią w stół. Dali mi wreszcie spokój. Po kilku latach wyjaśniło się dlaczego.

Lata pięćdziesiąte, późny wieczór w domku na Ujazdowie. Telefon. – Pan minister Moczar chce z panem mówić. Minister zaprosił mnie do siebie. Na moje nieśmiałe pytanie, czy to takie pilne, po nocy, oświadczył, że zaraz po mnie przyśle samochód.
– Weź szczotkę do zębów i piżamę – radziła Hanka. Nikt nie przyjechał. Następnego dnia rano dowiedziałem się w pracowni, że mam zaraz zgłosić się na Koszykową.

W biurze przepustek cywil w butach z cholewami.
– Do kogo? – Do pana ministra Moczara.
Po chwili siedziałem naprzeciw generała, który wyjaśnił mi, że porządkując akta, natrafił na papiery rodzinne, które chce mi przekazać. Nie dowiedziałem się nigdy, jaką drogą trafiły do UB archiwum Bora i pamiątki rodzinne Skrobańskiego, kaprala „Blikle”, a wśród nich rękopis Moniuszki „Arya z kurantami”, które zakopaliśmy razem w piwnicy małej PAST-y na Piusa.

Wracam do mych pierwszych lat w Warszawie, 1 października 1946 ożeniłem się z „Krystyną” – Hanką. Zgłosiłem się do BOS. Wciągnęła mnie bez reszty praca nad odbudową Warszawy. W marcu 1947 roku z Jankiem Knothe, Józkiem Sigalinem i Zygmuntem Stępińskim rozpoczęliśmy projektowanie Trasy W-Z. A już 28 sierpnia 1947 kończyliśmy wstępny projekt.

1 marca 1950 rozpoczęliśmy projektowanie MDM. Pracowaliśmy na dwie zmiany – rano BUW, po południu MDM. 22 lipca 1950 dostaliśmy Państwową Nagrodę Artystyczną I stopnia za Trasę W-Z. A 14 września zostałem aresztowany w Nowym Targu. Spędzaliśmy wakacje na Kalatówkach i pojechaliśmy do Nowego Targu. Pogoda śliczna. Robiłem zdjęcia na targu i – ostatnie – kościółka stojącego w głębi ulicy. Więcej zdjęć już nie robiłem, bo zostałem zatrzymany do wyjaśnienia przez pana z małą czerwoną legitymacją. W tle kościoła stał budynek UB. Zapakowali mnie do piwnicy.

Przesłuchanie. Oficer UB za stołem, ostre światło na mnie. Rutynowe pytania:
– Życiorys.
– Byłem w Wojsku Polskim na Zachodzie.
– Kiedy wrócił do kraju?
– W 1942 roku.
– Jak to w 1942?
– Zrzucony na spadochronie z Anglii. – Gdy to usłyszał, rozpromienił się. Złapał angielskiego szpiega. Nagroda, awans murowany. Dalsze pytania to już tylko formalność.
– Stosunek do PRL? – Odpowiedziałem, że pozytywny. – Niech udowodni?
I tu dobry los nieoczekiwanie przyszedł mi z pomocą. Pamiętałem, że w jednym z numerów „Trybuny Ludu” było nasze zdjęcie jako laureatów Państwowej Nagrody Artystycznej za Trasę W-Z. Teraz ja zapytałem:
– Czy czyta „Trybunę Ludu”?
– Oczywiście.
– To poproszę o numer – tu podałem datę. Na widok naszego zdjęcia zbaraniał. Przyśpieszył wywołanie mego filmu.

Z perspektywy czterdziestu lat wspominam te moje rozmowy z UB, nocny telefon generała Moczara, aresztowanie w Nowym Targu – na wesoło, jak anegdotyczne drobiazgi. Ale wiem, że w „latach błędów i wypaczeń” podobne drobiazgi skróciły niejednemu z mych kolegów życiorys o kilka lat.

Przytoczyłem pokrótce mój warszawski kalendarz lat 1946-1952. Ale jest i inna gorzka jego wersja.

W marcu 1947 roku na Sesji Naczelnej Rady Odbudowy ja, „Agaton”, wygłaszałem referat o Planie Odbudowy Warszawy, a dwa miesiące wcześniej, w styczniu 1947, „Bradl” – Kazimierz Leski został skazany na dwanaście lat więzienia.

Bolesław Bierut, który 7 lipca 1949 roku, odwiedził budowę Trasy W-Z i wpisał się do dziennika pracowni, tego samego być może dnia podpisał wyrok śmierci na któregoś z mych kolegów żołnierzy AK.

13 października 1948 roku, gdy ja – jak co dnia – byłem na budowie Trasy W-Z, został aresztowany cichociemny „Żmudzin” – major Bronisław Kontrym. Został stracony w Warszawie, w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej 2 stycznia 1953, w pół roku po lipcowym święcie 1952, dla uczczenia którego zakończona została budowa Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej.

A przecież taki pełen goryczy osobisty kalendarz może zestawić każdy z mych rówieśników. Gorzej – bo także i wielu młodych. Z satysfakcją i radością wspominam lata odbudowy Warszawy, a jednocześnie – jakbym się usprawiedliwiał – dlaczego wówczas nie siedziałem.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.


Anglia 1945-46

13 maja 1945 r. zameldowałem się w Oddziale IV Sztabu w Londynie.

Po trzech miesiącach poprosiłem generała Bora o zwolnienie mnie z funkcji adiutanta. Nasza wspólna powstańcza droga skończyła się 5 maja pod Wörl, gdyśmy minęli amerykański czołg. Teraz zaczynał się nowy rozdział. Generał wizytował Polskie Siły Zbrojne i przygotowywał się do podróży do Stanów Zjednoczonych, gdzie miał odwiedzić ośrodki polonijne. O mojej decyzji powrotu do Warszawy wiedział i rozumiał ją. Życzył mi powodzenia. Żal mi go było, że nie mógł jak ja do Warszawy powrócić.

Polacy na Wyspie stanęli wobec pełnej goryczy i zawodu konieczności demobilizacji. Władze brytyjskie zachęcały do repatriacji. Tych żołnierzy polskich na Zachodzie, uwolnionych z obozów jenieckich żołnierzy września 1939 roku oraz AK, którzy nie decydowali się wracać zaraz do kraju, czekało przekształcenie Polskich Sił Zbrojnych w Polski Korpus Przysposobienia i Rozmieszczenia.

Przygotowywałem się do powrotu. Chciałem być jak najbardziej przydatny przy odbudowie Warszawy, więc zapisałem się na roczne studium urbanistyczne na Uniwersytecie w Liverpool. Był tam najstarszy wydział urbanistyki w Anglii, a chyba i jeden z najstarszych na świecie, na którym wykładali między innymi tacy urbaniści, jak Abercoombie i Holford.

W grudniu opublikowałem w londyńskich „Wiadomościach” krótkie opowiadanie pt. Pomidory na Żoliborzu o naszym przejściu ze Starówki, potem jeszcze dwa: W kanałach Warszawy o pierwszym przejściu kanałami z Żoliborza do Starego Miasta i Ludzie z lasu o natarciach na Dworzec Gdański. Chciałem na gorąco utrwalić wspomnienia. Na ich dokończenie potrzebowałem trzydziestu lat.

Z listów od matki, siostry i „Krystyny” – Hanki mogłem sobie wyobrazić, jak niełatwo jest ludziom żyć w zrujnowanej Warszawie, tej pierwszej, mroźnej powojennej zimy.
Matka i siostra wróciły z Magdą na Mokotowską. „Magda jeździ w stołowym pokoju na łyżwach – pisała siostra z uszkodzonego bombą mieszkania – sprzedałam obrączki moją i babci, mój brylant, antyki po ojcu.”

Piekły ciastka na sprzedaż. Siostra pracowała jako lekarz. Pierwsze buty kupiła Magdzie za zastrzyki dożylne, które robiła szewcowi na Pradze. „Krystyna” – Hanka zdała maturę, potem egzamin konkursowy na Politechnikę w Łodzi.

Nie pisała o trudnościach i dopiero po przyjeździe do Warszawy dowiedziałem się, że studiując, sypiała na zestawionych krzesłach w nie opalanym pokoju, a głodową dietą doprowadziła się do skrajnego wyczerpania i choroby serca. Ciuchy z paczki, którą jej przysłałem – choć bardzo by jej się przydały – sprzedawała za grosze, żeby mieć co jeść.

Nie wiedziałem, jak dam sobie radę w Warszawie po powrocie.

„Boję się – pisałem w jednym z listów do matki – że mój powrót nie zmniejszy Waszych kłopotów, ale sprowadzi Wam jeszcze jedną kulawą kaczkę.”

W kwietniu 1946 roku spotkałem w Londynie kolegę-architekta Stanisława Dziewulskiego, który wraz z kilku urbanistami warszawskimi przyjechał na konferencję do Hastings. Opowiadał mi o pracy w Biurze Odbudowy Stolicy. Napisałem do Warszawy z prośbą o formalne zapotrzebowanie dla mnie do pracy w BOŚ. Przychylna odpowiedź, którą wkrótce otrzymałem, pomogła mi w załatwieniu formalności wyjazdowych z Anglii.

3 lipca 1946 uzyskałem dyplom ukończenia studium urbanistycznego „Civic Design” Uniwersytetu w Liverpool. W sierpniu zgłosiłem się na wyjazd do kraju. Przed wyjazdem z Londynu do obozu przejściowego zwróciłem się do szefa VI Oddziału Sztabu z prośbą o wyasygnowanie mi odpowiedniej sumy na zakup książek architektonicznych i urbanistycznych, które chciałem zabrać ze sobą. Myślę, że 42 książki, które zakupiłem za uzyskane pieniądze i przekazałem do Biblioteki Wydziału Architektury, oraz 70 książek dla Publicznej Biblioteki Technicznej, przydały się w Warszawie. Album pt. Numeri di Vitruvio wręczyłem osobiście profesorowi Lechowi Niemojewskiemu.

 

8 września przybiliśmy do nabrzeża wypalonego portu w Gdańsku. Wśród nielicznych oczekujących rozpoznałem z daleka „Krystynę” – Hankę. Ona nie mogła mnie odnaleźć wśród tysiąca jednakowych battledressów i granatowych beretów tłoczących się na pokładzie wzdłuż balustrady.

Zgłosiłem się do placówki Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, gdzie tak jak każdy z przybyłych złożyłem na piśmie „przebieg służby wojskowej od 1939 do 1945 roku”. W trakcie uzupełniającej rozmowy na pytanie, jakie kursy szkoleniowe ukończyłem w Anglii przed skokiem do Polski, odpowiedziałem: Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej. Nie wzbudziło to zainteresowania mego rozmówcy.

Dostałem zaświadczenie Nr 780163 stwierdzające, że w dniu 9 września 1946 roku zarejestrowałem się w Punkcie Przyjęcia w Gdańsku-Porcie, że mam „pierwszeństwo i prawo jednorazowego bezpłatnego przejazdu wszelkimi środkami lokomocji do Warszawy”, prowiant i zapomogę w wysokości 100 zł.

Do Warszawy pojechaliśmy pociągiem razem z „Krystyną” – Hanką. Ślub nasz odbył się 1 października 1946 roku w kościele na Saskiej Kępie.

15 września 1946 roku zgłosiłem się w Biurze Odbudowy Stolicy (BOS), gdzie zostałem zatrudniony w Pracowni Planu Ogólnego.

Zaświadczenie o rejestracji

Książeczka uposażenia oficera

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Pół wieku później

Tekst wygłoszony przez Stanisława Jankowskiego „Agatona” w imieniu żołnierzy AK z okazji rocznicy zakończenia II Wojny Światowej w dniu 8.V.1995 na placu Piłsudskiego

W dniu 19.I.1945 r. generał Okulicki „Niedźwiadek” wydał rozkaz:
„Żołnierze AK daję Wam ostatni rozkaz. Dalszą swą pracę i działalność prowadźcie w duchu odzyskania pełnej niepodległości i ochrony ludności polskiej przed zagładą.”

W Apelu Porozumienia Żołnierzy AK, w 50-tą rocznicę zwycięstwa nad hitlerowską III Rzeszą czytamy m.in.:

„8 maja 1945 r. po blisko 6 latach na europejskim teatrze działań wojennych zamilkły działa. Państwa sprzymierzone, do których należała także Polska, odniosły zwycięstwo. Radość zapanowała we wszystkich krajach oswobodzonych od niemieckiej tyranii. Polakom uczucie radości mąciła jałtańska zmowa.
Polska była pierwszą ofiarą tej wojny. Napadły na nią dwie największe potęgi militarne ówczesnego świata, złączone sojuszem, którego treścią było nie tylko wykreślenie naszego kraju z politycznej mapy Europy, ale wręcz fizyczne unicestwienie.
Polska nie skapitulowała. Wierna sojuszom, armia polska walczyła na wszystkich frontach. Minęło 50 lat. Zmieniło się oblicze świata. Polska po długim okresie zniewolenia zrzuciła okowy sowieckiego ‚protektoratu’”.

Jestem żołnierzem AK, cichociemnym, skoczkiem spadochronowym zrzuconym z Anglii do Polski. Na naszej odznace CC wypisane są dwa słowa „TOBIE OJCZYZNO”. Kiedyś naszym zadaniem była realizacja tego hasła z bronią w ręku i opór wobec sowieckiej okupacji. Dziś – w sztafecie pokoleń – obowiązkiem naszym jest przekazywanie tych dwóch słów następnym pokoleniom Polaków.

Kazimierz Leski – „Bradl”


„Bradl”, oficer wywiadu, w Powstaniu dowódca kompanii u „Sławbora”, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych.

Spotykałem się z nim w latach 1942-1944, jak na stosunki konspiracyjne, dość często. Gdy mi przekazywał ludzi z komórki legalizacyjnej, którą uprzednio prowadził, przy omawianiu jego zamówień na dokumenty podróżne i skrytki, sposobów pakowania poczty. Wzory dokumentów dostarczał nam zwykle sam. Niemieckie, francuskie, hiszpańskie. Nietrudno było domyślić się zasięgu jego podróży. Jeździł często, w okresie od lipca 1942 roku do kwietnia 1944 kilkanaście razy. Wracał szczęśliwie. Przywoził nowe doświadczenia i nowe zamówienia.

Na przełomie 1941-1942 otrzymał od szefa O II pułkownika „Dzięcioła” polecenie utworzenia drogi przerzutowej przez Niemcy do Paryża i dalej, aż poza teren okupacji hitlerowskiej. Droga ta miała służyć przede wszystkim kurierom AK przewożącym materiały wywiadowcze. „Bradl”, odważny, wybitnie inteligentny, pełen inicjatywy, a przy tym przystojny i elegancki, świetnie mówiący po francusku i po niemiecku nadawał się do takiej roboty doskonale. Do wykonania tych zadań została powołana specjalna komórka „666”.

W pierwszą doświadczalną podróż do Berlina „Bradl” pojechał wyposażony w legitymację urzędnika Ostbahnu, niemieckiej kolei w GG. Do Berlina wystarczyła, do dalszej podróży na zachód nie nadawała się. Wrócił bogatszy o doświadczenia, z których wyciągnął dwa wnioski. Pierwszy – w czasie wojny najwięcej podróżują wojskowi, a każdy kierunek ich podróży może być przekonująco uzasadniony. Drugi – wykorzystujący niemieckie poczucie porządku i hierarchii: im wyższy stopień wojskowy, tym podróżuje się bezpieczniej, tym dalej od jakichkolwiek podejrzeń.
Postanowił wcielić się do armii i awansować do stopnia generała.

Do występowania w nowej roli konieczne było zdobycie wzorców odpowiednich dokumentów i mundurów. Pomocni będą „Bradlowi” w tym zakresie warszawscy kieszonkowcy, współpracujący z polskim wywiadem, i oficerowie niemieccy, niedostatecznie czujni na warszawskich dworcach kolejowych, oraz krawiec zatrudniony w niemieckiej firmie szyjącej mundury.

W następną podróż będziemy go ekspediowali jako generała wojsk technicznych, Juliusa von Hallmanna, speca od spraw fortyfikacji, z przydziałem do Süd-Ost Front Ukrainę.

Po przybyciu do Paryża zadaniem „Bradla” było zorganizowanie dróg przerzutowych do Francji południowej, wówczas formalnie nie okupowanej, i stamtąd dalej do Hiszpanii, do Madrytu lub co najmniej do San Sebastian. Postanowił rozwiązać zadanie dwojako: nielegalnie przy pomocy francuskiego ruchu oporu oraz oficjalnie jako niemiecki generał zbadać możliwości oficjalnej podróży.

Legalność „Bradla” była nienaganna. Znał miejscowość, z której pochodził, „swój” życiorys, stosunki rodzinne. Jego dokumenty osobiste uzupełnione były legitymacjami pomocniczymi, jak karta łowiecka, prawo jazdy itp. Po przyjeździe do Paryża nie zaniedbał żadnej formalności służbowej. Zameldował się w Stadtkommandantur, na Place de l’Opéra, otrzymał przydział kwatery w hotelu, wymienił podróżne kartki żywnościowe na obowiązujące we Francji.

Po ugruntowaniu paryskiej legalności udał się do Wirtschaftsstab VII – sztabu gospodarczego armii marszałka Rundstedta, dla przeprowadzenia „rozmów werbunkowych”. Jadąc do Paryża jako spec od robót fortyfikacyjnych, zaopatrzył się przezornie w dokument uzasadniający zapotrzebowanie na siły robocze do realizacji prowadzonych na wschodzie prac. W sztabie przyjęto życzliwie i z zainteresowaniem przybysza z dalekiej, niebezpiecznej strefy frontu wschodniego. Wyjaśniono mu jednak, że werbunku na własną rękę prowadzić nie może.

Do południowej Francji jako niemiecki generał wolał nie jeździć, ale nasunął mu się pomysł, by na zakończenie wykorzystać stosunki z VII Sztabem dla zgoła innej sprawy.

Był koniec 1942 roku. Niemcy w pośpiechu przystępowali do fortyfikowania wybrzeży Atlantyku. Cóż więc bardziej naturalnego, jak propozycja generała von Hallmanna, który gotów jest służyć im swymi doświadczeniami z budowy fortyfikacji na wschodzie. („Bradl” – inżynier, mógł się tego podjąć.)

„Dzięcioł” zaakceptował plan. Ryzyko było duże, ale stawka: możliwość rozpoznania umocnień niemieckich nad Atlantykiem – warta tego. Pertraktacje trwały długo. Rozumowanie „Bradla” okazało się trafne. Wykonał i to zadanie.

Podróże do Paryża, nawet w roli niemieckiego generała, nie były pozbawione emocji.

Meldował się kiedyś w komendzie miasta w Paryżu i czekał w ogonku, trzymając w ręku cały arkusz 5-gramowych kartek na masło. Przed nim w okienku wymieniał kartki żywnościowe jakiś oficer niemiecki. Z rozmyślań o świeżej bagietce grubo posmarowanej masłem wyrwał „Bradla” podniesiony głos, kwestionujący kartki stojącego przed nim. Są niewłaściwe, może nawet fałszywe. Struchlał. Zanim jednak zdążył coś postanowić, z okienka wyciągnęła się ręka i pochwyciwszy jego kartki, podsunęła je pod nos stojącemu przed nim Niemcowi: „To są właściwe kartki! takie powinny być!” – krzyczał ten z okienka. „I to był chyba najwspanialszy komplement, jaki można było powiedzieć «Agatonowi» i jego kolegom” – komentuje „Bradl”.

„Bradl” to nie tylko pseudonim konspiracyjny Kazimierza Leskiego alias generała von Hallmanna i Jansena. To również kryptonim kompanii AK w zgrupowaniu pułkownika „Sławbora” Śródmieście-Południe. Zgodnie z tradycją wielu powstańczych oddziałów wywodzący się od pseudonimu dowódcy.

Nie miał bojowego przydziału do Powstania. O godzinie „W” dowiedział się przypadkowo 1 sierpnia rano. Zdążył pójść na melinę przy Ludnej 9 i wziąć stamtąd visa i „piątkę” (którą dał spotkanemu tam koledze). We dwójkę poszli „szukać Powstania”. W rejonie AK na Kruczej, gdzie zgłosili się o 16.30, nie mieli co z nimi robić. Postanowili działać na własną rękę. „Bradl” pamiętał, że w domu Pod Gigantami (Aleje Ujazdowskie 29) mieściło się Rüstungskommando (zaopatrzenie), a obok przez ścianę w gmachu gimnazjum im. Królowej Jadwigi Soldatenheim – Dom Żołnierza. Postanowił, ni mniej ni więcej, zdobyć Rüstungskommando. Już co prawda w piątkę, bo dołączyło do nich trzech młodych chłopców, ale nadal tylko z visem i z „piątką”. Udało im się wejść do budynku. Załoga Rüstungskommando była widocznie mocno przestraszona ogólną strzelaniną, bo na odgłos strzałów rewolwerowych w parterze budynku uciekła na drugą stronę ulicy Wiejskiej, zostawiając jeden kb, kilka skrzyń granatów, broń krótką i amunicję. To zadecyduje o przyszłości oddziału „Bradla”. Ma broń, amunicję – wkrótce dostaje posiłki.

Gdy płk „Sławbor” obejmuje dowództwo rejonu Śródmieście-Południe, kompania „Bradla” liczy już około 200 ludzi i jest dobrze uzbrojona. Przekopem pod ulicą Wiejską przedostają się na drugą stronę ulicy. Są bliżej mocnych gniazd niemieckiego oporu, kina „Napoleon” i gmachu YMCA. Stopniowo poszerzają swój teren. W ciężkich bojach zdobywają kino „Napoleon”.

Opracowali własną metodę zdobywania kolejnych budynków zajmowanych przez Niemców „od spodu” – jak ją określał „Bradl”. Podkop do piwnicy, opanowanie piwnic i kolejno coraz wyższych kondygnacji. Niemcy zagrożeni odcięciem drogi ewakuacji lub podpaleniem budynku stosunkowo szybko się wycofywali.

Po ucieczce z kolumny wychodzącej po Powstaniu do Ożarowa „Bradl” nawiązał nowe kontakty organizacyjne. „Sławbor” mianowany przez nowego Komendanta AK, generała Okulickiego – „Niedźwiadka”, Komendantem Obszaru Zachodniego AK powierzył „Bradlowi” funkcję Szefa Sztabu.

Wobec wznowienia zimowej ofensywy radzieckiej i przejmowania władzy wojskowej na terenie Polski przez Armię Radziecką „Niedźwiadek” postanowił z dniem 19 stycznia 1945 roku rozwiązać Armię Krajową. Zadaniem „Bradla” stało się przekazanie tego rozkazu w teren i dopilnowanie jego wykonania.

Będąc w Bydgoszczy, „Bradl” – inżynier Kazimierz Leski, nawiązał kontakt z inżynierem Witoldem Urbanowiczem i w marcu 1945 roku został dyrektorem odbudowy Stoczni N° 2 w Gdańsku. Dzielił czas na pracę w sztabie „Sławbora” i – w Stoczni.

W sierpniu 1945 został aresztowany w Poznaniu wraz ze „Sławborem” i przewieziony do Warszawy.

„Z tytułu mojej funkcji szefa sztabu obszaru, prócz rutynowych przesłuchań, miałem również spotkania z funkcjonariuszami najwyższego szczebla, m. in. Różańskim, Romkowskim, Radkiewiczem. Byłem skłonny ujawnić się sam, tzn. ułatwić im pracę i szczerze odpowiadać na wszystkie pytania dotyczące mojej osoby i mojej działalności, nic nie zatajać – pod jednym wszakże warunkiem – że zwolnią moich współpracowników, którzy znaleźli się w areszcie.”

Pod koniec 1946 roku, na kilka dni przed rozprawą, dano „Bradlowi” do przeczytania akt oskarżenia, który zarzucał mu usiłowanie obalenia ustroju i współpracę z obcym wywiadem. W procesie „Komendy Głównej WiN”, pułkownika Rzepeckiego i innych, który odbył się w Sądach na Lesznie w styczniu 1947 roku, został skazany na dwanaście lat więzienia.

Gdy okres, na który został skazany, zbliżał się do końca, był kilkakrotnie wzywany do oficerów śledczych, którzy wypytywali go, co zamierza robić po zwolnieniu. W dniu poprzedzającym zwolnienie ogolono go, oddano mu z depozytu ubranie i… odesłano z powrotem do celi. Minęło kilka dni. Zażądał widzenia z naczelnikiem więzienia, z prokuratorem, z adwokatem. Bez skutku. Po tygodniu wyrzucił miskę na korytarz. Po sześciu dniach głodówki oficer śledczy wręczył mu sankcje tym razem z oskarżenia o współpracę z Niemcami.

Śledztwa właściwie nie było. Namawiano go, aby się przyznał, że tępił komunistów, wydawał ich gestapo. W tym okresie stracił wiele zębów, awitaminoza powodowała, że nie siedziały zbyt mocno, i nawet nienajsilniejsze uderzenie wystarczało, by je wypluł. Gnieciono mu palce, wkładając między ołówki, bito, czym popadło. Sadzano na odwróconej ku górze nodze stołowej, przypalano papierosem. Był tak słaby, że na schody wchodził na czworakach.

Kontaktu z rodziną nie miał żadnego. Kiedyś, po śledztwie, które trwało wiele godzin, został wprowadzony do „toalety”, gdzie w charakterze papieru higienicznego wisiały kawałki gazet. Na którymś z nich zobaczył nekrolog swojej matki. Rozprawa odbyła się w więzieniu na Rakowieckiej w 1952 roku. Sąd orzekł winę współpracy z okupantem i dodał dziesięć lat więzienia.

„Po ucieczce Światły coś się jednak zaczęło zmieniać w Urzędzie Bezpieczeństwa. Powoli zaczęło się zmieniać również w kraju. I nagle rozwiązał się nade mną worek łaski. Po dziesięciu latach od chwili aresztowania znalazłem się na wolności. Musiałem się wprawdzie meldować jeszcze na milicji – najpierw codziennie, potem raz w tygodniu – ale byłem wolny. Zacząłem rozglądać się za pracą. Gdziekolwiek jednak się zwróciłem – po wstępnych rozmowach, w których w zasadzie nie przewidywano przeszkód – okazywało się nagle, że nie ma etatów. W końcu przygarnęli mnie przyjaciele z lat studiów, dając pracę redaktora naukowego w Państwowych Wydawnictwach Technicznych (obecnie WNT).

Po wyjściu z więzienia spodziewałem się rehabilitacji z «urzędu». Ponieważ nie mogłem się jej doczekać, sam rozpocząłem starania. W czerwcu 1957 r. doszło wreszcie do rozprawy, w wyniku której zostałem – jak napisano w wyroku – «uniewinniony z wszelkich zarzutów i wyrok ten stanowi pełną rehabilitację».”

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Jan Rogowski – „Czarka”

Nieśmiały, nie umiejący „przepychać się do przodu”, przedmiot życzliwych kpin „Dżula” w szkockim garnizonie i na cichociemnych kursach.

Pierwszy spośród „Kołnierzyków” odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Niezawodny w potrzebie kolega i przyjaciel. Los nie szczędził mu najgorszego. Zanim go zamordowali gestapowcy w Radomiu, wiedział, kto go zdradził.

Wiosną 1942 roku „Czarka” – Jan Rogowski dostał przydział do II Odcinka „Wachlarza”, którym dowodził „Ponury” – Jan Piwnik, serdeczny jego przyjaciel, jeden z pierwszych cichociemnych zrzuconych do kraju. Odcinek ten obejmował ogromny teren, równy czwartej części Polski, z siedmioma ośrodkami w Równem, Łucku, Szepietówce, Berdyczowie, Żytomierzu i Kijowie.

Niedługo cieszył się „Czarka” dowództwem patrolu dywersyjnego, jednego z najbardziej aktywnych. Podczas służbowej podróży z „Ponurym” ślad po nich zaginął. Zostali zatrzymani przez patrol lotny antypartyzanckiej brygady żandarmerii. Choć papiery mieli w porządku, wsadzili ich do więzienia w Zwiahlu pod zarzutem włóczęgostwa.

– Nie bili nas tam, nie torturowali – opowie mi później „Czarka”. – Po prostu nie dawali jeść. Trzy razy dziennie litr zupy z liści, raz dziennie kawałek suchego chleba.

Po dwu tygodniach „Czarka” i „Ponury” uciekli. Powrócić do służby w „Wachlarzu” nie mogli, gdyż Niemcy rozpisali za nimi listy gończe, byli „spaleni”. Postanowili wrócić do Warszawy. Przedzieranie się przez dwie mocno obstawione granice, kilkusetkilometrowy marsz z omijaniem dróg i skupisk ludzkich, przeważnie po nocy i o głodzie, zajęło im przeszło miesiąc.

We wrześniu zadzwoniła do mnie „ciotka Antosia”. Poszliśmy do szpitala na ulicy Czerwonego Krzyża. „Czarka” leżał bez sił, opuchnięty z głodu, owrzodzony, z dużą gorączką.

– Dali mi w kość – uśmiechnął się, ale nie miał sił do rozmowy. Zaopatrzyłem ich obu w nowe dokumenty. Łykali witaminy. Szybko dochodzili do zdrowia.

Niedługo odpoczywali. W połowie grudnia 1942 roku Komendant AK osobiście powierzył im zadanie uwolnienia z więzienia w Pińsku aresztowanego dowódcy III Odcinka „Wachlarza”, cichociemnego skoczka „Wani” – Alfreda Paczkowskiego, i towarzyszy.

Odbicie więźniów w Pińsku, dokonane 18 stycznia 1943 roku, jest jedną z najsławniejszych akcji bojowych AK. „Ponury” i „Czarka”, dowodzący atakiem na więzienie, odznaczeni zostali Krzyżami Virtuti Militari. 8 lutego 1943 roku generał „Grot”, Komendant AK, osobiście wręczył im zaświadczenia potwierdzające nadanie odznaczeń.

Wobec coraz częstszych zbrojnych akcji partyzanckich, wysadzania niemieckich pociągów i likwidacji konfidentów gestapo Niemcy uderzają w najczulszy punkt oddziałów leśnych, otaczają wieś Michniów, która była rodzinnym domem, bazą i zapleczem partyzantów. Nieudana próba wysadzenia pociągu niemieckiego, przeprowadzona w odwet za tę zbrodnię, sprowadza kolejną bestialską pacyfikację. Z ludnej wsi pozostały zgliszcza i 230 zamordowanych.

W odwet za tę zbrodnię następnej nocy oddział „Ponurego” zatrzymuje wojskowy pociąg i atakuje jadących w nim żołnierzy niemieckich. „Czarka” z granatem w ręku prowadzi swoich ludzi. Dostaje serię z pistoletu maszynowego. Pod ogniem broniących się Niemców żołnierze wynoszą ciężko rannego.
Długa kuracja w warunkach polowych pozostawiła trwały ślad. „Czarka” ma niedowład prawej ręki. Do partyzantki leśnej jest już niezdolny. We wrześniu 1943 roku wraca na stałe do Warszawy. Zostaje szefem bazy zaopatrzeniowej oddziałów leśnych „Ponurego”.

W ciągłych walkach z Niemcami, przy nadchodzącej zimie, sytuacja oddziałów leśnych stawała się tragiczna. Część ludzi „Ponury” zwalnia do domów, ale dla większości nie ma powrotu z lasu.

„Czarka”, choć sam w Warszawie, jest każdą myślą przy tych w lesie. Wreszcie pod koniec roku udaje mu się zorganizować znakomitą pomoc: pięć ton odzieży, bielizny, butów, skóry, noży kieszonkowych, lin konopnych, plecaków i innych przedmiotów niezbędnych w leśnym partyzanckim życiu.

Przy organizacji transportu zaopatrzenia „Czarka” współpracuje ściśle z porucznikiem „Motorem” – Jerzym Wojnowskim, z którym poprzednio wspólnie brali udział w odbiciu kolegów z więzienia w Pińsku, szefem transportu oddziałów „Ponurego”, który oddał partyzantom już niejedną usługę. 3 stycznia 1944 roku ładują ciężarówkę.

Wsiadając w Warszawie do ciężarówki, nie wiedział „Czarka”, że pozostały mu tylko trzy godziny wolności. Tyle, ile potrzebować będzie załadowana po brzegi ciężarówka, żeby po oblodzonej drodze dojechać z Warszawy do mostu na Pilicy pod Białobrzegami.

Wiedział o tym „Motor”, zdrajca, agent gestapo. Po otrzymaniu wiadomości od „Czarki” wyjechał w kierunku Opatowa. Po drodze zawiadomił gestapo w Radomiu. Zablokowali jezdnię. Czekali z pistoletami maszynowymi w ręku. „Czarka” wysiadł, podpierając się laską. Lewą rękę trzymał podniesioną do góry. Zabrali ciężarówkę ze wszystkimi ludźmi do Radomia.

W gestapo wiedzieli, dla kogo był przeznaczony transport. Znali prawdziwe nazwisko „Czarki”, jego cichociemną przeszłość i partyzancką działalność. Nie oszczędzili mu informacji, od kogo to wiedzą. Zachował się bohatersko. Nie wydał nikogo.

Śledztwo prowadził SS-Hauptsturmführer i Kriminalrat Paul Fuchs, kierownik referatu walki z ruchem oporu i wywiadu gestapo w Radomiu, wyróżniający się inteligencją, przebiegłością i szczególną bezwzględnością wobec więźniów. Bezzwłocznie przystąpił do przesłuchiwań.

Sytuacja „Czarki” była beznadziejna. Zdawał sobie na pewno z tego sprawę. Przyjął metodę zeznań, która stwarzała pozory prawdy, nikogo dodatkowo nie ujawniła ani obciążyła, a jemu samemu pozwoliła zyskać na czasie. Może myślał o zorganizowaniu ucieczki? Może liczył, że odbiją go koledzy, tak jak on przed rokiem odbijał z „Ponurym” oficerów „Wachlarza” z więzienia w Pińsku?

Śledztwo w sprawie „Czarki” zostało skończone po niespełna trzech tygodniach od aresztowania go przez gestapo. „Wyrok” został wydany w dniu 16 lutego 1944 roku i w tym samym dniu porucznik Jan Rogowski – „Czarka” został rozstrzelany.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Bogdan Juliusz Piątkowski – „Dżul”, „Mak”

Duszą naszej baterii był „Dżul” – porucznik Bogdan Juliusz Piątkowski, oficer ogniowy 1 baterii. Oficer zawodowy 1 Dywizjonu Artylerii Konnej im. gen. Bema w Warszawie, jeździec-zawodnik, zamiłowany koniarz i psiarz. Artylerzysta o bohaterskiej karcie bojowej we wrześniu, o czym dowiedziałem się znacznie później i nie od niego. Od niego natomiast dowiedziałem się na pierwszej odprawie oficerów baterii, że mam jutro od rana służbę w dywizjonie, że mam być oficerem zwiadowczym baterii, a 24 godziny służby w dywizjonie mogę wykorzystać na opracowanie planu szkolenia baterii. Wydał mi się arogancki, typowy zawodowy „zupak”.

Dotychczas znałem go z widzenia. W początkowym okresie pobytu w Szkocji nawet w najbardziej zatłoczonym namiocie każdy był sam. Przydział do 1 baterii, w której Piątkowski był oficerem ogniowym, traktowałem jako zrządzenie losu, ale wspólny pokój na kwaterze w St. Andrews – to już był wyraźny pech. Pobyt w St. Andrews zapowiadał się na długo, a że czasu mieliśmy dużo, a niełatwych rozmyślań jeszcze więcej, więc towarzysz wspólnego pokoju był ważną pozycją. O czym ja będę mówił przez kilka godzin dziennie, przez siedem dni w tygodniu – z zawodowym oficerem?

„Dżul” był moim przyjacielem i dowódcą. Już wkrótce byłem nim oczarowany bez reszty. Ja i cała bateria. Nikt nie mówił o nim inaczej niż „Dżul”, porucznik „Dżul”. I dowódca baterii, i ogniomistrz szef, i nasz ordynans. Ta pozorna poufałość w niczym nie zmieniała faktu, że nigdy bateria tak nie stała na komendę „baczność” jak wówczas, gdy raport odbierał „Dżul”.

Był w nim nieprzeparty urok osobisty, który wyłaził spod narzuconej opryskliwości, było znakomite koleżeństwo i pyszne poczucie humoru, maskowane na co dzień przesadną surowością i służbistością. A że przy tym był przystojny i miał młode łobuzerskie oczy, więc wkrótce była w nim zakochana cała bateria i połowa studentek uniwersytetu St. Andrews.

Był dowódcą mojej spadochronowej drużyny cichociemnych. Ostatni skakał. Pierwszy zginął.

Jesienią 1942 r. „Dżul”wraz z „Czarką”, „Mirą” i „Gzymsem” dostał przydział do „Wachlarza”. Palił się do tej niebezpiecznej roboty.

„Wachlarz” był to kryptonim grupy dywersyjnej podległej bezpośrednio Komendzie Głównej AK. Zadaniem „Wachlarza” miało być przygotowanie zakrojonej na ogromną skalę akcji dywersyjnej na zapleczu frontu wschodniego, między innymi wysadzenia ponad stu mostów na szlakach dojazdowych. Terenem działania „Wachlarza” miało być bezpośrednie zaplecze frontu, a więc ziemie leżące na wschód od przedwrześniowej granicy Polski. Na mapie podzielono je na pięć odcinków rozchodzących się promieniście z Warszawy – stąd kryptonim grupy.

Łatwa do zaplanowania w Londynie akcja w kraju napotykała na olbrzymie trudności. Wobec wyniszczenia ludności polskiej na terenach objętych działalnością „Wachlarza” do działań dywersyjnych trzeba było przerzucać specjalnie wyszkolonych ludzi z Warszawy. Masowe mordy ludności dokonywane przez Niemców w odwet za wszelkie akty dywersji wzmagały nieufność wobec obcych przybyszów.

W końcu kwietnia 1942 roku zdecydowano przeprowadzić akcję próbną. Tej samej nocy cztery patrole miały spowodować wykolejenie czterech pociągów. „Dżul” został wyznaczony na dowódcę tej akcji i na dowódcę jednego z patroli, dowódcą drugiego patrolu został „Mira”. Mieli jechać z grupą kilkunastu ludzi transportem samochodowym jako technicy i robotnicy firmy budowlanej pracującej dla Luftgau-Kommando Moskau w Mińsku.

Wystawiłem „Dżulowi” kenkartę i inne niezbędne dokumenty na nazwisko Stanisław Karpiński. Prosił mnie o wystawienie mu in blanco rozkazów wyjazdu z odpowiednimi pieczęciami. Kpiliśmy obaj z hitlerowskiej pieczątki.

– Patrzcie ich, Luftgau-Kommando Moskau – czy aby nie za wcześnie? – Mieli jechać samochodem ciężarowym „Luftgau-Kommando Moskau” prowadzonym przez autentycznego kierowcę wojskowego, kupionego dla tej podróży. Auto naładowane było papą i beczkami ze smołą, w smole broń, amunicja i materiały wybuchowe.

Wrócili po tygodniu. Wszystkie cztery patrole wykonały wyznaczone zadania bez strat w ludziach. Udana akcja sprawdzająca, przeprowadzona pod dowództwem „Dżula”, dostarczyła argumentów stronie polskiej do rozmów z aliantami w Londynie. Mogło się wydawać, że AK będzie zdolna do wykonania akcji dywersyjnej na terenach przyfrontowych. Rozwój wypadków udowodnił tragicznie, jak dalece mylna była ta ocena.
Postanowiono zmontować sieć patroli dywersyjnych na najważniejszym IV Odcinku „Wachlarza”, na kierunku Baranowicze-Mińsk-Orsza. „Dżul” i „Mira” zostali skierowani do tej roboty.

Mieli jechać w charakterze techników budowlanych, więc jako architekt starałem się wtajemniczyć ich w najprostsze arkana nowego fachu. Podczas ostatniego spotkania – w barze „To Tu”” na Brackiej – „Dżul” poznał mnie ze śliczną czarnowłosą dziewczyną – Danutą Rylską – która tam pracowała jako kelnerka. – Danusia, moja żona.

Wyjechał nazajutrz.

Powitanie z murami Mińska było najbardziej niespodziewane i niesamowite. Tuż przy wejściu do miasta na pierwszych latarniach wisiały trupy ludzkie. Pierwszy napotkany plac również udekorowany był wisielcami…”1

„Dżul” i „Mira” początkowo zamieszkali w barakach firmy, w której byli oficjalnie zatrudnieni. Jednak wspólne mieszkanie z liczną grupą ludzi, wśród których mogli być konfidenci niemieccy, utrudniało im robotę. Za kilka kilogramów słoniny niemiecki komisarz nadzorujący firmę zezwolił im na zamieszkanie w mieście. „Dżul” – „Mak” przeprowadził się na kwaterę do dwóch Polek, sióstr Arciszewskich, zamieszkujących drewnianą chałupę na Griegorjewskim Pierieułku, przy dużej i ruchliwej hali targowej.

Prowadzą rozpoznanie terenu, werbują ludzi, montują patrole dywersyjne poza Mińskiem, gromadzą broń i materiały wybuchowe. Rozpoczynają działalność dywersyjną. Nawiązują kontakty z partyzantami radzieckimi w Puszczy Nalibockiej, próbują uzgodnić akcje.

Wobec trudności z przechowywaniem broni i materiałów wybuchowych „Dżul” decyduje się na zmagazynowanie ich między innymi na stryszku nad pokojem, w którym mieszka. Gestapo znajdzie tam trzydzieści pistoletów, ponad tysiąc pocisków, 450 kg materiałów wybuchowych, kilkadziesiąt granatów i min z opóźniającym zapalnikiem do umieszczenia w wagonach kolejowych. Cały mozolnie gromadzony przez „Dżula” arsenał.

W początku grudnia „Dżul” jedzie do Nieświeża dla utrzymania kontaktów z ludźmi w terenie i przerzutu materiałów wybuchowych. To opóźni aresztowanie.

W tym bowiem czasie następuje w Mińsku wpadka. Patrol wracający z nieudanej akcji – mina nie wypaliła – został aresztowany. Jeden z żołnierzy zdołał uciec, ale przy zatrzymanych Niemcy znaleźli resztkę miny, broń i dokumenty firmy, w której byli zatrudnieni.

W wyniku kilkudniowej akcji gestapo w ręce Niemców dostało się siedemnastu żołnierzy „Wachlarza”, w tym całe dowództwo odcinka w Mińsku.

Los „Dżula” był przesądzony. Nie wiedział o aresztowaniach i wrócił na kwaterę w Mińsku. Zachował się meldunek jednego z żołnierzy „Wachlarza” aresztowanego wraz z „Dżulem”.

„Dojechaliśmy razem do Mińska i udaliśmy się wszyscy na melinę «Maka» […]. Nie słyszeliśmy, jak na przy gaszonych motorach zajechały samochody osobowe gestapo przed melinę. Gestapowcy wtargnęli do pokoju z wyciągniętymi pistoletami. Myśmy broni nie mieli (taki był rozkaz dla „Wachlarza” w Mińsku). Po rewizji kazano nam ręce opuścić. Gestapowców zainteresowała w dużym stopniu przywieziona z terenu solidna wałówka. Wyrzucili plecaki i znaleźli materiały wybuchowe. Jeden z nich wyciągnął lonty i spytał się: – Co [to] jest? Pierwszy odezwał się «Mak», wyjaśniając, że to przewód elektryczny, bo jest z zawodu elektrykiem. W ten sposób «Mak» przyjął na siebie moje obciążenie, chroniąc mnie wówczas i potem w czasie badań przed metodami gestapo. Kiedy w celi pytałem, dlaczego to zrobił, powiedział, że to tylko kropla wobec obciążających go faktów.”2

Takim pozostał „Dżul” do ostatka. Torturowany, nie wydał nikogo z pozostałych na wolności. Ochronił nawet swe gospodynie, siostry Arciszewskie, zapewniając gestapo, że „haziajka nic nie wiedziała” o składzie broni w jej domku na strychu. Uwierzyli.

Aresztowani żołnierze „Wachlarza” byli przesłuchiwani przez specjalnie przybyłego z Berlina wyższego oficera gestapo, gdyż znaleziona angielska broń i plastik wskazywały na powiązania grupy mińskiej z Warszawą. Katowano wszystkich, by wymusić informacje. Na próżno. „Trop” – Tadeusz Sokołowski, dowódca IV Odcinka, został zamordowany w czasie śledztwa w gestapo. „Dżul” – jeden z najbardziej obciążonych – wytrzymał tortury, nie poddał się. W warunkach niemal beznadziejnych próbował ucieczki z więzienia. Strażnik dogonił go i strzelił mu w plecy. Ranny i skatowany przez strażnika dostał się do szpitala, a stamtąd z powrotem do celi. Pomoc z Warszawy przybyła dla zorganizowania wykupu, odbicia lub ucieczki więźniów – zawiodła. Przekupiony strażnik więzienny był konfidentem gestapo. Nastąpiła masakra więźniów.

„Dżul” przeżył ją. Do ostatniej chwili nie poddał się.

Zmarł w marcu (?) 1943 roku.

W czerwcu 1941 roku na wiadomość o ataku niemieckim na Związek Radziecki napisał mi ze Szkocji do Londynu: „Zobaczymy, kto będzie pierwszy.”

W podziemiach kościoła Św. Marcina przy ulicy Piwnej w Warszawie grono przyjaciół „Dżula” wmurowało w 1970 roku brązową tabliczkę:

† KPT. BOGDAN PS. MAK I DŻUL
PIĄTKOWSKI CICHOCIEMNY
OFICER 1 DYW. ART. KONN. IM. GEN. BEMA
UR. 1910. Z-CA DOW. IV ODC. WACHLARZA AK.
ZM. 1943 W WIĘZIENIU GESTAPO W MIŃSKU LIT.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki – „Makary”

„Antoni”, „Makary”, „Heller” – emisariusz do kraju, cichociemny, szef Wywiadu AK. Mój szef i przyjaciel.
Po raz pierwszy spotkałem go jesienią 1941 roku w Londynie, w Szkole Oficerów Wywiadu. Mówił nam o życiu w okupowanej Warszawie, z której niedawno wrócił. Dla wprowadzenia w błąd wywiadu niemieckiego trasę Warszawa-Londyn odbył przez Budapeszt – Istambuł – Haifę – do Freetown w Sierra Leone. Dalej konwojem morskim przez Atlantyk do brzegów Kanady, skąd do portu Cardiff w Wielkiej Brytanii.

Ponownie spotkałem pułkownika w styczniu 1944 roku w Warszawie. Konspiracyjną pocztą dostałem polecenie: „Wtorek, godz. 17. Skwer Wielkopolski, trzecia ławka od Filtrowej.” Znak rozpoznawczy i hasło. Tam poznałem mego nowego szefa, który po aresztowaniu podpułkownika Mariana Drobika – „Dzięcioła” objął kierownictwo Wywiadu AK. Spotykałem później pułkownika Iranka-Osmeckiego – „Makarego” niejednokrotnie. Na odprawie w lokalu przy ulicy Żelaznej we wtorek 1 sierpnia 1944 usłyszałem od niego: „Dziś o godzinie 17 zaczynamy.” Pułkownik „Makary” akceptował nasz zamiar przejścia ze Starówki na Żoliborz po odsiecz z Puszczy Kampinoskiej. U pułkownika „Makarego” w tydzień później zameldowałem się, ociekający śmierdzącym błockiem, po przejściu kanałem z Żoliborza na Starówkę. Pułkownik „Makary” przekonał mnie, bym poszedł do niewoli z generałem Borem jako jego adiutant. Z pułkownikiem „Makarym” spędziłem ostatnie trzy tygodnie Powstania i siedem miesięcy w niewoli.

 

13 maja 1945 roku pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki po raz trzeci zameldował się w Londynie. Pozostał w tym mieście aż do śmierci, niemal czterdzieści lat. Stronił od działalności politycznej. Resztę pracowitego życia poświęcił publicystyce historycznej i samopomocy koleżeńskiej. Był współautorem i współredaktorem wydawnictw: Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej, t. III. Armia Krajowa; Drogi cichociemnych; Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945, oraz autorem książek: Emisariusz Antoni i Kto uratuje jedno życie – Polacy i Żydzi 1939-1945. Z tych książek jedynie Drogi cichociemnych i Emisariusz Antoni zostały wydane w Polsce.

Oficer odznaczony po wojnie 1920 roku srebrnym Krzyżem Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych oraz w wojnie 1939-1945 złotym Krzyżem Virtuti Militari i czterokrotnie Krzyżem Walecznych, do końca życia pozostał urzekająco skromny. Dwukrotnie odmówił propozycji awansu na generała. Po raz pierwszy pod koniec Powstania, gdy z takim wnioskiem wystąpił generał Bór-Komorowski, i ponownie w roku 1965, gdy podobną propozycję wysunął generał Władysław Anders.
Założyciel Koła Żołnierzy AK i Koła Cichociemnych w Londynie. Był nam przyjacielem i autorytetem moralnym.

Ostatni raz spotkałem Pułkownika w Londynie w listopadzie 1982 roku. Odprowadził mnie do stacji metra. Pozostał mi w pamięci jego życzliwy uśmiech i gest pożegnania. Zmarł w Londynie 22 maja 1984 roku.
Zgodnie z ostatnią jego wolą został pochowany w mundurze pułkownika z odznakami POLAND na ramionach. Na odwrocie naszej odznaki cichociemnych, obok kolejnego numeru, są wyryte dwa słowa: TOBIE OJCZYZNO. Pułkownik Iranek-Osmecki całym swoim życiem opromienił to hasło szczególnym blaskiem. Wzbogacił nas i następne pokolenia Polaków głęboką wiarą w nieprzemijające wartości prawdy.
1 sierpnia 1986 roku, w 42 rocznicę Powstania Warszawskiego, w kościele Św. Jacka przy ulicy Freta w Warszawie, po uroczystej mszy świętej, została odsłonięta i poświęcona tablica ku czci Pułkownika Kazimierza Iranka-Osmeckiego.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Mój koniec wojny

14 kwietnia wywieźli nas z obozu w Colditz. Nie było wątpliwości – byliśmy zakładnikami.
Potem już wszystko potoczyło się szybko i bez większej emocji. Dopiero z powojennej lektury dowiedziałem się, co nam groziło.

Przez Drezno, dymiące po ostatnim nalocie, przewieziono nas do saskiej twierdzy Koenigstein nad Łabą. Po przenocowaniu pojechaliśmy dalej przez Pilzno, Kładno i Pasawę, by 16 kwietnia wylądować w obozie jeńców i oficerów holenderskich w Titmoning pod Salzburgiem. Holendrzy przyjęli nas bardzo serdecznie: paczkami i koncertem obozowej orkiestry na naszą cześć.

Po kilku dniach przy nocnym apelu wybuchła awantura. Brak było w naszej grupie sześciu oficerów angielskich. Po kilkakrotnym przeliczeniu i trzymaniu nas przez wiele godzin pod strażą pod gołym niebem wywieziono nas do sąsiedniego miasteczka Laufen, do obozu dla cywilnych internowanych. Żeby wszystko było formalnie w porządku, nad drzwiami do naszej sali, przy których czuwał wartownik, umieszczono napis: „Oflag”. Po trzech dniach doprowadzono do nas niedoszłych uciekinierów (z wyjątkiem kuzyna Churchilla, który uciekł z oficerem holenderskim). Ukryli się w piwnicy na terenie obozu, gdzie ich wytropiły psy policyjne.

Sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę. Czołgi generała Pattona podchodziły pod Salzburg.

Pod koniec kwietnia załadowano nas znowu w największym pośpiechu do autobusu i przez Salzburg, Berchtesgaden przewieziono do Markt-Pongau w Alpach Tyrolskich. Zastaliśmy tam duży obóz jeniecki szeregowych, w którym spotkaliśmy po raz pierwszy od wyjścia z Warszawy żołnierzy AK z Powstania.

Następnego dnia dotarł tam do nas ambasador Szwajcarii przy rządzie niemieckim, od którego dowiedzieliśmy się o zajęciu Colditz przez Amerykanów i o alarmie, jaki wywołało wywiezienie naszej grupy. Robiło się koło nas gorąco.

Ambasador Szwajcarii otrzymał polecenie poszukiwania nas i odnalazł w Markt-Pongau. Zdołał przekonać przebywającego w tym rejonie SS-Obergruppenführera i generała policji Bergera, szefa Himmlerowskiej Administracji Obozów Jenieckich (Kriegsgefangenenwesen), żeby we własnym interesie zgodził się oddać nas pod opiekę przedstawiciela Szwajcarii.

Jak się dowiedziałem z powojennej literatury, ambasador musiał przekonać Bergera wówczas również i o tym, by nie wykonał rozkazu führera. 22 kwietnia 1945 roku, a więc 10 dni przedtem – jak wspomina H.R. Trevor Roper w książce Ostatnie dni Hitlera – Gotlob Berger zameldował się w podziemnym schronie Hitlera w Berlinie. Musiał czekać, bo Hitler był na naradzie. Wprowadzono go wreszcie na rozmowę, na zakończenie której poruszyli sprawę wysoko ustosunkowanych jeńców angielskich i amerykańskich, których trzymano jako zakładników. Byli internowani w zachodnich Niemczech, ale w miarę posuwania się wojsk sprzymierzonych zostali oddzieleni od swych towarzyszy niewoli i skierowani do Bawarii. Gdy Berger żegnał się, Hitler wstał. Całe jego ciało trzęsło się. „Drżały jego ręce, noga, głowa i nic innego nie miał do powiedzenia jak tylko:
– Masz pan ich wszystkich rozstrzelać. Rozstrzelać.”

Nie ulega wątpliwości, że gdyby Berger zdecydował się wykonać rozkaz führera, dotyczący Anglików i Amerykanina, to już z własnej inicjatywy wykończyłby i nas. Szczęściem, argumenty ambasadora Szwajcarii i bliskość czołgów amerykańskich były dostatecznie przekonywające. Nazajutrz, to jest 4 maja, już pod flagą szwajcarską, odjechaliśmy w kierunku granicy. Dotarliśmy jednak tylko do linii frontu utrzymywanej na tym odcinku przez dywizję SS. Droga do Szwajcarii była odcięta.

Dowódca tego odcinka frontu generał von Schwartz też widocznie szykował sobie „alibi” wobec bliskiego końca wojny, bo zaprosił prominentów – a przy okazji i nas – na podwieczorek do swej kwatery. Obsługiwali nas podoficerowie SS, a generał, opasły grubas z gwiazdką brylantową na piersi, trzymał mowę wyraźnie adresowaną do naszych brytyjskich kolegów. Nie odbiegała od propagandowych hitlerowskich schematów: była w niej i wspólnota europejska, i wspólny front przeciwko „zalewowi azjatyckiej komuny”. Na zakończenie generał zaklaskał w dłonie, wbiegł adiutant – punkt programu był widać zawczasu przygotowany – i po uroczystym „Heil Hitler” wręczył mu czerwone pudło. Grubas potoczył wzrokiem dookoła ze słowami: „dwa są szczególne momenty w życiu żołnierza, kiedy dostaje broń i kiedy zdaje broń”, otworzył pudło i wręczył najstarszemu stopniem z brytyjskich prominentów pistolet ze swym wygrawerowanym facsimile. Niemcy już się łasili do swych jutrzejszych zwycięzców. Zażenowany kapitan Elphinstone nie wiedział, jak się zachować wobec wręczanego mu pudła i wyciągniętej ręki Niemca.

Pojechaliśmy dalej.

Jak formalnie zakończyła się dla mnie wojna? Każdy, kto ją przeżył, zapamiętał tę chwilę, jakże nieraz różną od tej wymarzonej.

Dla mnie zakończyła się nijako: 5 maja 1945 roku, o godzinie 6.30, na tyrolskiej szosie pod Wörl, w autobusie z niemieckim kierowcą jadącym pod szwajcarską flagą.

Wyminęliśmy zamaskowany wśród drzew niemiecki czołg i kilku żołnierzy, wjechaliśmy w ziemię niczyją. Pogoda piękna, krajobraz niewojenny, spokojnie. Tylko raz po raz przelatywały po niebie myśliwskie samoloty alianckie, polujące z niskich wysokości na najmniejsze nawet przesuwające się po drodze oddziały i samodzielne pojazdy. Głupio byłoby dostać od własnego – bądź co bądź – lotnika w ostatniej godzinie wojny.

Czołg z białą gwiazdą, zamaskowany gałęziami opodal drogi, nie zwrócił na nas uwagi. Zatrzymał nas dopiero o kilkadziesiąt metrów dalej samotny żołnierz z pistoletem maszynowym w ręku, w hełmie nieznanego mi kształtu. Na lewym rękawie miał naszyty znak rozpoznawczy swej jednostki: zielony kaktus na biało-żółtym tle. Był to wysunięty posterunek 103 dywizji piechoty amerykańskiej. Sztab jej mieścił się w Innsbrucku, dokąd nas skierowano. Dowódca przyjął nas serdecznie i niekonwencjonalnie, wręczając każdemu na powitanie po dwie pary krótkich kalesonów koloru khaki.

Następnego dnia pojechałem z generałem Borem i trzema prominentami do dowództwa frontu. Zapamiętałem, że kierowca amerykańskiego dżipa, którym jechaliśmy, rozmawiał z nami po polsku. Nie zastaliśmy amerykańskiego generała, dowódcy armii, który omawiał warunki kapitulacji z dowódcą niemieckim, a następnego dnia rozstaliśmy się z prominentami. Oni odlecieli do Anglii, nas skierowano do obozu polskich jeńców wojennych w Murnau. Spotkaliśmy tam resztę wywiezionych z Colditz Polaków i sporą grupę oficerów i żołnierzy AK z Powstania Warszawskiego. Od kogoś z napotkanych znajomych dostałem biało-czerwony proporczyk do naszycia na beret.

Po paru dniach wraz z generałem Borem, „Grzegorzem” i „Monterem” odlecieliśmy samolotem do Paryża. 13 maja zameldowałem się w Oddziale IV Sztabu w Londynie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Colditz, Oflag IV C

5 lutego 1945 roku, niespodziewanie, kazano nam się spakować i pod silną eskortą przewieziono nas do Saksonii do obozu w Colditz.

Colditz – Oflag IV C. Sonderlager, Straflager – obóz specjalny, obóz karny – jak mówili Niemcy. „The bad boy’s camp” – „Obóz dla niegrzecznych chłopców” – jak mówili Anglicy. Zamczysko na wysokiej skale nad rzeczką, zniszczone podczas wojen husyckich, odbudowane przez Augusta Mocnego na przełomie XVII i XVIII wieku. Z jedynym wejściem przez niegdyś zwodzony most i dębowe wrota pod zamkową wieżą. Otoczone zasiekami z drutu kolczastego, oświetlone w nocy rzęsiście reflektorami ze wszystkich stron, mimo obowiązującego zaciemnienia. W roku 1940 byli tu więzieni Polacy, między innymi generał Tadeusz Piskor i admirał Józef Unrug.

W chwili naszego przybycia w lutym 1945 roku w obozie znajdowało się około czterystu jeńców: głównie Brytyjczyków, trochę Francuzów od de Gaulle’a, trzydziestu czeskich lotników z RAF-u i jeden Amerykanin. Byli to jeńcy specjalnie dobierani: schwytani uciekinierzy z obozów, spadochroniarze, komandosi i grupa tzw. prominents (znakomitości), między innymi kapitan Elphinstone, siostrzeniec królowej Elżbiety, porucznik Lascelles – lord Harewood, siostrzeniec króla Jerzego VI, kapitan lord Haig, syn marszałka, porucznik Alexander, bratanek marszałka, porucznik lotnictwa Stanów Zjednoczonych Winant, syn ambasadora USA w Londynie, jakiś kuzyn Churchilla i kilku innych, tak czy inaczej skoligaconych z możnymi tego świata. Oprócz tych utytułowanych „znakomitości” było też w Colditz kilku sławnych oficerów tej wojny, jak na przykład Group Captain Douglas Bader, dowódca Skrzydła 12 grupy myśliwskiej, w skład której wchodził polski dywizjon 302. Jako oficer zawodowy RAF-u, na kilka lat przed wojną stracił obie nogi w wypadku lotniczym. Ten zdawałoby się zupełny inwalida niesłychaną siłą woli doprowadził do tego, że mając dwie protezy, wspaniale latał i walczył, był jednym z asów Bitwy o Anglię. Po podwórzu zamkowym w Colditz chodził o dwóch protezach bez laski. Podczas defilady zwycięstwa nad Londynem prowadził eskadrę spitfirów.

Do Colditz trafiali karnie schwytani uciekinierzy z obozów, ale można było dostać się tam i za inne „przestępstwa”, Belgowie, major Flébus i porucznik Marlière, trafili tam za… zjedzenie kota.
Dowódca obozu w Eichstadt, przed wysłaniem jeńców do Colditz, ukarał ich przykładnie i opisał to w obozowym rozkazie:
„pkt 1. Postanowiłem ukarać jeńca wojennego mjr. Flébus aresztem 10-dniowym za to, że w dniu 2.3.1941 złowił niemieckiego kota, niebędącego jego własnością, i w dniu 4.3.1941 wziął udział w nielegalnej konsumpcji kota.
pkt 2… jeńca wojennego por. Marlière, aresztem 14 dni, za to, że w bestialski sposób zabił niemieckiego kota, niebędącego jego własnością, ugotował go i pożarł w nielegalny sposób.”
– Pyszny, zupełnie jak królik – wspominał w Colditz major Flébus.

Skomasowanie przez Niemców w obozie karnym w Colditz dużej liczby połapanych uciekinierów z obozów jenieckich spowodowało takie nagromadzenie specjalistów od obozowych ucieczek, umożliwiło taką wymianę doświadczeń, że po pewnym czasie nawet z Colditz, najbardziej strzeżonego obozu jeńców, było również kilka udanych ucieczek, także i w polskim wykonaniu.

W końcu marca 1945 roku przybyła do Colditz kilkudziesięcioosobowa grupa jeńców francuskich z 1940 roku. Nawet się nie zdziwiłem, gdy wśród przybyłych spotkałem kapitana Labaylle, dowódcę baterii, w której przed pięciu laty odbywałem praktykę na linii Maginota. Podarowałem mu zapasową parę butów, które zabrałem z Warszawy. Nie musiał odtąd chodzić w drewnianych sabotach. Od niego dostałem moją karykaturę, którą na poczekaniu narysował jego kompan porucznik Séri.

Jeńcy brytyjscy w Colditz byli dobrze wyposażeni i zorganizowani. Dwa razy dziennie otrzymywaliśmy od nich serwis najnowszych wiadomości z radiowego nasłuchu. Zrewanżowaliśmy się, wygłoszoną wobec licznego audytorium, zakonspirowaną przed władzami obozowymi prelekcją o konspiracyjnej walce z Niemcami w Polsce. Z upoważnienia generała Bora „Wojtek” wygłosił ją po angielsku, ja po francusku. Z powojennej lektury dowiedziałem się, że ponadto generał Bór wygłosił w obozie w Colditz trzy wykłady o AK.

Nawet w obozie w Colditz, na dwa miesiące przed kapitulacją, Niemcy nie dali spokoju generałowi Borowi wizją „frontu antykomunistycznego”. Tym razem nie byli to gestapowcy, ale uprzejmy starszy pan. Powoływał się na przedwojenne Towarzystwo Polsko-Niemieckie, apelował do wspólnoty europejskiej. Gdy mu generał Bór oświadczył, że na próżno czas traci, zrezygnował z dalszej argumentacji i więcej się już nie pokazał.

Komunikaty z frontu potwierdzały szybki postęp armii alianckiej i rozwój decydujących o losach wojny ofensyw radzieckich. Koniec wojny stawał się realny i bliski. Gdzieś w końcu marca generał „Grzegorz” przeprowadził z każdym z oficerów naszej grupy rozmowę w cztery oczy, którą nazywaliśmy „spowiedzią wielkanocną”. Zapytywał, co indagowany zamierza robić z chwilą zakończenia wojny. Odpowiedziałem, że chcę towarzyszyć Komendantowi AK do końca jego niewoli, potem udać się do Londynu dla załatwienia spraw formalno-służbowych związanych ze zrzutem do Polski i wracać do Warszawy. Nie wiem, czy moja odpowiedź była po myśli generała, ale w niczym nie zakłóciła uprzejmych stosunków między nami.

W kwietniu wypadki na froncie zachodnim potoczyły się bardzo szybko. Armie amerykańskie zbliżały się do Saksonii, a wzrastająca nerwowość Niemców wskazywała, że dni obozu w Colditz są policzone. W nocy z 13 na 14 kwietnia kazano nam się spakować w ciągu pół godziny, załadowano nas z grupą „prominents” do dwu autobusów. Ktoś nam zdążył w ostatniej chwili przekazać usłyszany właśnie komunikat o śmierci prezydenta Roosevelta.

Wywieźli nas z obozu. Nazajutrz, 15 kwietnia, obóz w Colditz został wyzwolony przez armię amerykańską.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Langwasser, Oflag 73

Langwasser, Oflag 73. Obóz jeniecki pod Norymbergą. Jesienią 1944 roku zastaliśmy tam kilka tysięcy oficerów włoskich i kilkuset oficerów rumuńskich. Niedawni sprzymierzeńcy Hitlera w ostatniej chwili zdążyli jeszcze zostać oficjalnie wrogami III Rzeszy. Siedzieli w niewoli od kilku miesięcy, wyczekując końca wojny. Otoczeni drutami kolczastymi. I pogardą Niemców.
Nie czuliśmy do nich sympatii. Mieszkaliśmy w identycznym drewnianym baraku, jedliśmy taką samą brukiew, pilnowali nas ci sami podtatusiali wachmani na wieżach strażniczych – ale przecież odmienna droga zaprowadziła nas za te same druty. Choć byliśmy jeszcze gorzej ubrani od Włochów i Rumunów, w stare mundury po zmarłych francuskich jeńcach, które wyfasowano nam zamiast naszych cywilnych ubrań i powstańczych mundurów, nosiliśmy na bardzo różnych furażerkach jednakowe orzełki – ręcznie wycięte z blachy – żeby jak najbardziej odróżniać się od pozostałych jeńców podczas przemarszów do łaźni, do której prowadzono nas pod konwojem raz na tydzień.

Od reszty obozu byliśmy ściśle izolowani. Nasz barak stojący w środku rozległego obozu wraz z terenem do spacerów o wymiarach 30 x 40 metrów został dodatkowo otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego wysokości trzech metrów, z „własną” wieżą wartowniczą i „własnymi” reflektorami, oświetlającymi w nocy nasz teren.

Oprócz tych dodatkowych rygorów i częstych apeli w dzień i w nocy, podczas których liczono nas skrupulatnie, zastosowano do nas jeszcze specjalne, nieco humorystyczne środki ostrożności. Nasz barak stał na betonowych słupkach wysokości około 80 cm, tak że między podłogą baraku – przez którą wiało dotkliwie i ciągnął mróz – a ziemią była wolna przestrzeń. Teren pod naszym barakiem wysypano żółtym piaskiem i codziennie rano służbowy podoficer właził pod barak i czołgając się sprawdzał, czy nie ma tam żadnych podejrzanych śladów podziemnych wykopów. Sława powstańczych przejść kanałami musiała dotrzeć do komendanta obozu, bo najbliższą studzienkę kanalizacyjną o średnicy 40 cm zabezpieczono żelaznym okuciem zamykanym na kłódkę.

W obozie w Langwasser było nam zimno, głodno i gorzko. Dzień dzisiejszy za drutami liczył się tylko dlatego, że mijał. Ważne było, co będzie jutro i co było wczoraj.

Dziwne miałem uczucie podczas wstępnych formalności, gdy po szczegółowej rewizji przeprowadzonej przez funkcjonariuszy obozowej Abwehry podawałem swoje dane personalne. Przez dwa i pół roku żyłem w Warszawie pod fałszywymi nazwiskami po to, by uniknąć spotkania z gestapo i Abwehrą, a tu, w niewoli, wobec przedstawiciela tejże Abwehry miałem ujawnić prawdziwe imię i nazwisko. Zarejestrowali mnie pod numerem 4454.

W skład grupy generałów i wyższych oficerów AK uwięzionych w Langwasser wchodzili:
– gen. dyw. Tadeusz Komorowski-Bór, Komendant AK, mianowany dnia 30 IX 1944 roku Naczelnym Wodzem Polskich Sił Zbrojnych (zmarł w Londynie 24 sierpnia 1966);
– gen. bryg. Tadeusz Pełczyński – „Grzegorz”, Szef Sztabu AK (zmarł w Londynie 3 stycznia 1985);
– gen. bryg. Antoni Chruściel – „Monter”, dowódca Warszawskiego Okręgu AK (zmarł w Waszyngtonie 30 listopada 1960);
– gen. bryg. Albin Skroczyński – „Łaszcz”, dowódca Obszaru Warszawskiego (zmarł w Warszawie w 1972);
– gen. bryg. Kazimierz Sawicki – „Prut”, dowódca Obszaru Południe (zmarł w Londynie w 1971);
– gen. dyw. Tadeusz Kossakowski, w Powstaniu bez przydziału, przybyły do kraju „mostem nr 2” w maju 1944 (zmarł w Warszawie w 1973);
– płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki – „Makary”, „Heller”, szef II Odziału Sztabu KG AK (zmarł w Londynie 22 maja 1984)

oraz towarzyszący im oficerowie i szeregowi AK: ppłk Tadeusz Zdanowicz, kpt. Stanisław Jankowski – „Agaton”, rtm. Zdzisław Rubach-Połubiński – „Admirał”, por. Ludwik Hermel – „Kazimierz Boruń”, ppor. Zenon Chorzewski – lekarz, ppor. Jan Wojtowicz – „Wojtek”, kpr. Janusz Makarewicz, kpr. pchor. Janusz Małecki, kpr. pchor. Zygmunt Skrobański – „Blikle”, kpr. pchor. Czesław Wegner – „Bartek”, kpr. Piotr Woyzbun – „Janusz”, st. Strzelec Leon Putowski – „Pakulski”.

Wobec generała Bora, nawet w baraku za dodatkowymi drutami, Niemcy stosowali specjalne obostrzenia. Pokój, w którym mieszkał wraz z generałem „Grzegorzem”, zamykano wczesnym wieczorem na klucz, a wartownik przed drzwiami na korytarzu pilnował ich do rana. Strach przed możliwością ucieczki któregoś z nas doprowadził Niemców do tego, że nie chcieli przekazać do obozowego szpitala generała „Grzegorza”, którego ropiejąca rana na twarzy groziła ogólnym zakażeniem. Dopiero pisemny protest generała Bora poskutkował. Operacja, której dokonał chirurg-Jugosłowianin, więzień sąsiedniego Stalagu XII D, uratowała generałowi „Grzegorzowi” życie.

Od reszty obozu byliśmy odgrodzeni kolczastymi drutami, od siebie nawzajem dzieliła nas gorycz klęski, nadmiar pytań bez odpowiedzi, niepokój o najbliższych pozostawionych w Warszawie.
Zdecydowałem się, po długiej rozmowie z pułkownikiem „Makarym”, iść do niewoli jako adiutant generała Bora, w przeświadczeniu, że mogę mu być przydatny w trudnych okolicznościach. Nie sprawdziła się ta moja gotowość. Lepiej zresztą, że jej generał nie potrzebował. Dystans służbowy, nuda obozowego życia na niby nie sprzyjały nawiązaniu bliższych z nim kontaktów. Niełatwa dla mnie była konfrontacja wyidealizowanego wizerunku Komendanta AK, następcy legendarnego „Grota”, ze zmęczonym, nieśmiałym, uprzejmym i koleżeńskim człowiekiem, z którym stałem wspólnie w kolejce pod prysznic w obozowej łaźni. Pobyt w Langwasser, wspólny pokój i niejedna noc przegadana do rana pozwoliły mi natomiast na nawiązanie serdecznych stosunków z pułkownikiem Kazimierzem Irankiem-Osmeckim, moim ostatnim szefem w konspiracji i utrwaliły przyjaźń na resztę życia. Z pozostałymi generałami AK, z którymi spędziłem w Langwasser cztery miesiące, mój kontakt ograniczał się do wymiany skąpych informacji i zdawkowych uprzejmości. Myślę, że im było wówczas jeszcze ciężej niż mnie, bo więcej mieli za sobą i przed sobą przegranych spraw i zawiedzionych nadziei.

Sprawdziłem w Langwasser na własnej skórze trudności obozowego życia za drutami, o których tyle napisano w powojennych wspomnieniach. Choć krótko, ale w zaostrzonej dawce, ze względu na ograniczoną liczbę mieszkańców naszego samotnego baraku, nadmiar problemów, zimno, głodowy obozowy wikt, który musiał nam wystarczyć przez pierwsze dwa miesiące. Trudno było nie myśleć o jedzeniu. Pokrajać porcję chleba na cieniutkie plasterki, ususzyć je na rurze od piecyka na chrupiące grzanki i wydzielać je sobie przez cały dzień, czy posmarować pajdę chleba „całą” margaryną i zjeść od razu na śniadanie. Bo choć „Pakulski” opracował bezbłędną metodę dzielenia chleba i skonstruował foremkę i wagę do podziału margaryny, w niczym nie zwiększało to codziennych porcji. Reszta obozowego wiktu: „herbata” z sosnowych igieł z sacharyną i brukiew pod różnymi postaciami, nie nadawały się do żadnych ulepszeń, a i do jedzenia nie za bardzo.
Poza jedzeniem pozostawało niewiele czynności, które pozwalały na samokontrolę i niepoddawanie się obozowej apatii.

W tych warunkach codzienne staranne golenie się przy pomocy ostrzonej na dłoni żyletki oraz mycie się w pieczołowicie wydzielanej menażce zimnej wody, słanie łóżka i codzienny – bez względu na pogodę – długi spacer wzdłuż drutów, nabierały istotnego znaczenia. Nie mieliśmy książek, nie było obozowej biblioteki. Staraliśmy się jakoś rozładować gorycz, zabić nudę. Zorganizowaliśmy wykłady z języków obcych, matematyki, historii, architektury, uroczysty obchód z okazji 11 listopada, wspólną kolację z opłatkiem w Wigilię Bożego Narodzenia. Po raz pierwszy, właśnie tam, w obozie Langwasser, wygłosiłem prelekcję o odbudowie Warszawy. Niewiele wiedziałem jeszcze wówczas na ten temat poza tym, że Warszawa na pewno będzie odbudowana i że bardzo chcę w tym uczestniczyć.

Niezapomnianym przeżyciem w obozowej nudzie były dla mnie poranne spacery wzdłuż drutów kolczastych, które odbywaliśmy we trójkę z pułkownikiem „Makarym” i z „Wojtkiem”. Mogliśmy rozmawiać do woli na temat konspiracji, Powstania, rychłego zakończenia wojny i bardzo różnych wariantów jej finału dla naszej grupy jeńców-zakładników. Zdawaliśmy sobie sprawę, że zaostrzone rygory bezpieczeństwa stosowane wobec nas nie pochodzą od komendanta obozu, ale są wynikiem rozkazu z góry i mogą zapowiadać jeszcze niejedną przykrą dla nas niespodziankę.
O tym, że nasza grupa była nadal tematem zainteresowania gestapo, przypomniała nam w początku listopada wizyta dwu cywilów, którzy zjawili się dla przeprowadzenia rozmowy z generałem Borem. Nietrudno było rozpoznać, że to gestapowcy, a sądząc z szacunku, który im okazywał szef obozowej Abwehry, jacyś wyżsi funkcjonariusze tej instytucji.

Jak nam później relacjonował generał Bór, była to jeszcze jedna próba wciągnięcia go do frontu antykomunistycznego. Odmówił kategorycznie. Przy okazji tej rozmowy wypytywał o losy generała „Grota”-Roweckiego. Jeden z przybyłych gestapowców prowadził jego sprawę i osobiście przesłuchiwał go na Alexander-Platz w Berlinie (centrala gestapo). Oświadczył, że stan zdrowia aresztowanego jest zły. Od chwili gdy wskutek wybuchu Powstania w Warszawie przestał otrzymywać paczki z kraju, nie może powrócić do sił. Gestapowiec zgodził się na propozycję generała Bora, by przesłać generałowi Roweckiemu paczki od nas, zalecając towarzyszącemu mu oficerowi Abwehry, by z chwilą otrzymania paczki przekazał ją dalej.

Nie zrozumieliśmy wówczas właściwie, co oznaczały w ustach gestapowca słowa, że więzień „przestał otrzymywać paczki”. Po dwu miesiącach dowiedzieliśmy się przypadkowo, że nasza paczka przeznaczona dla „Grota” wciąż leży w obozowej kancelarii Abwehry. Adresat nie żył już dawno, o czym dobrze wiedzieli Niemcy podczas rozmowy z generałem Borem.

Pod koniec listopada dostałem wreszcie pierwszą wiadomość z domu. Pisała matka i „Krystyna”. Przeżyły Powstanie, były razem z Magdalenką i moją siostrą. Od tej chwili byłem pewien, że i ja doczekam się szczęśliwie końca wojny. Na Gwiazdkę dostałem list od Magdalenki. Pierwszy jej własnoręcznie napisany list. Konspiracja wojenna obowiązywała nadal, bo list zaczynał się: „Kochany wujku”.

Skończyło się nasze głodowanie. Dostaliśmy paczki z domu. Tam nasze panie odżywiały się kaszą z majerankiem i namiastką herbaty z sacharyną, ale nam do obozu wysyłały domowej roboty suchary, smalec i cebulę. Trafił też do nas mąż zaufania Polaków-jeńców sąsiedniego stalagu i zaopatrzył szczodrze w znakomite paczki Czerwonego Krzyża. Palacze, którzy dotychczas dzielili na cztery części jednego papierosa, kupionego za dzienną porcję chleba od wachmana, stali się nagle posiadaczami kartonów cameli i lucky strike’ów.

Bogactwo paczkowo-papierosowe nie tylko poprawiło nasze samopoczucie, ale wpłynęło wydatnie na zwiększenie serwisu informacyjnego oraz liczby reglamentowanych blankietów korespondencyjnych, które za papierosy dostarczał nam Gwóźdź-tłumacz.

Gwiazdkę w Langwasser obchodziliśmy w niemal pogodnym nastroju. Mieliśmy wiadomości z domu, nawet najwięksi pesymiści przyznawali, że to ostatnia wojenna Gwiazdka. Urządziliśmy wspólną Wigilię. Były kolędy, sąsiad, kucharz-Włoch, grał na skrzypcach, ja na pożyczonej od Włochów za papierosy harmonii. Dzięki paczkom mieliśmy węgla pod dostatkiem, nareszcie było ciepło w baraku.

Najwspanialszy prezent gwiazdkowy zrobili nam w kilka dni później Anglicy. Nocny nalot na Norymbergę. Pierwsza fala bombowców zrzuciła rakiety oświetlające na spadochronach. Potem nastąpiło ciągłe bombardowanie trwające blisko godzinę. Z jednostajnego łoskotu można było wyróżnić detonacje ośmiotonowych bomb, po raz pierwszy użytych ponoć właśnie w tym nalocie. Staliśmy w otwartych oknach, potem wyszliśmy przed barak, nie bacząc na odłamki spadające na dach naszej budy. Byliśmy sami. Wachmani dawno już pouciekali z wież strażniczych i poukrywali się w schronach. Nikt nam nie przeszkadzał w kontemplacji pożarów i detonacji.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Z Warszawy do Oflagu

Przez częściowo rozebraną barykadę u wylotu ulicy Śniadeckich wyszliśmy na plac przed Politechniką. Po wypełnionych ruinami ulicach Śródmieścia wydał mi się nadspodziewanie rozległy i pusty. Niemcy stali w połowie drogi między wylotem Śniadeckich a budynkiem szpitalnym na ulicy 6 Sierpnia. Szliśmy czwórkami, niewielką kolumną, jaką udało się sklecić z kompanii osłony Komendy AK, na czele wychodzących oddziałów AK – Śródmieścia-Południe. Mundury, cywilne łachy, obładowani podręcznym bagażem.

Pierwsza i ostatnia defilada. Generał Bór i generał „Grzegorz” żegnali idącą kolumnę.

Przeszliśmy za barykadę niemiecką. Dalej stał gęsty kordon piechoty, rozstawionej po obu stronach jezdni. Za nimi samochody i motocykle pełne żandarmów z pistoletami maszynowymi gotowymi do strzału i fotoreporterzy. Trafił im się niezły temat. Szliśmy wśród trzasku kamer i aparatów filmowych. Na rogu alei Niepodległości obojętnie przyglądał nam się niemiecki czołg.

Skierowano nas na dziedziniec Wojskowego Instytutu Technicznego, zamienionego przez Niemców na Heereskraftfahrpark – wojskową stację obsługi samochodów. Pomyślałem, nie bez ironii, że po raz pierwszy wchodzę oficjalnie, główną bramą, do instytucji, która przez wiele miesięcy zaopatrywała mnie w autentyczną legitymację służbową „tapicera samochodowego”.

Otoczeni kordonem piechoty, idąc wzdłuż rozstawionych stołów i skrzyń, zdawaliśmy broń. Resztki broni, której nie zakopaliśmy poprzedniej nocy w ruinach domów na Piusa obok PAST-y. Całe uzbrojenie naszej kompanii z trudem wypełniło dno skrzyni. Pusty stół czekał bezskutecznie na długą broń.

Grupę Komendy AK ustawiono na prawym skrzydle i załadowano do samochodów. W pierwszym jechał generał Bór eskortowany przez dwóch oficerów żandarmerii. Drobna postać w kapeluszu i zbyt obszernym palcie. Gestem ręki żegnał stojące na baczność oddziały AK. Bo jakże to: Salutować do kapelusza? Kłaniać się wojsku? Pojechaliśmy za nim w kierunku Woli.

Opuściliśmy Wolę po pierwszym tygodniu walk, teraz po dwóch miesiącach z trudem rozpoznawałem znajome ulice. Jechaliśmy szybko, na ile pozwalały nieuprzątnięte z gruzu jezdnie, leje od bomb, przejścia w barykadach przetrasowane przez czołgi, do stacji kolejowej w Ożarowie. Czekał tam na Komendanta AK i towarzyszącą mu grupę generał von dem Bach z oficerami swego sztabu i oddziałem żandarmerii, w długich ceratowych płaszczach, z pistoletami maszynowymi w ręku. Otoczyli nas zwartym kołem. Von dem Bach powitał generała Bora propagandowym przemówieniem: konieczny jest front antykomunistyczny, wojna skończy się szybko zwycięstwem Niemiec dzięki użyciu „neue Waffe”. Znacznie ciekawsza była jego wypowiedź na temat działalności gestapo w Warszawie. Jako spec od zwalczania ruchów oporu (uprzednio zwalczał partyzantkę w Jugosławii), po Powstaniu Warszawskim oceniał działalność gestapo w Warszawie jako okrutną, ale głupią, jeśli po pięciu latach terroru nie potrafiła zapobiec zmobilizowaniu tak licznej i wyszkolonej armii podziemnej. Jako jedną z przyczyn bezradności gestapo von dem Bach wymieniał powszechny udział kobiet polskich w konspiracji, co zdezorientowało Niemców.
Po kilku minutach dołączył do naszej grupy generał „Monter”, który wychodził z oddziałami AK – Śródmieścia-Północ przez inną barykadę. Głupio mi było na widok generała „Montera” i towarzyszącego mu kapitana, ubranych w niby-polskie mundury, z polskimi dystynkcjami, uszyte ze zdobycznego, jadowicie zielonego sukna mundurowego żandarmerii. Wsiedliśmy – pociąg ruszył natychmiast.

Jechaliśmy wagonem osobowym, między dwoma wagonami z eskortą. Przed każdym przedziałem stał na korytarzu wartownik z pistoletem maszynowym w ręku. Dali nam jeść.

Jechaliśmy na zachód. Dokąd – nie wiadomo. Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się na stacji w Sochaczewie, gdzie wyprowadzono generała Bora i pułkownika „Makarego” w asyście oficerów żandarmerii i wartowników. Zaniepokoiło nas to, ale pocieszającym był fakt, że czekaliśmy na stacji, więc chyba na ich powrót.

Wiedziałem, że pod Sochaczewem, w Kuznocinie, w rodzinnym dworku Woyzbunów mieszkała babka „Krystyny”. Jeśli „Krystyna” żyje, to będzie się starała tam dostać. Napisaliśmy karteczki z lakonicznym komunikatem o nas z prośbą o dostarczenie ich do Kuznocina. Nasz pociąg specjalny z silnym konwojem wywołał zrozumiałe zainteresowanie na stacji, ale peron był gęsto obstawiony uzbrojonymi wartownikami, którzy nie dopuszczali nikogo do pociągu. Pod pozorem wietrzenia przedziałów wyrzuciliśmy napisane karteczki na przeciwną stronę, na tory. Znalazł je jakiś Polak, bo trafiły pod wskazany adres. Były to pierwsze wiadomości, że przeżyliśmy Powstanie.

Po półgodzinie wrócił generał Bór i pułkownik „Makary”, pociąg ruszył. Jak nam opowiadali, samochody z eskortą zawiozły ich do pobliskiego dworku, gdzie kwaterował dowódca 9 armii, generał von Lüttwitz. Gdy Polacy weszli, oświadczył im uroczystym tonem, że od tej chwili generał Bór i jego żołnierze są jeńcami Wehrmachtu, który będzie przestrzegał, aby postępowano z nimi zgodnie z Konwencją Genewską i w myśl podpisanej umowy kapitulacyjnej. Kabotyn. Zgrywał się wobec uwięzionego Komendanta AK, jakby nie znał Konwencji Genewskiej od pierwszego dnia Powstania, gdy oddziały niemieckie na podległym mu terenie rozstrzeliwały jeńców i mordowały bezbronną ludność cywilną.

Z zapadnięciem zmroku do każdego przedziału wszedł uzbrojony wartownik i zajął miejsce przy drzwiach. Nad ranem dojechaliśmy do stacyjki Kruglanken (dziś Kruklanki opodal Giżycka). Gdyśmy wysiedli, otoczyło nas kilkudziesięciu esesmanów z pistoletami maszynowymi. Odwieźli nas do obozu Waffen-SS, gdzie zostaliśmy rozmieszczeni w schludnych drewnianych domkach. Wartownicy ustawieni przed każdym wyjściem nie pozwalali nam wychodzić na zewnątrz. Pobyt w Kruglanken minął nam głównie na roztrząsaniu: „Co dalej?”

Dopiero później w obozie jeńców dowiedzieliśmy się o rozmowach, jakie niemieckie dowództwo prowadziło w Kruglanken z generałem Borem. Zapytywali go telefonicznie, czy podpisana umowa kapitulacyjna dotyczy tylko oddziałów AK w Warszawie, czy też całości AK w kraju. Wobec odpowiedzi, że kapitulacja obowiązuje tylko walczących w Warszawie, Niemcy sugerowali, by generał Bór wydał rozkaz zaprzestania walki dla wszystkich oddziałów AK w kraju. Odmówił kategorycznie.

9 października, bez słowa wyjaśnienia, zawieziono nas pociągiem do Berlina. Na dworcu przyglądano nam się z wrogą ciekawością. Byliśmy ubrani w większości po cywilnemu, ale z biało-czerwonymi opaskami na rękawie, a splendoru dodawała nam silna eskorta SS z pistoletami maszynowymi w ręku. „Polnische banditen.”

Przejeżdżaliśmy przez zbombardowany Berlin. Miasto robiło wrażenie wymarłego. Ulice bezludne, zawalone gruzem. Tylko środkiem jezdni przetrasowane wąskie przejazdy. Zawieziono nas do wspaniałej willi – jak nam powiedziano – siedziby sztabu Himmlera, który chciał ponoć widzieć generała Bora. Czekaliśmy przez cały dzień w ogrodzie. Do spotkania nie doszło. Pod wieczór odwieziono nas na nocleg do koszar SS. Tam zastał nas alarm lotniczy.

Eskortujący nas esesmani kazali nam zejść do schronu. Wybuchła awantura, gdyż komendant schronu nie chciał wpuścić „polskich bandytów”. Kłócił się z esesmanami, którzy w trosce o własne bezpieczeństwo chcieli wymusić i dla nas miejsce. Na próżno. Komendant schronu postawił na swoim. Resztę nocy spędziliśmy pod strażą esesmanów na klatce schodowej prowadzącej do schronu. Czułem się tam tak wyłącznie w roli widza, że ani przez myśl mi nie przeszło, że angielskie bomby byłyby równie przykre dla Niemców, jak i dla mnie. Doczekałem się. Po raz pierwszy lotnictwo bombardujące było po mojej stronie.

Następnego dnia odjechaliśmy do Norymbergi. Langwasser – Oflag 73 – Stalag XII D.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Koniec

1 i 2 października obowiązywało obustronne zawieszenie broni od godziny 5 do 19. Warszawiacy nie kwapili się do wychodzenia z ruin miasta, natomiast tłumnie wychodzili na Pole Mokotowskie po kartofle i pomidory. Punktualnie o 19 2 października Niemcy wznowili obstrzał Śródmieścia. Musieli znać już wówczas rejon, w którym mieściło się Dowództwo AK, bo kładli ogień wyraźnie w naszej bliskości. Po raz pierwszy wtedy ten ogień artylerii niemieckiej sprawił mi satysfakcję. Bałem się, jak zwykle w takiej chwili, ale jednocześnie miałem satysfakcję, że jeszcze do nas strzelają. Potem już była tylko cisza. Kapitulacja została podpisana dnia 2 października wieczorem. Propozycja wysuwana przez Niemców, by podpisane zawieszenie broni rozszerzyć na oddziały AK w całym kraju, została odrzucona. Pamiętam, że gdy się dowiedziałem o kapitulacji, po raz pierwszy policzyłem jak długo trwało Powstanie: 31 dni sierpnia, 30 dni września i 2 dni października. 63 dni.

Pułkownik „Makary” wezwał mnie do siebie. Mieszkał razem z nami na Piusa, spotykaliśmy się często, ale tym razem wezwał mnie oficjalnie, rozmawialiśmy w cztery oczy. Przedstawił mi krótko, o co chodzi. Generał Bór zdecydował, że wraz z oddziałami AK idzie do niewoli. Sugestie Londynu, by próbował się ukryć i przedostać na Zachód, odrzucił. Razem z nim idą do niewoli ranny generał „Grzegorz”, szef Sztabu AK, generał „Monter”, dowódca Okręgu Warszawskiego AK, i trzej inni generałowie AK, których nie znałem. Każdemu z nich zgodnie z Konwencją Genewską przysługuje prawo zabrania ze sobą do obozu jeńców adiutanta i ordynansa. Generał Bór jako Naczelny Wódz ma prawo do zabrania ponadto oficera do zleceń. Nominacja generała Bora na Naczelnego Wodza w przeddzień pójścia do niewoli, znana Niemcom, stworzyła sytuację szczególnie trudną i niebezpieczną. Należy się liczyć z tym, że Niemcy będą próbowali wywierać na uwięzionym Komendancie AK i Naczelnym Wodzu różnorodne presje, że trzeba mu będzie pomagać w trudnych do przewidzenia sytuacjach.

– Diabli wiedzą, co oni będą chcieli z nim zrobić w niewoli – powtarzał zatroskany „Makary”. – Chodzi o to, by poszli z nim do niewoli ludzie, na których będzie można liczyć w każdej sytuacji. – Pułkownik nie taił przede mną, że jest pełen najgorszych obaw. Zdecydował się sam pójść do niewoli z generałem Borem jako oficer do zleceń, mnie zaproponował, bym poszedł w charakterze adiutanta generała Bora. „Wojtkowi”, by towarzyszył w tym samym charakterze rannemu generałowi „Grzegorzowi”. Prosił, by nawet funkcje ordynansów obsadzić, o ile można, zaufanymi chłopcami z naszego plutonu, choć im to na pewno nie będzie w pierwszej chwili odpowiadało. Funkcje ordynansów nie istniały w AK. Poprosiłem o czas do namysłu. Chciałem przemyśleć tę propozycję, przedyskutować ją z „Wojtkiem” i z chłopcami. Funkcja adiutanta kojarzyła mi się dotychczas z mało sympatyczną sylwetką wyelegantowanego oficera. Do tego nie nadawałem się zupełnie. Pesymistyczne przewidywania pułkownika „Makarego” zapowiadały jednak całkiem inną rolę adiutanta uwięzionego Dowódcy AK i Naczelnego Wodza. Generała Bora nie znałem bliżej. Pierwszy raz spotkałem go po wyjściu z kanału na Starówce, potem w schronie PKO, gdzie osobiście dekorował nasz patrol Krzyżem Virtuti Militari. Na Piusa widywałem go tylko przelotnie. Nie miał w sobie cech dowódcy, który umie porwać żołnierzy. Wydał mi się chory, zmęczony, bardzo nieśmiały. Sposób, w jaki zareagował na wiadomość o nominacji na Naczelnego Wodza, utwierdził mnie w tej opinii. Ale przecież był Komendantem AK, szedł do niewoli niemieckiej. Argumenty pułkownika „Makarego”, a zwłaszcza jego osobista decyzja towarzyszenia generałowi Borowi w niewoli, przekonała i mnie, i „Wojtka”, i czterech chłopców z „Agatona”. Postanowiliśmy iść do niewoli niemieckiej razem z Dowództwem AK. Dobór chłopców, którzy zdecydowali się iść do niewoli z nami, to był ostatni kawał, jaki zrobiliśmy Niemcom. Zdziwiliby się niemało referenci gestapo w Warszawie, gdyby się dowiedzieli, że jako „ordynarni” generałów AK poszli do niewoli „Blikle” i „Bartek”, dwaj najlepsi specjaliści od podrabiania dokumentów, oraz „Pakulski” – mistrz w pakowaniu, ukrywaniu i przemycaniu najmniej spodziewanych przedmiotów. Narzędzia pracy – wyglądające zresztą całkiem niewinnie lub ukryte dostatecznie – zabrał każdy z nich ze sobą.

Dostaliśmy od pułkownika „Makarego” ostatnie polecenie po linii naszej konspiracyjnej specjalności. Zabezpieczyć i ukryć przed Niemcami podręczne archiwum Dowódcy AK, którego nie mógł zabrać ze sobą, a zniszczyć nie chciał. Nie znałem zawartości sporej paczki, którą wręczył mi pułkownik „Makary”. „Pakulski” miał okazję po raz ostatni wykazać swe talenty, tylekroć wypróbowane przy ukrywaniu naszych konspiracyjnych materiałów i broni. Wynalazł gdzieś skrzynkę metalową wielkości podręcznej walizki. Po wysmarowaniu smołą wewnątrz i zewnątrz miała zabezpieczyć archiwum, które zdecydowaliśmy zakopać gdzieś w piwnicach PAST-y. Okazało się, że po umieszczeniu archiwalnej paczki pozostało w skrzynce jeszcze sporo miejsca. Postanowiliśmy wypełnić je osobistymi pamiątkami.

Włożyłem tam mojego konspiracyjnego visa; który towarzyszył mi wiernie przez całe Powstanie, ktoś – orzełka z czapki, pistolet i biało-czerwoną opaskę. Zygmunt Skrobański – „Blikle” – rodzinne fotografie i dokumenty, a wśród nich rękopis Moniuszki: „Arya z kurantami z opery Straszny Dwór. Dla Jadwigi Moniuszko ułożona na fortepian przez Stanisława Moniuszko r. 1868.” Własność z Moniuszków Jadwigi Skrobańskiej. Pamiątki rodzinne „Bliklego” wróciły do mnie po piętnastu latach. „Arya z kurantami” – zgodnie z wolą wdowy po Zygmuncie, Krystyny Skrobańskiej, żyjącej po wojnie w Londynie, została przekazana 25 lutego 1980 roku do Biblioteki Narodowej w Warszawie. Mojego visa nigdy więcej nie zobaczyłem.

5 października mieliśmy wyjść z Warszawy przez rozebraną barykadę u wylotu ulicy Śniadeckich.

„Postanowiłem dalszą walkę przerwać – pisał w ostatnim rozkazie do Żołnierzy Walczącej Warszawy Komendant AK. – Wszystkim żołnierzom dziękuję za znakomitą, najcięższym warunkom nie ulegającą postawę bojową. Poległym oddaję hołd należny ich męce i ofierze. Ludności wyrażam podziw i wdzięczność walczących szeregów i ich do niej przywiązanie.”

Wieczorem pożegnałem się z resztą plutonu. Siedzieliśmy do późnej nocy, wspominając konspirację i Powstanie. Spotkamy się w Warszawie!

O godzinie ósmej rano ostatnia zbiórka plutonu i meldunek generałowi Borowi. Najtrudniej było mi żegnać się z chłopcami z „Agatona”. Za barykadą na Śniadeckich nasze drogi się rozejdą. Niewiele umiałem im powiedzieć.

O godzinie 9.15 oddziały powstańcze Śródmieście-Południe zebrały się w kolumnie na ulicy Śniadeckich. Pierwsza i ostatnia zbiórka. W myśl umowy kapitulacyjnej mieliśmy wyjść z bronią w ręku, zdając przedtem resztki amunicji. Jeszcze poprzedniego dnia postanowiliśmy, że broni Niemcom nie oddamy i zakopaliśmy ją w piwnicy na Piusa. Na Śniadeckich szliśmy wśród tłumu milczących ludzi. Starałem się o niczym nie myśleć. Ale trudno nie myśleć, wychodząc z Warszawy. Barykada na Śniadeckich była już częściowo rozebrana. Po drugiej stronie pusty plac przed Politechniką, w głębi Niemcy. Jeszcze Polska nie zginęła! Na prawo patrz! Stojący obok ksiądz błogosławił przechodzące oddziały. Szliśmy wyrównanymi czwórkami.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Wytyczne Programu Odbudowy Warszawy 26.IX.1944

W tych najcięższych dniach Powstania, w najbardziej nieoczekiwanym momencie przypomniałem sobie urbanistykę. Właściwie to przypomnieli mi ją podporucznik Stanisław Dziewulski i podporucznik Kazimierz Marczewski.

Na Starym Mieście w Oddziale OW-PPS spotkałem kolegę architekta podporucznika Stanisława Dziewulskiego. Minęliśmy się przy którejś z barykad.

Ponownie spotkaliśmy się pod koniec września w Śródmieściu, a następnego dnia u Dziewulskiego w Alejach Ujazdowskich, już we trójkę z architektem podporucznikiem AK Kazimierzem Marczewskim.

Wobec spodziewanej kapitulacji i konieczności wyjścia z Warszawy ludzie przygotowywali się do drogi w nieznane. Kompletowali ubranie i żywność, leki, pamiątki rodzinne. Gdy zjawiłem się w mieszkaniu-pracowni, zastałem obu kolegów przy pracy: Marczewski kończył właśnie szkicować projekt dzielnicy mieszkaniowej „Muranów”, a Dziewulski – na ocalałej maszynie do pisania – Wytyczne Programu Odbudowy Warszawy. Data: 26 IX 1944. Uprzednio, 21 IX 1944 , napisał dwustronicową notatkę pt. Konieczność reformy terenowej w miastach (na przykładzie Warszawy). Było to kontynuacją prac projektowych nad planem ogólnym Warszawy, prowadzonych konspiracyjnie przez cały czas okupacji przez Stanisława Dziewulskiego, Kazimierza Marczewskiego i Zygmunta Skibniewskiego.

Dziewulski wręczył mi kopie Wytycznych programu, jako że nie wiadomo, co komu przeznaczone, a napisana na maszynie notatka może się przydać. Przydała się. Zadziwia trafnością sformułowań i niezłomną wiarą w szybką odbudowę Warszawy. Trudno uwierzyć, że była pisana wśród dopalających się gruzów zburzonego miasta.

Gdy we wrześniu 1946 roku wróciłem do Warszawy (po niewoli niemieckiej i ukończeniu studium urbanistyki na Uniwersytecie w Liverpool) i zgłosiłem się do pracy w BOS, Stanisław Dziewulski był moim pierwszym szefem jako kierownik Pracowni Planu Ogólnego. Kazimierz Marczewski był wówczas kierownikiem Pracowni Urbanistycznej Śródmieścia, całością zaś prac urbanistycznych BOS kierował – wraz z Wacławem Ostrowskim – Zygmunt Skibniewski.

Wynosząc z Warszawy po upadku Powstania wystukane na maszynie Wytyczne i chroniąc je przed kolejnymi rewizjami w oflagach, nie przypuszczałem w najśmielszych marzeniach, że dane mi będzie włączyć się do tak wspaniałej ich realizacji.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

W kanałach – ze Śródmieścia na Mokotów

Nie zagrzałem długo miejsca w Śródmieściu. Mamy znowu iść kanałami. Tym razem z „Kubusiem” na Mokotów. Zadanie wyjaśnił nam osobiście generał „Grzegorz”. Chodziło o rozpoznanie sytuacji i o sprawdzenie możliwości pomocy ze strony oddziałów partyzanckich zgrupowanych w Lasach Chojnowskich i Kabackich.

Choć moje doświadczenia z odsieczą z Puszczy Kampinoskiej były jak najgorsze, zgodziłem się chętnie. Znowu miałem konkretne zadanie. Może tym razem uda się lepiej niż z oddziałami z Kampinosu.

Wiedziałem, że przejście kanałem ze Śródmieścia na Mokotów i z powrotem będzie długie i trudne. Chciałem się zrehabilitować przed samym sobą. Może jeszcze kiedyś spotkam małą dzielną dziewczynę z kanału pod ulicą Bielańską i nie będę musiał się przed nią wstydzić.

Siedem razy szedłem kanałami w czasie Powstania. Za każdym razem wierzyłem, że tam po drugiej stronie, po wyjściu z włazu los się odwróci, że nie będę znowu uczestnikiem kolejnej klęski. Głupia nadzieja, ale konieczna tam, na dole, po ciemku, w smrodzie i błocie. I tym razem, idąc na Mokotów, byłem przekonany, że to moje nurzanie się w gównie na coś się przyda. Zeszliśmy na Powiśle Książęcą, potem już rowem dobiegowym do domu przy ulicy Okrąg, gdzie odbywała się kanałowa odprawa. Sprawdzili nasze przepustki. Przewodnika uspokoiłem, że nie idziemy pierwszy raz kanałami, ale już się nie chwaliłem doświadczeniami z trasy Żoliborz-Starówka-Śródmieście. Wartownicy przy włazie rozpoznali zresztą, skąd jesteśmy, bo „panterki” z Woli były już dobrze znane w Śródmieściu. Nie omieszkaliśmy naszyć sobie obaj z „Kubusiem” baretek Virtuti Militari i Krzyża Walecznych.

Trasa kanałami ze Śródmieścia na Mokotów była długa. Ponad cztery kilometry pod Czerniakowską – Podchorążych – Dworkową – do Puławskiej, aż do włazu na ulicy Wiktorskiej. Najcięższy był odcinek stromego podejścia pod skarpę pod ulicą Dworkową. Szliśmy pod pozycjami niemieckimi. Kanał szeroki, ale tak stromy, że trzeba się było wciągać po linie – poręczy, założonej przez saperów AK z Mokotowa, płytko, ale prąd tak silny, że za każdym krokiem ścieki bryzgały na twarz, zalewały oczy. Wolałem nie zastanawiać się, co by się z nami stało, gdyby tak nagle spadł deszcz. Ostatni odcinek przed włazem na Wiktorskiej był łatwy, a do tego jeszcze oświetlony niebieskimi lampkami.

Zameldowaliśmy się w dowództwie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

W kanałach – ze Starówki do Śródmieścia

Mamy iść do Śródmieścia z meldunkiem pułkownika „Wachnowskiego” do generała Bora. Zgłaszam się u dowódcy Starego Miasta w kościele Św. Jacka na Freta, dokąd przeniósł on swój punkt dowodzenia po rozbiciu bombami i spaleniu budynku Archiwum Akt Dawnych na Długiej. Kościół jest od góry rozświetlony łuną Starówki. Bomby, które tu spadły, zawaliły sklepienie. Byli zabici i ranni. W nawie kościoła wśród ruin jarzą się migotliwe płomyki ognisk i kuchenek. Kościół wypełniony jest gruzem, szeptami i płaczem.

Wartownik z pistoletem maszynowym zawieszonym na szyi, w hełmie niemieckim na głowie zatrzymuje nas przed drzwiami do zakrystii. Melduje pułkownikowi.
– Możecie wejść!
Na stole wysokie świece w lichtarzach przyniesionych z ołtarza, ustawione na grubych mszałach, wyglądają jak rekwizyt teatralny, a nie jak źródło światła, bo całe pomieszczenie rozświetlone jest wysokim, jasnym płomieniem budynku palącego się za oknem. Na stoliku maszyna do pisania, dziwnie jakoś nietknięta wśród rozwalonych sklepień kościoła i gruzów dzielnicy, plan miasta, mapa, telefony polowe.

Pułkownika „Wachnowskiego”, bohaterskiego dowódcę Starówki, widziałem podczas Powstania kilkakrotnie. Pozostał mi w pamięci taki, jakim go widziałem w kościele Św. Jacka. Spokojny, uprzejmy, ubrany elegancko, z siwą falującą czupryną.

Wręczył mi meldunek do generała Bora. Mamy go zanieść do Śródmieścia jeszcze tej nocy najkrótszą kanałową trasą. Może przyjdzie nam jeszcze na Starówkę wrócić. Odpowiadam, że możemy iść zaraz. Jesteśmy gotowi. Będziemy szli ubrani w „panterki”, tak jak jesteśmy. Nie chcieliśmy ich zostawić, a i nie bardzo mieliśmy się w co przebrać. Idziemy znowu we czwórkę z „Kubusiem”, „Wojtkiem” i „Jackiem”.
– Basia zaprowadzi was do włazu – kończy pułkownik, wręczając mi przepustkę do kanału.

Łączniczka prowadziła nas długo. Może zresztą tak mi się wtedy wydawało, gdyśmy szli wieczorem przez płonącą Starówkę z kościoła na Freta do włazu kanałowego na Daniłowiczowskiej. Tym razem nie bałem się i nie miałem specjalnych emocji. Chodziłem już kanałami trzy razy, przejdę i czwarty. Byle nas tylko wpuścili do włazu. Tam na dole damy sobie radę. Okazało się jednak, że w komunikacji kanałowej ze Śródmieściem panowały już wtedy na Starówce ostre rygory. Basia przekazała nas do punktu rozdzielczego. Sprawdzili przepustkę, wyznaczyli godzinę zejścia do kanału i przydzielili nam łączniczkę lub raczej nas przydzielili do łączniczki.

Niska, krępa dziewczyna w przydługiej bluzie przewiązanej sznurem, w podkasanych spodniach i narciarskich butach, z małym chlebakiem ciasno przytroczonym na piersiach. Zapewnienia, że szliśmy już trzykrotnie kanałami trasą Żoliborz-Stare Miasto, że wiemy, jak się idzie, że damy sobie radę sami, nie zrobiły na niej żadnego wrażenia.

– Do Śródmieścia jeszcze nie chodziliście. Pokażę wam, jak się tu chodzi. Uważajcie!
Wręczyła każdemu z nas gruby drążek, około 60 cm długości.
– Trzymaj go oburącz, schyl się mocno. Tam na dole będzie nisko. Kicaj, opierając się drążkiem o ściany. – Pokazała nam, jak się to robi. Wyglądało łatwo.
– Jest jeszcze drugi sposób – tłumaczy mi fachowo, jakby na kursie narciarskim pokazywała odmianę chrystianii. – Trzymasz drążek tak samo wyciągnięty przed sobą, ale nie skaczesz, tylko idziesz krok za krokiem, przesuwając raz jeden koniec drążka, raz drugi do przodu. Jakbyś wiosłował na kajaku. Musisz uważać, żeby się drążek nie ześlizgnął po ścianie. Zobaczysz na dole, jak ci będzie wygodniej. Nie wolno palić latarek. Cały czas będziemy szli pod Niemcami. Idzie się kilka godzin. Jak będzie coś ważnego, to wam powiem – zakończyła autorytatywnie.

Widać było, że chce dać nam szkołę za nasze kanalarskie fasony z Żoliborza, za pewność siebie. Zażądała kategorycznie, żebyśmy tu na górze zostawili nasze steny i amunicję.
– Nie bój się, panienko, damy sobie radę. Broni nie zostawimy. Nie wiem, czy bardziej było nam żal broni, czy bardziej chcieliśmy jednak utrzymać fason wobec tej małej, zmęczonej dziewczyny.
– Za dwadzieścia minut schodzimy.

Nie byłem w kanale po raz pierwszy, a przecież tam na dole poczułem strach. Co tu dużo gadać – zwyczajny strach. Było ciasno. Nie bałem się Niemców, nie bałem się granatów. Nawet nie bałem się błota i ciemności. Bałem się cegieł otaczających mnie ciasno ze wszystkich stron. Było dosyć płytko. Najwyżej do pół łydki gęstego, czarnego szlamu. Spadek widać mały, bo wydawało mi się, że błoto stoi, nie płynie. Gęsty, stężały smród gryzł w oczy. Przykucnięty tuż za dziewczyną czekałem na „Wojtka”, „Kubusia” i „Jacka”, którzy schodzili studzienką włazu. Dziewczyna świeciła latarką, czekała, aż będziemy wszyscy na dole.

– Jesteście już nareszcie? – Zgasiła światło. Pierwsze trzy skoki z wyciągniętym do przodu kijkiem udały mi się nadspodziewanie. Za czwartym, gdy już mi się wydawało, że umiem, że dam sobie radę, kijek przekrzywił mi się w rękach, ześlizgnął się. Upadłem twarzą w cuchnący szlam. Krztuszę się, pluję, wstaję – walę głową w sklepienie. Klęczę w śmierdzącym błocie, staram się przetrzeć oczy, opanować się. Wyplułem wreszcie całe to paskudztwo, przetarłem ręką twarz. Udało mi się namacać latarkę. Pali się. Widzę, jak dziewczyna daleko przede mną oddala się małymi, równymi skokami. Moje światło zatrzymało ją. Stanęła, czekała, aż ją dogonię.
– Zgaś światło!

Próbuję iść na czworakach, opierając się na kijku. Byle tylko nie kicać, zgarbiony w pół, po ciemku w tej ciasnej rurze. Po kilku krokach muszę zaprzestać. Nie sposób wymijać ostrych przedmiotów, skorup, kamieni osadzonych na dnie gęstej mazi. Nie wiem zresztą, co gorsze – ostre odłamki czy ludzkie zwłoki, które rozgniatam kolanami. Dobrze, że jest ciemno.

Próbuję drugiego sposobu – „wiosłowania”. Jeszcze gorzej. Kijek zsuwa się po oślizgłych ścianach kanału. Zawadzam stenem przy każdym kroku. Nie, tak nie dam rady. Wolę już skakać. Siadam w błocie i przywiązuję stena możliwie jak najciaśniej na plecach. Nie będzie teraz za każdym skokiem opadał i walił mnie w zęby. Ale i to mi nie pomaga. Kanał jest tak niski, że nawet mocno przytroczony sten zawadza o sklepienie. Szoruję nim po cegłach. Zgrzyta, zawadza o wystające spoiny.

Jesteśmy już chyba z pół godziny w kanale, a przesunąłem się zaledwie o kilkadziesiąt skoków. Dziewczyna musiała odejść już daleko, bo jej teraz nie słychać. Słyszę za to „Wojtka” za mną, któremu idzie chyba nie lepiej ode mnie. Jest wyższy, jest mu jeszcze ciaśniej niż mnie. Jeśli może być w tym cholernym kanale jeszcze bardziej ciasno! Siadam znowu w błocie i odpoczywam. Jestem już tak mokry, że mi wszystko jedno. Pić mi się chce. W ustach ciągle czuję smak kanałowego szlamu. Przesuwam stena znowu do przodu i przywiązuję go na piersiach. Po ciemku, mokrymi rękami zabiera mi to dużo czasu. Nie spieszę się. Mam przynajmniej pretekst, żeby odpocząć, żeby nie skakać. Pytam „Wojtka”, który jest za mną, jak mu idzie. Nic nie odpowiada. Wstyd mi przed dziewczyną, która gdzieś tam w przodzie czeka na nas. Staram się posuwać możliwie małymi, oszczędnymi skokami. Bolą mnie obtarte ręce, bolą mnie plecy. Wszystko mnie boli. Pić!

Próbuję liczyć skoki. Dziesięć, dwadzieścia. Ile takich skoków mam jeszcze do placu Napoleona: tysiąc, dziesięć tysięcy? Nie potrafię przeliczyć kilometrów trasy ani godzin, jakie mnie jeszcze czekają w kanale, na te skoki, na potykanie się, na ześlizgiwanie się kijka po ścianach kanału, na nurzanie się w śmierdzącym szlamie. Ile czasu już tak skaczę? Mam usprawiedliwienie przed samym sobą, bo chcę zobaczyć, która godzina. Mój wierny longines na ręku jest bardziej odporny na błoto niż ja. Cyka wyraźnie, gdy go przytykam do ucha. Wycieram go o bluzę i patrzę na świecące wskazówki. Dopiero godzina. A wydawało mi się, że już pół nocy. Doganiam dziewczynę, która czeka na nas.

– Niedługo będzie pierwszy właz. Wstydzę się jej zapytać, co to znaczy niedługo. Ile minut, metrów, skoków? Jestem cały mokry, zdyszany, obolały.

Zanim zobaczyłem poświatę, poczułem przepływ świeżego powietrza. To mnie orzeźwiło. Zimno mi, ale łatwiej oddychać. Skaczę znowu dalej. Jak dotąd nie udało mi się zrobić prawidłowo więcej niż kilka skoków. Najgorzej przeszkadza mi sten. Wystarcza, bym stracił równowagę, przechylił się w lewo czy w prawo, a żelastwo zawadza o ścianę. Choć mocno przytroczony, zrobił się jakiś dziwnie ciężki. Staram się obliczyć, ile mam jeszcze skoków do włazu, który oświetla łuną błoto w kanale, ale ciągle jest ich za dużo. Nareszcie.

Pokusa, żeby najpierw stanąć i wyprostować się, jest silniejsza od rozumu i strachu. Najpierw staję, prostuję się, a potem dopiero patrzę w górę. Okrągły otwór nade mną jest pusty. Na niebie łuna. Jak zwykle po nocy. Mogę wstać, obciągnąć mokre portki, poprawić sten i chlebak. Studzienka włazu jest tak ciasna, że gdy w niej stoję i wychylony do przodu opieram ręce na klamrach, to plecami dotykam przeciwległej ściany. Tak usztywniony odpoczywam. Dziewczyna przeszła szybko pod włazem i czeka na mnie po drugiej stronie. Za mną jest „Wojtek”, za nim „Kubuś”, za nim „Jacek”. Każdy z nich też chce odpocząć i wyprostować się. Dziewczyna przywołuje mnie gniewnym szeptem. – Wyłaź stąd! Nie marudź! Wiem, że powinienem znowu się schylić i szukać oparcia na oślizgłych ścianach, że powinienem umożliwić przejście przez właz idącym za mną. Wiem i stoję nadal. Mogę się wyprostować, nad sobą widzę niebo. Nie ma nade mną cegieł.

Wpycham się znowu do kanału. Obijam się o sklepienie, o ściany, o dno. Przede mną, nade mną, za mną są mokre, twarde cegły. Wszędzie są cegły. Ogarnia mnie strach przed obojętną szczelną ciasnotą. Nie mogę się odwrócić. Może to i lepiej, bo jednak próbuję posuwać się do przodu.

Mógłbym długo wyliczać, jak upadałem w błoto, jak obijałem się o ceglane ściany – żeby się usprawiedliwić, że nie za wcześnie zrezygnowałem. Ale i tak muszę się przyznać. Jeszcze próbowałem. Zaproponowałem idącym za mną, żeby mnie wyprzedzili przy następnym włazie. Odpocznę i dogonię ich. Nie zgodzili się. Czekałem, że może ktoś idący za mną zaproponuje pierwszy, żebyśmy się wycofali. To, że ilekroć ja się zatrzymywałem, ilekroć siadałem czy klękałem w śmierdzącej mazi, nikt mnie z tyłu nie przynaglał, świadczyło, że im także nie szło łatwo. Na nic mi się nie przydało powoływanie się przed samym sobą, że przecież przeszedłem trzy razy kanałami trasę Żoliborz – Starówka. Tam, pod Wierzbową, nie dałem rady. Wątpię nawet, czy doszedłem aż pod Wierzbową.

Nie pamiętam – nieważne zresztą – kto z nas pierwszy powiedział to głośno. Zgodziliśmy się wszyscy czterej, że już dalej nie pójdziemy. Jedno pamiętam na pewno, że ani wtedy, gdy przerażony wypluwałem śmierdzące błoto, ani wtedy, gdy po raz nie wiem który poprawiałem przytroczony na piersiach sten, nie przyszło mi na myśl zostawić go na dnie kanału.

Byłem tak zmęczony, obolały i mokry, że mi już nawet nie było wstyd, gdy się przyznałem dziewczynie, do której dowlokłem się resztkami sił, że nie damy rady, że chcemy wracać. Nie próbowała nas zachęcać. Do najbliższego włazu wracaliśmy tyłem. Było tak ciasno, że nie można się było odwrócić.

Dziewczyna nawet z nas nie kpiła. Miała tyle litości, że tam na górze, wobec wartownika przy włazie, jakby odpuszczając nam nasze tchórzostwo, jeszcze raz powtórzyła, że nikt dotychczas nie próbował przejść tą trasą z przytroczonym pistoletem maszynowym. Dziękuję ci, mała ubłocona dziewczyno.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Natarcie na Dworzec Gdański

Decyzja natarcia oddziałów polskich na Dworzec Gdański była jedną z inicjatyw taktycznych polskiego dowództwa. Sukces natarcia mógł przedłużyć bitwę o Starówkę. Przegrana przyśpieszyła upadek Starego Miasta, pogłębiła izolację osamotnionego Żoliborza.

Natarcie zostało zaplanowane starannie. Rozkaz pułkownika „Wachnowskiego” nakazywał dwustronne uderzenie na pozycje niemieckie w rejonie Dworca Gdańskiego. Od północy z Żoliborza miał uderzyć batalion leśny z Puszczy Kampinoskiej pod dowództwem majora „Okonia”, wspierany częścią miejscowych oddziałów, od południa ze Starego Miasta, dwukompanijny batalion ze zgrupowania ,,Radosław” pod dowództwem majora „Jana” (Jana Kajusa Andrzejewskiego). Uderzenie południowe z ulicy Konwiktorskiej i przez ulicę Kłopot miało zaatakować południowo-wschodnią stronę dworca. Uderzenie północne z podstawy wyjściowej przy ulicy Józefa Zajączka skierować się miało ku zachodniej stronie Dworca z równoczesną osłoną skrzydeł od Cytadeli i Instytutu Chemicznego.

Natarcie przeprowadzone przez majora „Okonia” w nocy z 20 na 21 sierpnia zakończyło się krwawą klęską. Łudzono się jednak nadal, że połączenie Starego Miasta i Żoliborza może w zasadniczy sposób zmienić położenie Grupy „Północ”, i następnej nocy postanowiono powtórzyć atak na tym samym odcinku.

Oba nocne natarcia na Dworzec Gdański zlały się w mej pamięci.

Wyszliśmy z oblężonej Starówki, żeby przyczynić się do ściągnięcia odsieczy. Gdy nam się udało przejść na Żoliborz, uwierzyłem naiwnie, że i reszta się uda. Że leśne oddziały przebiją się do Starówki. Nie zachwiały mej wiary ani pierwsza nieudana nocna wyprawa z Puszczy Kampinoskiej, ani puste, wypalone przedpole Dworca Gdańskiego, który mieliśmy zaatakować.

Z ulicy Józefa Zajączka, skąd miało wyjść natarcie, widać gołym okiem kościół Bonifratrów, przy którym stała pierwsza nasza barykada. Siedemset metrów wypełnionych w części „ziemią niczyją”. Nocą pożary przybliżały sylwetkę płonącego miasta, skracały odległość. Wydawało się bardzo blisko. Dwie powstańcze dzielnice dzieliła na tym odcinku wąska niemiecka grobla potężnie umocniona gniazdami karabinów maszynowych i działek przeciwpancernych, zasiekami z drutów kolczastych i bunkrami, pociągiem pancernym, flankowym ogniem artylerii z Cytadeli, z fortu Traugutta.

Przytłaczająca przewaga siły ognia i sprzętu była w Powstaniu zawsze przeciw nam. Przyzwyczailiśmy się do tego. Naszym sprzymierzeńcem był dotychczas teren. Dla partyzantów z Puszczy Kampinoskiej – las, dla oddziałów z Żoliborza i Starówki – zabudowa miejska. Choć stopniowo zamieniona w kupę gruzów, dawała osłonę, ukrycie. W obu natarciach na Dworzec Gdański i tych sprzymierzeńców byliśmy pozbawieni. Trzysta metrów, przez które trzeba było przejść do Dworca Gdańskiego, do pierwszego rzutu granatem, wypełniała wolna przestrzeń ogródków działkowych, kartofliska. Dla lepszego oczyszczenia przedpola Niemcy spalili stojące przy dworcu drewniane baraki. Gdy kompanie wychodziły do natarcia i odrywały się od ostatnich domów Żoliborza, tylko ciemność osłaniała je przed ogniem niemieckich cekaemów i armat. Ale nawet i noc obróciła się przeciw nam. Sierpniowa pełnia księżyca i łuna pożarów sprzyjała niemieckim rakietom oświetlającym przedpole.

Zadanie nacierających na Dworzec Gdański oddziałów, jeśli nie było beznadziejne, było bardzo trudne. Wymagało dokładnego rozpoznania stanowisk nieprzyjaciela i jego siły ognia, precyzyjnego współdziałania oddziałów nacierających z Żoliborza i ze Starówki, zaskoczenia Niemców. A także świetnego dowodzenia pełnego inicjatywy. Żadna z tych szans nie została nam dana.

Rozpoznanie, które przed pierwszym natarciem major „Okoń” przeprowadził przy naszej pomocy z okien okolicznych domów, przyniosło bardzo niewiele. Meldunki żoliborskich oddziałów były skąpe i zaniżały – jak to się później okazało – siły nieprzyjaciela. Betonowe bunkry niemieckie i gniazda broni maszynowej były starannie zamaskowane. Idąc ze Starówki na Żoliborz, mogłem sprawdzić na własnej skórze, jak łatwo po nocy wejść na zamaskowane zasieki z drutu kolczastego.

Oddziały majora „Okonia” przybyły na Żoliborz nocą poprzedzającą natarcie. Żołnierze, wśród których było wielu doświadczonych w walkach partyzanckich, czuli się niepewnie w mieście, którego nie znali, do którego wielu przyszło po raz pierwszy. Oddziały przybyłe wcześniej z pułkownikiem „Victorem”, zawiedzione w czasie fatalnej nocnej wyprawy, nie znały swych nowych dowódców. Wsparcie oddziałów żoliborskich przydzielonych do pierwszego natarcia przez pułkownika „Żywiciela” było niedostateczne. Zawiodło zaskoczenie nieprzyjaciela. W warunkach gdy każdy metr przebyty w ciszy i po ciemku przybliżał bez strat do Niemców i dawał szansę skutecznego rzutu granatem i serii z pistoletu maszynowego, kompanie wychodziły do natarcia kolejno, jedna za drugą, a niektóre z leśnych oddziałów z głośnym „hurra”. Pozycje wyjściowe do natarcia oddziały zajęły już na kilka godzin przed rozpoczęciem akcji. Czekaliśmy, aż minie potężny ogień nieprzyjacielskiej broni maszynowej i artylerii kładziony na przedpole. Trudno zachować odporność i postawę bojową, leżąc w kartoflisku pod ogniem nieprzyjacielskim. Trzysta metrów do Dworca Gdańskiego wydłuża się i rośnie. Każdy krzak na przedpolu oświetlony smugową amunicją wydaje się stanowiskiem niemieckiego cekaemu, do którego trzeba za chwilę dobiec.

Nie miałem bojowego przydziału, nie znałem ani oddziałów z Puszczy, ani z Żoliborza. Funkcja oficera łącznikowego do dowódcy, którą miałem pełnić, okazała się fikcją, zanim z przygodnym plutonem wyszedłem do natarcia. Nacierające kompanie, plutony, drużyny przygwożdżone do ziemi zmasowanym ogniem nieprzyjaciela zalegały w większości tam, gdzie je zastał blask rakiet i grzechot cekaemów.

Zrobiło się widno jak w dzień. Dużo rakiet. Wystrzeliwanych ze wszystkich stron, jakby dookoła nas. Czerwone rakiety, spadające wśród naszych oddziałów, wskazywały cele artylerii. Pociąg pancerny strzela ogniem na wprost. Gdzieś przed nami słychać wybuchy granatów i skoncentrowany ogień pistoletów maszynowych. To nieliczne nasze plutony, które dotarły do torów, giną tam pod morderczym ogniem artylerii i broni maszynowej.

Z każdą minutą stawało się jasne, że natarcie ugrzęzło na całej linii, że resztki oddziałów wycofują się. Załamało się również natarcie oddziałów ze Starówki, które miały wesprzeć oddziały z Żoliborza. Kompania batalionu „Zośka”, kompania AL i dwie kompanie „Czaty”, razem około 350 ludzi, poniosły ciężkie straty i o świcie wycofały się.

Wycofujemy się w kierunku alei Wojska Polskiego. Główna troska to podniesienie jak największej ilości rannych z przedpola. Ale Niemcy strzelają również do patroli z opaskami Czerwonego Krzyża. Jest już widno. Wszelkie próby wyjścia po rannych powodują natychmiast ogień niemieckich cekaemów.

Ciężko jest wracać po nieudanym natarciu.

Pierwszym natarciem na Dworzec Gdański dowodził major „Okoń”, drugim tenże pod ogólnym dowództwem przybyłego specjalnie na Żoliborz kanałami ze Starówki generała „Grzegorza” (Tadeusza Pełczyńskiego), szefa Sztabu AK. Obaj nie szczędzili osobistej odwagi. Ale to pod Dworcem Gdańskim nie wystarczało. Po przybyciu na Żoliborz generał „Grzegorz” zażądał pomocy ze Starówki. Harcerski batalion „Wigry” pod dowództwem porucznika „Trzaski” przyszedł kanałami ze Starówki w pełnym rynsztunku bojowym. Użycie tych żołnierzy do ataku na Dworzec Gdański bezpośrednio po przejściu uciążliwej trasy kanałowej – okazało się niemożliwe. Mimo negatywnej oceny przygotowań do natarcia i zrezygnowania z pomocy przybyłego ze Starówki batalionu generał „Grzegorz” natarcia nie odwołał. Przygnębiająca musiała być odprawa po drugim nieudanym natarciu, podczas której generał szukał winnych. Napiętnował majora „Okonia” za nieudolne zorganizowanie natarcia. Major „Okoń” nie okazał się dowódcą, jakiego trzeba było, żeby się przebić przez niemiecką zaporę na Dworcu Gdańskim. Ale czy najwspanialszy nawet dowódca mógłby tego dokonać?

Nakazano, by niedobitki puszczańskich oddziałów wycofały się do Kampinosu, uprzednio oddawszy broń żołnierzom batalionu „Wigry”, którzy wracali kanałami na Starówkę. Krzywdząca partyzanckie oddziały decyzja została tylko częściowo wykonana, gdyż ponad dwustu żołnierzy z Puszczy odmówiło oddania broni i zgłosiło się na ochotnika do dalszej walki w mieście.

Propozycję majora „Okonia”, bym poszedł z nim do Puszczy Kampinoskiej, odrzuciłem. Chciałem jak najprędzej wracać na Starówkę. Szedłem kanałami tą samą trasą po raz trzeci. Po pas w śmierdzącym błocie, obładowany amunicją, otępiały i bezmyślny. Przeszedłem. Najtrudniej przyszło mi wygramolić się po klamrach włazu na placu Krasińskich. Przez otwartą klapę nad głową widziałem łunę i słyszałem ciszę. Przeraźliwą ciszę pożarów, których nikt nie próbował gasić.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

W kanałach – z Żoliborza na Starówkę

Natarcie na Dworzec Gdański zostało zaplanowane na godzinę pierwszą w nocy z 20 na 21 sierpnia. Zameldowaliśmy się u pułkownika „Żywiciela”. Gdy nam oznajmił, że chce jak najszybciej przesłać meldunek do pułkownika „Wachnowskiego”, poprosiłem, by nam pozwolił iść z tym meldunkiem, z zamiarem powrotu na Żoliborz, przed godziną 24, by ewentualnie przynieść rozkazy korygujące nakazane natarcie.

– Jak tam przejdziecie?
– Kanałami.
– Kanałami można tylko dojść ze Starówki do nas – przestrzegał pułkownik – jeszcze nikomu nie udało się przejść na tamtą stronę, pod prąd.
– Spróbujemy.

Biała furażerka na głowie, kolorowy szlafrok przewiązany w pasie, podkasane spodnie smokingowe i sfatygowane lakierki na bosych nogach, obwiązane sznurkiem – nie były strojem ani eleganckim, ani przydatnym na barykadzie. A paląca się lampa naftowa była całkiem niepotrzebna, by w biały dzień dojść rowem dobiegowym do barykady przy ulicy Krasińskiego i Stołecznej. Nawet jeśli to miało miejsce w trzecim tygodniu Powstania, gdy ludzie ubierali się dziwnie, a zwykłe przedmioty nabierały niespodziewanego znaczenia. Toteż zdziwienie i podejrzliwość, z jaką potraktował mnie dowódca barykady, były w pełni uzasadnione. Moi trzej towarzysze, równie dziwnie przyodziani, oraz broń i zwój grubej liny, który nieśliśmy z sobą, spotęgowały jeszcze jego nieufność. „Kanalarze” byli jeszcze wtedy na Żoliborzu nieznani.

Był oburzony, gdy mu zaproponowałem, by nam pomógł rozsunąć worki w barykadzie i ułatwić przejście. Barykada była pod stałą obserwacją Niemców. Jakikolwiek ruch powodował natychmiast ogień niemiecki. Najpierw pojedyncze strzały karabinowe wyborowych strzelców, potem dla pewności serie z cekaemu. Byli dobrze wstrzelani.

Czołgając się, wyłazimy kilkanaście metrów przed barykadę do półotwartej klapy włazu, do przelewu burzowego. Idziemy we czwórkę. Przewodnik, który poprzedniego dnia przyszedł ze Starówki, „Wojtek”, „Jacek” i ja. Wsuwam się do włazu. Po kilku szerokich stopniach schodzę na balkonik nad kanałem. Ciemno, śmierdzi. Pode mną szumi płynące błoto. Świecę latarką. Trzeba zsunąć się w dół, nie stracić równowagi z wyładowanym plecakiem i zejść do kanału. Pistolet, zapasowe magazynki i latarkę mam w chlebaku zawieszonym na szyi, możliwie wysoko, by nie zamokły. W plecakach niesiemy granaty dla Starówki.

Pierwszy schodzi przewodnik. Nie jest głęboko, błoto sięga mu do pasa. Podniósł wysoko latarnię i świeci nam. Teraz ja. Na dole ustawiamy się jeden za drugim i ubezpieczamy liną. Zapaloną lampę naftową zostawiamy na murku przy zejściu do kanału. Jeśli jej przeciąg nie zdmuchnie i nie wypali się zbyt szybko, to może być dla kogoś idącego ze Starówki upragnionym znakiem, że to już.

Gryzący zaduch łzawi oczy. Muszę przemóc wstręt i zanurzyć się po pas w śmierdzącej cieczy. Kanał ma kształt owalny, jest wysoki. Wyższy, niż przypuszczałem. Nie trzeba się schylać. Ścieki są płynne. Brudna, śmierdząca woda płynie wolno. To bardzo ważne, bo cały czas będziemy szli pod prąd. Przewodnik przypomina, że iść mamy w niewielkich odstępach, cicho, nie świecić latarkami. Większa część trasy prowadzi pod terenem zajętym przez Niemców. Nie opierać się o boczne ściany kanału, bo są chropowate i kaleczą ręce. A każde, nawet drobne, zadraśnięcie paskudzi się i nie chce się goić. Będziemy przechodzili pod włazami. Wiele z nich Niemcy pootwierali i pilnują tam na górze. Przechodzić pod włazami szybko i jak najciszej. Mogą strzelać w dół, rzucać granaty. Pilnować jeden drugiego, bo nawet lekko ranny może się utopić w błocie.

Idziemy po ciemku powiązani liną. Z każdym krokiem uczę się, jak po kształcie dna wyczuwać kierunek kanału, jak w przypadku utraty równowagi opierać się o boczne ściany, żeby nie pokaleczyć rąk, jak najciszej wyciągać nogę z gęstego osadu na dnie, jak omijać wystające ostre przedmioty. Przede mną przewodnik, za mną „Wojtek”, na końcu „Jacek”. Słyszę chlupotanie błota za każdym ich krokiem, po szarpnięciu liny czuję ich obecność. Nie jestem sam. Po kilkudziesięciu metrach wyczuwam pod nogami miękki duży kształt. Nie sposób go ominąć. Wolę się nie zastanawiać, po kim depczę. Odpoczywamy.

Jak dotąd, idzie mi łatwiej, niż przypuszczałem. Poprawiam chlebak, skracam taśmy plecaka. Sprawdzam, czy buty obwiązane sznurkiem trzymają się. Boso w kanale iść nie można, bo na dnie leży sporo ostrych skorup, kamieni, gałęzi. Przewodnik informuje, że weszliśmy już pod „ziemię niczyją” lub pod pozycje niemieckie. Tu na dole nic się nie zmieniło. Tylko świadomość, że nad nami są Niemcy, dodaje emocji. Za zakrętem rozwidnia się. To będzie pierwszy otwarty właz. Stajemy i nasłuchujemy. Staramy się podejść jak najciszej, nie chlupotać. Przed nami ostra smuga dziennego światła. Widać klamry w ścianie włazu. Są umazane zeschniętym błotem, ktoś po nich schodził. Przewodnik zbliża się do włazu i spogląda w górę. Daje znak ręką, byśmy szli jak najprędzej. Udało się. Idziemy dalej, do następnego otwartego włazu. Monotonny rytm kroków, jednostajny szum ścieków. Minęły pierwsze emocje, przychodzi zmęczenie. Przemoknięte ubranie oblepia ciało. Ze sklepienia sączy się w wielu miejscach woda. Zalewa oczy, wlewa się za kołnierz. Jestem przemoknięty, zziębnięty. Lakierki umocowane sznurkiem poobcierały mi nogi. Liczę mijane włazy. Ile ich jeszcze będzie? Przewodnik znaczy coś kredą na sklepieniu. Do najtrudniejszego odcinka dojdziemy za godzinę. Długo.

Najpierw usłyszałem daleką serię cekaemu. Stanęliśmy. Potem szum błota narastał za każdym krokiem. Dochodziliśmy. Po którymś kolejnym włazie przewodnik staje i tłumaczy nam, że to już blisko. Skręcimy w niski kanał przelewowy, łączący kolektor, którym idziemy, z burzowcem. Mówi głośno, bo szum błota w burzowcu zagłusza szept.

Na oślizgłej ścianie kanału, którym idziemy, nieco powyżej poziomu ścieków widać owalny otwór, przez który sączy się dzienne światło. To już tu. Tym kanalikiem dojdziemy do burzowca. Kanalik jest niski, trzeba iść na czworakach, ale jest suchy. Po drugiej stronie widać jasno oświetlony owalny przekrój kanaliku. Tam to już burzowiec. Najniebezpieczniejszy odcinek naszej trasy. Krótki, ale nie dający się ominąć odcinek burzowca, może dziesięciometrowej długości, o zwiększonym spadku i silniejszym prądzie. O kilka metrów ponad spienionym błockiem burzowca otwarta klapa szerokiego włazu. Niemiecki cekaem stoi na górze najwidoczniej tuż obok włazu, bo przy każdej serii wydaje się, że strzelają w kanale. Akustyka kanałów i własne nerwy potęgują odgłos strzałów.

Po tej stronie kanału przelewowego jesteśmy zakryci przed jakąkolwiek obserwacją z góry, ale nie zapalamy latarek, żeby odblask światła na ścianach burzowca nas nie zdradził. Za chwilę będziemy musieli tam wejść. Każdy będzie musiał przejść pod prąd, po pas zanurzony w kipiącym błocku, przez zalany światłem odcinek burzowca, o kilka metrów od stanowiska Niemców. Jeśli spojrzą do kanału… Przewodnik wyjaśnia technikę przechodzenia przez krytyczny odcinek. W burzowcu jest duży spadek, ścieki płyną szybko – mówi spokojnie, rzeczowo. W stosunku do śmierdzącego błocka nie używa słowa „gówno”, którym my szafujemy z lubością. Gdybym go zapytał o głębokość i szybkość, z jaką płyną ścieki w burzowcu, na pewno by mi je podał dokładnie w centymetrach i w metrach na sekundę. Jest ze ściekami obyty, zaprzyjaźniony.

Idąc poprzedniego dnia z prądem ze Starówki, umocował na tym krytycznym odcinku burzowca linę asekuracyjną, która umożliwi nam przejście pod prąd. Będziemy szli pojedynczo. Jeśli pilnują włazu, to zrzucą granaty tylko na jednego z idących. Pozostali mogą mieć szansę cofnięcia się na Żoliborz lub dojścia do Starówki. Zależy, po której stronie oświetlonego odcinka wówczas będą. Rozwiązujemy linę, którą byliśmy dotychczas ubezpieczeni. Za chwilę sprawdzimy, czy Niemcy pilnują włazu.

– Złażąc do burzowca, macajcie nogą klamrę poniżej i skaczcie w sam środek nurtu. Byle jak najszybciej złapać linę – przypomina przewodnik. Nasłuchujemy. Będziemy przechodzili w takiej kolejności, w jakiej szliśmy dotychczas: przewodnik, ja, „Wojtek”, „Jacek”. Za chwilę sprawdzimy, kto z nas ma szczęście.

Przewodnik już się wgramolił do kanału przelewowego. Idzie na czworakach, szurając plecakiem o sklepienie. Jego sylwetka przede mną wypełnia oświetlony zarys kanału. Teraz się zatrzyma, zmieni pozycję, usiądzie i zsunie się do burzowca. Poczekam chwilę, potem ja. Przymierzam się do ciasnego kanalika.

Nagle orientuję się, że przewodnik wraca. Nie może się obrócić. Idzie na czworakach tyłem. Jest. Stara się przekrzyczeć szumiące błoto.
– Nie ma liny w burzowcu.
Może ktoś próbujący przejść ze Starówki zaalarmował Niemców przy włazie, może zauważyli przeciągniętą linę i zerwali ją granatem.

Podłażę kanalikiem do wylotu. Poniżej o metr pode mną spienione błoto szarpie zwisający koniec postrzępionej liny. Żadnych śladów. Przewodnik obeznany z kanałami cofnął się i tłumaczy nam fachowo i spokojnie. Bez liny pod prąd nie przejdziemy. Wrócimy na Żoliborz i jutro spróbujemy znowu. Może ktoś idący ze Starówki założy nową linę. Wobec suszy poziom ścieków w burzowcu obniża się i z każdym dniem rosną szansę przejścia pod prąd nawet bez liny. Przejdziemy później. Wracajmy.

– Nie! Postanowiliśmy we trzech, że nie wracamy. Spróbujemy założyć nową linę, idąc pod prąd. Nie znaliśmy kanałów, nie wiedzieliśmy, jak się idzie pod prąd do pasa w rwącym błocie, po oślizgłym dnie, pod otwartym włazem. Czuliśmy tylko, że nie możemy nawalić naszym na Starówce, że nie wypada ustępować przed płynącym gównem. Wtedy w kanale czułem i rozumiałem to znacznie lepiej, niż to dziś potrafię napisać.

Pierwszy poszedł na ochotnika „Wojtek”. Tłumaczył mi, że jest najcięższy, że najłatwiej ustoi. Ale przecież niemieckie granaty dałyby radę każdemu, a spienione błoto wyglądało bardzo nieprzyjemnie. Obwiązuję go liną. Będę go ubezpieczał. Przywiązuję drugi koniec liny do klamry przy zejściu do burzowca. Gdyby się przewrócił, nie dam mu spłynąć z prądem.

Namyśla się chwilę u wylotu kanału przelewowego. Zdecydował się. Zsunął się w sam środek spienionego nurtu. Stanął od razu mocno, dwiema nogami. Zaparł się rękami o oślizgłe ściany. Spieniona fala sięga mu do piersi, ochlapuje twarz. Najważniejsze, że ustał, że się nie przewrócił. Posuwa się wolno małymi kroczkami, nie odrywając nóg od dna. Popuszczam linę asekuracyjną. Byle tylko nie stracił równowagi. Posuwa się naprzód mocno wychylony do przodu. Z błotem dał już sobie radę. Pozostali jeszcze Niemcy tam na górze, przy włazie.

Jeszcze pięć metrów do smugi światła. Przez kilka bardzo długich sekund idzie w pełni oświetlony. Jeśli patrzą do włazu, to teraz rzucą granat. Wydaje mi się, że „Wojtek” idzie bardzo wolno. Jeszcze trzy metry, jeszcze dwa. Wypuściłem już kilka metrów liny. Jeszcze dwa kroki i wejdzie w zaciemniony odcinek burzowca po drugiej stronie świetlnej smugi.

Doszedł. Uchwycił się klamry i przywiązuje linę. Odpoczywam długo, choć nie ruszyłem się ani o centymetr. Przechodzimy teraz kolejno, jak najszybciej. Umacniamy linę. Będzie ubezpieczała wielu idących na trasie Starówka-Żoliborz, aż ją zerwą granaty niemieckie.

Ostatni odcinek trasy idziemy już, nie ubezpieczając się liną, znacznie szybciej. Kanał jest tu o wiele niższy, trzeba się schylać. Błoto płynie wolniej, jest gęstsze, lepi się do nóg, zatrzymuje. Przechodzimy pod stanowiskami artyleryjskimi, skąd nieprzyjaciel ostrzeliwuje Starówkę. Echo dudni pod ziemią, jakby strzelali nad naszymi głowami. W pewnym momencie błocko staje się ciepłe. Przewodnik wyjaśnia, że to pożary Starówki podgrzewają ścieki. Do włazu na placu Krasińskich już niedaleko.

Wprost z kanału, ociekający błotem, poszliśmy do pułkownika „Wachnowskiego’. Wartownik nie chciał nas wpuścić, ale łatwo przekonaliśmy go, skąd przyszliśmy. Przekazałem pułkownikowi meldunek o sytuacji na Żoliborzu i w Kampinosie, o nieudanej pierwszej wyprawie. Był zaniepokojony małą przydatnością oddziałów leśnych w mieście, ale tłumaczył ją złym dowodzeniem w marszu po nocy i nie zmienił wydanych rozkazów natarcia na Dworzec Gdański. Polecił, byśmy zameldowali się w Komendzie Głównej. Zgodził się na nasz powrót kanałami na Żoliborz. Zdaliśmy przyniesione granaty. Niewiele tego było, ale przydały się.

W Komendzie Głównej odnalazłem pułkownika „Makarego”. Ucieszył się, żeśmy wrócili szczęśliwie, ale zaniepokoił go nasz meldunek. Byliśmy pierwszym patrolem, który przeszedł kanałami z Żoliborza na Starówkę. Kazał nas natychmiast zameldować szefowi Sztabu generałowi „Grzegorzowi”. Po chwili stałem przed starszym siwym panem. Wysłuchał mnie uważnie. Moja biała furażerka była ubłocona i dwie gwiazdki wycięte z niemieckiej puszki od konserw niezbyt widoczne, bo generał zapytał mnie o stopień i pseudonim.

Przez długi korytarz, w którym siedziało kilku uzbrojonych żołnierzy, obok telefonów stojących na stole i dyżurnych telefonistów, weszliśmy do niewielkiej salki.
– Niech pan to, poruczniku, zamelduje sam generałowi Borowi.
Wtedy w trzecim tygodniu Powstania, w gmachu Ministerstwa Sprawiedliwości na Długiej, zobaczyłem po raz pierwszy Komendanta Armii Krajowej.

W pokoju panował półmrok. Ściany były wypełnione półkami książek. W złoceniach skórzanych czerwonych grzbietów odbijały się migotliwe płomienie świec stojących na stole. W głębi pokoju metalowe wąskie łóżko przykryte szarym kocem. Generał Bór wstał i podszedł do mnie. Głowę miał obandażowaną, mówił z trudem. Zameldowałem się i krótko odpowiedziałem na kilka stereotypowych pytań zadanych zmęczonym głosem. Dopiero gdy wychodziłem i zobaczyłem na środku pokoju, wśród tych pięknych książek, czarną kałużę, która po mnie została, poczułem, że śmierdzę okropnie, że jest mi zimno i że jestem zmęczony. Jeszcze tego samego dnia wróciliśmy kanałami na Żoliborz. Przez odcinek burzowca przeszliśmy ubezpieczeni „naszą” liną. Zdążyliśmy.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Po odsiecz dla Starówki (cd.)

Od pułkownika „Żywiciela” dowiedzieliśmy się, że po naszym wymarszu z Puszczy (15.08.1944) doszedł tam major „Okoń”. Postanowiliśmy dołączyć jak najprędzej, by wziąć udział w akcji oddziałów „Okonia”. Poszliśmy z „Kubusiem” do Puszczy jeszcze tej samej nocy.

Drugi rzut odsieczy dla Warszawy, zorganizowany przez majora „Okonia”, był już gotowy. Wydzielono batalion w sile ponad pięciuset ludzi, jak na warunki powstańcze, bardzo dobrze uzbrojonych.

„Każda kompania – jak podaje kapitan „Szymon” – liczyła cztery plutony czterdziestoosobowe, a uzbrojenie poza karabinami lub pistoletami stanowiły trzy erkaemy, osiem pistoletów maszynowych, jeden piat. Każdej kompanii dano granatnik, a na cały batalion – dwa cekaemy z trzema tysiącami naboi i trzy moździerze angielskie z pięćdziesięcioma pociskami. Amunicji brał każdy powstaniec tyle, ile mógł udźwignąć w bojowym marszu.”

Przegląd batalionu trwał długo. Oddziały leśne zaimponowały mi uzbrojeniem. Nigdy przedtem nie widziałem takiej ilości broni u powstańców. Wrażenie potęgowała długa kolumna wozów, która miała podwieźć uzbrojenie, amunicję i nas z Wiersz do Lasek, oraz pluton ubezpieczającej nas kawalerii, który minął nas w tumanach kurzu. Wyruszyliśmy z Wiersz koło godziny czternastej. Drogę do Lasek przebyliśmy szybko, maszerując lub przysiadając się na wozy.

Mijaliśmy wsie. Ludzie byli tam przywykli do partyzanckich oddziałów. Przyglądali nam się z zaciekawieniem. Życzliwie, ale bez entuzjazmu. Gorąco było. Chciało się pić. Coraz ktoś odłączał od kolumny, by ugasić pragnienie, i doganiał swój pluton. Do Lasek doszliśmy o zmroku. Kawaleria i podwody zawróciły do Puszczy. Batalion formował się do marszu ubezpieczonego. Major „Okoń” z długą latarką w ręku odprawiał dowódców kompanii. Zapadające ciemności utrudniały przekazywanie rozkazów w długiej kolumnie, idącej z obciążeniem po piaszczystej drodze.

Początkowy rozkaz pułkownika „Wachnowskiego” przewidywał uderzenie na Parysów i Koło, żeby w rejonie cmentarzy połączyć się z oddziałami „Radosława”. Wobec opóźnionego przybycia do Puszczy, wyparcia powstańców z Woli i dojścia pierwszej kolumny oddziałów puszczańskich na Żoliborz major „Okoń” zdecydował maszerować wprost na Żoliborz, żeby stamtąd uderzyć połączoną siłą leśnych oddziałów na odsiecz Starówce.

Idąc bocznymi drogami i lasem, mieliśmy dopiero pod Wawrzyszewem – już pod osłoną nocy – przeciąć drogę z Lasek do Bielan i iść prosto na Żoliborz. Według rannego rozpoznania nieprzyjacielskie oddziały otaczające miasto stały tylko w niektórych wsiach. W nocy, po ciemku, mieliśmy szansę wyminięcia ich. Ale równie dobrze mogliśmy w każdej chwili nadziać się na nieprzyjaciela i wówczas już z bronią w ręku utorować sobie drogę do Żoliborza. Szliśmy w poczcie dowódcy na czele kolumny z „Kubusiem”, łączniczką „Teresą” z Żoliborza i z patrolem „Zośki”, który odcięty na Woli doszedł do Puszczy Kampinoskiej. Piach, liche rzadkie laski, kartofliska. Idziemy na przełaj. Kolumna jest mocno obciążona bronią i dodatkową amunicją. Mamy za sobą kilka godzin męczącego marszu. Weszliśmy już w strefę nieprzyjacielskiej obserwacji i obstrzału artylerii niemieckiej z Burakowa i fortu Bema. Migotliwe światło wystrzeliwanych rakiet unieruchamia za każdym razem długi wąż posuwającej się w ciemnościach kolumny. Batalion idzie możliwie cicho. Ale co rusz zabrzęczy źle przytroczona menażka, ktoś objuczony potknie się i klnie siarczyście. Od czoła biegnie podawane wzdłuż kolumny: „Uwaga, druty!”

Idący obok mnie „Kubuś” nie traci humoru. A może tylko nadrabia miną. Opowiada „Teresie” spadochroniarskie przygody. Od wysłuchania po raz któryś z rzędu opowieści, „jak skaczą spadochroniarze różnych nacji”, którą właśnie rozpoczynał „Kubuś”, wyratowało mnie opodal wsi Mościska głośne: „Halt! Wer da!”.

Głupio mi się zrobiło, żeśmy się tak nadziali. Ciemno było choć oko wykol. Byliśmy zaskoczeni, ale tamci nie mniej od nas, bo nie strzelali i nie wystrzelili rakiety. Następnemu: „Halt”, już znacznie bardziej pojednawczemu, towarzyszyły słowa w nieznajomym mi języku.

Węgrzy. Moja znajomość węgierskiego nie wykraczała poza istotne zresztą wówczas pytanie:
– Madziar?
– Madziar!
No to w porządku.

Poszliśmy rozpoznać sytuację. Trudno było dogadać się z wartownikiem. Był wyraźnie zaniepokojony naszym przybyciem. Zjawił się drugi żołnierz węgierski, który nas zaprowadził do oficera. Porucznik mówił po niemiecku. Ich dywizja od wczoraj zajmowała ten odcinek. Nie brali udziału w walkach, zamykali jedynie pierścień otaczający Warszawę. Moją naiwną propozycję, by razem z nami uderzyli na Niemców, porucznik pozostawił bez odpowiedzi. Mieli dość własnych kłopotów, by mieszać się do cudzych. Nie chcieli z nikim się bić i mieli jedno tylko gorące pragnienie: jak najprędzej dostać się do Budapesztu, nie napotykając po drodze Armii Czerwonej. Zgodził się nas przepuścić i podał nam miejsca najbliższych stanowisk niemieckich. Byle tylko spławić nas jak najprędzej. Przez następne linie węgierskich posterunków przeszliśmy z ich patrolem.

Weszliśmy w zabudowania. Na budynkach wisiały białe flagi. Na piaskach za Wawrzyszewem przyłapały nas rakiety niemieckie. Ostrzelali nas dopiero niedaleko fabryki Opla. Za późno się do nas wzięli i bez strat weszliśmy przez dziurę w ścianie do hali warsztatowej. Tam już byli nasi.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Po odsiecz dla Starówki

Idąc z łączniczką na kwaterę pułkownika „Żywiciela”, dowódcy Żoliborza, nie mogłem się nadziwić. Domy, całe domy. Nawet z szybami w oknach. O 800 metrów od Starówki. Dni ich były co prawda policzone, ale Żoliborz odcięty od reszty miasta pozostawał jeszcze wówczas na uboczu działań rozstrzygających, skierowanych na Wolę, a później na Stare Miasto.

Zameldowałem się u pułkownika „Żywiciela” w jednym z bloków WSM. Sprawdził karteczkę od pułkownika „Wachnowskiego”. O majorze „Okoniu”, wysłanym do Puszczy Kampinoskiej, nie miał żadnych wiadomości. Wypytywał o trasę, którą przeszliśmy. Rad był z nawiązanej łączności, obiecywał pokwitować nasze przybycie pułkownikowi „Wachnowskiemu” drogą radiową. Przedstawiłem mu sytuację na Starówce, mówiłem o walkach na Woli.

Podkreślałem, jak bardzo pułkownik „Wachnowski” liczy na pomoc z Puszczy Kampinoskiej. Wypytywał szczegółowo o Starówkę. Byliśmy pierwszym patrolem, który stamtąd przyszedł. Potwierdził nadzieje pokładane w odsieczy oddziałów partyzanckich zgromadzonych w Puszczy. Były stosunkowo liczne i dobrze uzbrojone. Miały już za sobą szereg udanych akcji zaczepnych. Zgodził się, byśmy jeszcze tego dnia wieczorem poszli do Puszczy. Obiecał dać nam łączniczki. Zdziwiłem się, gdy polecił zatelefonować na Bielany i uzgodnić szczegóły techniczne naszego przejścia. Choć na Bielanach byli Niemcy, połączenia telefoniczne z polskim Żoliborzem funkcjonowały nadal.

Czekaliśmy. Wyszliśmy późnym wieczorem. Patrol z Żoliborza doprowadził nas na Bielany i przekazał dwu łączniczkom, utrzymującym łączność z oddziałami puszczańskimi. Szliśmy, nie błądząc, im tylko znanymi skrótami. Co pewien czas zostawiały nas w tyle i sprawdzały podejrzany odcinek drogi. Niektóre budynki mijaliśmy z daleka i w ciszy, wśród innych szliśmy ulicą, rozmawiając swobodnie.

Odeszliśmy daleko od miasta. Pierwszy raz od wybuchu Powstania oglądałem niemal całą Warszawę. Strony świata wskazywały łuny pożarów. Najdalej na południe paliła się Ochota. Zachód wyznaczały kłęby burego dymu dopalającej się Woli. Najbliżej nas na północy miasta oddzielne słupy ognia Starówki odcinały się na tle ciemniejszej łuny Śródmieścia. – Nie gap się – przerwała mi łączniczka – jeszcze kawał drogi.

Nieco dalej musieliśmy przeczekać ukryci w krzakach, by przepuścić niemiecką kolumnę jadącą w kierunku miasta. Jechali z zapalonymi światłami. Liczyłem samochody. Bez przeszkód doszliśmy do punktu kontaktowego w Zakładzie Ociemniałych w Laskach, gdzie łączniczki miały nas skontaktować z oficerem łącznikowym od kapitana „Szymona”, dowódcy oddziałów AK w Puszczy Kampinoskiej.

Oficerem łącznikowym, który zaprowadził nas z portierni w Laskach na kwaterę rannego kapitana „Szymona”, był architekt Maciej Nowicki.

Zameldowaliśmy się u kapitana „Szymona”(Ryszarda Krzywickiego). Leżał ranny z nogą w gipsie. Czekał na zapowiedzianych łączników Komendy od kilku dni. Major „Okoń” jeszcze do Puszczy nie doszedł. Naświetliłem kapitanowi „Szymonowi” położenie Starówki, walki na Stawkach i Muranowie, przekazałem instrukcje pułkownika „Wachnowskiego” wzywającego jak najszybciej do odsieczy. Zapoznał nas z sytuacją w Kampinosie. Pułk „Palmiry-Młociny”, który mu podlegał, był silnym oddziałem partyzanckim, liczącym czterdziestu sześciu oficerów i ponad tysiąc trzystu żołnierzy, w tym ośmiuset ludzi oddziału cichociemnego porucznika „Doliny” (Adolfa Pilcha). Oddziały kampinoskie, dobrze uzbrojone, uzupełniły jeszcze broń i amunicję ze zrzutów. Na terenie Puszczy przebywał ponadto żoliborski oddział majora „Serba” (Władysława Jelenia-Nowakowskiego) w sile stu sześćdziesięciu ludzi oraz podpułkownik „Victor” (Ludwik Wiktor Konarski) z oddziałem o podobnej liczbie żołnierzy. Pułk stoczył szereg walk, przeprowadził udane wypady na oddziały niemieckie zajmujące sąsiednie wsie. W zasadzkach partyzanci rozbili tabory niemieckie, zdobywając broń i sprzęt oraz zadając straty nieprzyjacielowi.

Starałem się namówić kapitana „Szymona”, by mimo nogi w gipsie objął dowództwo nad wyznaczonymi do odsieczy Starówki oddziałami, by jak najszybciej szedł na Warszawę. Po głębokim namyśle odmówił.

Nazajutrz kapitan „Szymon” przystąpił do organizowania wyprawy, tak by mogła wyruszyć jeszcze tego wieczora. Miały w niej wziąć udział trzy bataliony pod dowództwem porucznika „Witolda” (Witolda Pełczyńskiego). Ostatecznie z pułku „Palmiry-Młociny” sformowano jeden tylko batalion w sile 450 ludzi, bardzo dobrze uzbrojonych, z żywnością na trzy dni. Podobnie zaopatrzono oddziały podpułkownika „Victora” i majora „Serba”. Zarządzono odprawę dowódców poszczególnych oddziałów. Na odprawie nie byłem. Relacjonuję ją według Borkiewicza, gdyż jej przebieg rzuca istotne światło na dalsze wydarzenia.

„Kapitan «Szymon» przedstawił plan działania dwiema kolumnami uderzeniowymi w myśl rozkazu płk. «Wachnowskiego». Plan ten przewidywał wymarsz oddziałów z Lasek o godzinie 21, by rozpocząć natarcie kolumną ppłk. «Victora» na miasteczko Powązki, na ulicę Elbląską, a kolumną por. «Witolda» na Koło i cmentarz Żydowski w dniu 16 sierpnia przed świtem, tj. o godzinie 3.30. Wówczas ppłk «Victor» okazał rozkaz ppłk. «Romana», dowódcy podokręgu «Hajduki», podporządkowujący mu wszystkie oddziały na terenie Puszczy Kampinoskiej. […]

Rozkaz powyższy – jakkolwiek powoływał się podobnie jak rozkaz płk. «Wachnowskiego», na Komendę Główną – wywołał konflikt pomiędzy kpt. «Szymonem» a ppłk. «Victorem» […]. Ostatecznie «po dłuższej bardzo nieprzyjemnej rozmowie dowództwo nad całością wyprawy objął ppłk «Victor» z kpt. «Mścisławem» jako szefem sztabu.”

Zameldowaliśmy się u podpułkownika „Victora” na leśnej drodze, gdy odprawiał kolumnę marszową. Nas, przybyłych ze Starówki, włączył do swego pocztu dowódcy idącego z batalionem porucznika „Witolda”. Przechodziliśmy wzdłuż oddziału liczącego łącznie kilkuset ludzi. Przeważnie młodzi chłopcy, różnie ubrani, ale dobrze uzbrojeni. Niemal każdy żołnierz ma karabin, widać erkaemy i piaty. Obok gwary podwarszawskiej słychać śpiewne akcenty aż hen z Wileńszczyzny, obok warszawiaków są chłopcy, którzy zapewne nigdy dotąd nie byli w wielkim mieście. Do wyjścia z lasu eskortują nas ułani na koniach.

Zadanie przyprowadzenia odsieczy dla Starówki było bardzo trudne. Przejście długiej kolumny ciemną nocą, po bocznych drogach lub na przełaj, wymagało bardzo starannego rozpoznania i przygotowania, utrzymania łączności i żelaznej dyscypliny w marszu, by oddziały jak najszybciej doszły do wyznaczonych rejonów nierozpoznane przez Niemców, by nie pogubiły się po drodze. Żołnierze szli z bronią, objuczeni dodatkową amunicją dla Starówki.

Wyszliśmy późnym wieczorem. Do Powązek podpułkownik „Victor” postanowił dojść jedną kolumną i tam dopiero rozdzielić zadania. Szliśmy polami na przełaj. W długiej kolumnie trudno było utrzymać porządek i wzajemną łączność, poszczególne kompanie i plutony gubiły się w ciemnościach. Brak było łączności z dowódcą. Okazało się, że batalion porucznika „Witolda”, stanowiący dotychczas środkową część kolumny, niespodziewanie znajduje się na czele, gdyż idący w przedniej straży oddział majora „Serba” odszedł w innym kierunku.

Przebieg dalszych wydarzeń tej nocy podaję według mego meldunku do pułkownika „Wachnowskiego” z dnia 25 VIII 1944 (AWIH III/44/47):
„16.8 po odnalezieniu pogubionych oddziałów o godz. 01.00 osiągnięto rejon miasteczka Powązki. Napotkany przypadkowo jeden żołnierz npla spowodował zamieszanie szpicy i uskok za najbliższe płoty. Prowadzący oddział przewodnicy albo zniknęli, albo odmówili dalszego prowadzenia. Po opanowaniu zamieszania na czele oddział prowadzony przez przygodnie napotkaną kobietę doszedł do rejonu Cmentarza Wojskowego, przed murem którego napotkano 20 zaparkowanych i nie ubezpieczonych samochodów pancernych. Pomimo namowy z naszej strony płk «Victor» nie zdecydował się na opanowanie lub zniszczenie bezbronnych aut, lecz nakazał odwrót z zamiarem dojścia do cmentarza z innej strony. W tym momencie prowadząca oddział kobieta odmówiła dalszego marszu. Po kilku minutach płk «Victor», około godz. 02.15 zarządził wycofanie oddziałów do podstaw wyjściowych w puszczy.

Bezładny odwrót, późna godzina mogąca ujawnić oddział blisko kilometrowej długości na odkrytych piaskach na płn. zachód od m. Powązki pod ewentualnym obstrzałem artylerii npla z Burakowa i fortu Bema, oraz brak przewodników zmusił mnie wespół z moimi oficerami do samorzutnego objęcia komendy nad całością (odbyło się to zresztą bez niczyjego sprzeciwu).
Zmieniłem kierunek marszu na Żoliborz. O godzinie 4 zameldowałem się u płk. «Żywiciela», prosząc o przekazanie meldunku o przebiegu akcji do płk. «Wachnowskiego». Na skutek bezładnego wycofania się około 150 ludzi wróciło do puszczy, reszta oddziału bez strat doszła do Żoliborza.”

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Patrol ze Starówki na Żoliborz

Po upadku Stawek Stare Miasto stało się niewielkim, zamkniętym kotłem. Generał von dem Bach zlecił grupie bojowej generała Reinefartha całkowitą likwidację oporu powstańców na Starówce, poszerzenie dostępu do mostu Kierbedzia i dotarcie szerokim frontem do Wisły celem zabezpieczenia ważnych dla niemieckiego frontu ruchów przelotowych na kierunku wschód-zachód.

Na Starówkę szło ze wszystkich stron potężne natarcie. Niewielki teren został ciasno opasany siłami nieprzyjaciela o olbrzymiej przewadze ognia. Niszczona z powietrza i z ziemi Starówka przechodziła do bezpośredniej obrony, zdana wyłącznie na własne siły.

Sąsiedni Żoliborz był nasz. Niemcy trzymali co prawda mocno ogniska oporu, jak Cytadela, Instytut Chemiczny, odcięli Żoliborz od Śródmieścia, zajmując Dworzec Gdański, ale na Żoliborzu panował jeszcze względny spokój. Oddziały AK były w ofensywie. Udane wypady pozwoliły im się dozbroić. Z Żoliborza można nocą wśród ogrodów przejść na Bielany, ziemię niczyją, a stamtąd do Puszczy Kampinoskiej. Jest tam silne zgrupowanie oddziałów leśnych AK, pod dowództwem kapitana „Szymona” (Józefa Krzyczkowskiego), liczące ponad 1 300 ludzi, jest zrzutowisko dla samolotów alianckich.

Generał Bór już 7 sierpnia depeszował do Londynu, prosząc o przysłanie do Puszczy Kampinoskiej polskiej brygady spadochronowej, co mogło – jego zdaniem- przesądzić losy Powstania.
Pułkownik „Wachnowski”, broniący Starówki dowódca Grupy „Północ”, zmierzał usilnie do nawiązania współdziałania wszystkich trzech głównych członów zgrupowania, to jest oddziałów Starego Miasta, Żoliborza i Puszczy Kampinoskiej. Połączenie tych oddziałów mogło wzmocnić obronę Starego Miasta i Żoliborza, utrudnić Niemcom kolejne likwidowanie odizolowanych dzielnic. Przeszkodą w rozpoczęciu tych zamierzeń był brak łączności pomiędzy Starym Miastem a Żoliborzem i Puszczą Kampinoską.

Ze Starego Miasta na Żoliborz jest blisko. Kilkaset metrów. Ale Niemcy przecięli to połączenie. Na Cytadeli jest silne zgrupowanie artylerii. Na forcie Traugutta niemiecka piechota, umocnione gniazda cekaemów i zasieki z drutów kolczastych. Przy źródełku opodal fortu bateria działek przeciwpancernych i przeciwlotniczych. Na Dworcu Gdańskim pociąg pancerny i pojedyncze działa na platformach.

Wielokrotnie próbowano nawiązać łączność pomiędzy dwiema sąsiednimi dzielnicami. Bezskutecznie.

Pozostawała łączność radiowa. Wśród nieustannych wstrząsów i pyłu walących się domów precyzyjny sprzęt odmawia posłuszeństwa. Zapasowe części giną pod gruzami, wyczerpują się baterie i akumulatory. Słabe nadajniki powstańcze na Starówce nie mogą przekazać sąsiednim dzielnicom rozkazów i wiadomości. Szyfrowana depesza ze Starówki idzie więc do centrali w Londynie, która odbiera ją i przekazuje z powrotem nadajnikiem o wielkiej mocy na Żoliborz. Bliżej było 3 000 kilometrów, tam i z powrotem, ponad Europą niż 800 metrów ponad Dworcem Gdańskim.

Inicjatywa wyszła od „Kubusia”. Ale zdecydowaliśmy od razu, że pójdziemy we czwórkę: „Kubuś”, „Wojtek”, „Jacek” i ja. „Jacka” nawet nie pytaliśmy. Wiadomo było, że pójdzie. Chodził dotychczas na wszystkie patrole z „Kubusiem” i nie przyszło nam do głowy, że moglibyśmy iść bez niego.
– Pójdziemy na Żoliborz.

Zameldowaliśmy nasz zamiar pułkownikowi „Makaremu”. Zgodził się. Uzależnił to jednak od decyzji pułkownika „Wachnowskiego”, dowódcy Starówki.

Zameldowaliśmy się z „Kubusiem” w dowództwie Starówki. Pułkownik „Wachnowski” wypytał o skład patrolu i zamierzoną trasę. Mieliśmy do wyboru dwie: pierwszą przez ruiny getta, z ominięciem Dworca Gdańskiego od zachodu, i drugą przez tereny sportowe „Polonii” i park Traugutta, omijającą dworzec od wschodu. Obydwie były nierozpoznane, obydwie prowadziły przez pozycje niemieckie. Ta wschodnia bardziej nam pasowała. Prowadziła niemal przez cały czas wśród zieleni, terenem pofalowanym, ułatwiającym krycie się, przecinała niemiecką groblę w jej najwęższym miejscu. Była krótsza, a to był ważny argument, bo przejść niemieckie linie można było tylko pod osłoną krótkiej sierpniowej nocy.

Pułkownik „Wachnowski” zgodził się. Przypomniał, że kilka patroli już przed nami próbowało, nie doszło i nie wróciło. Odprawił nas, dając nam ustne rozkazy dla Żoliborza i Kampinosu wzywające jak najszybciej odsieczy dla Starówki oraz pisemne upoważnienie do ich przekazania. Wąski pasek papieru napisany odręcznie do pułkownika „Żywiciela” (Mieczysława Niedzielskiego), dowódcy AK na Żoliborzu. „Oddawca tej kartki przekaże wam moje rozkazy.” Speszyłem się, że to taki czek in blanco. Gdyby wpadł w ręce niemieckie, mógłby narobić nie lada kaszy. Ale rozumiałem, że nie mógł być wystawiony imiennie, bo nie wiadomo było, kto z nas czterech dojdzie.

– Jeżeli dojdziecie – wyjaśnił pułkownik – to bez takiego upoważnienia pułkownik „Żywiciel” nie będzie chciał z wami gadać i gotów was zamknąć. A nie wiem, czy moja depesza radiowa uprzedzi go na czas o waszym patrolu. Weźcie ze sobą kwarce, żebym mógł z nim rozmawiać bezpośrednio. Niech sprawdzą, czy mnie słuchają na właściwych długościach. I niech się śpieszą – dodał już na odchodnym – bo coraz nam tu ciaśniej.

Wiedzieliśmy, że ze Starówki na Żoliborz jest niedaleko, że ktoś tam powinien dojść. I że po drodze są Niemcy, którzy nie biorą jeńców. Wyszliśmy o zmroku. Przebraliśmy się po cywilnemu, choć nic by nam to nie pomogło, gdyby nas Niemcy zatrzymali po nocy wśród swoich linii bojowych. Każdy wziął pistolet z zapasowym magazynkiem i „filipinkę”. W mieszkaniu na parterze „żółtego domu” zdjęliśmy ze ściany kilim, który pocięliśmy na kawałki i obwinęliśmy buty, żeby nie hałasować. Zrzuciliśmy te szmaty już po kilku minutach czołgania się wśród krzaków, bo nam bardzo przeszkadzały.

Za hasłem warta przepuściła nas przez barykady. Przed nami był już „no man’s land”. Przechodziliśmy ostatnią niestrzeżoną barykadę na rogu Konwiktorskiej, gdy zatrzymały nas jakieś niesamowite głosy. Śpiew – zawodzenie bez początku i końca, przekleństwa rzucane w przestrzeń beznamiętnym głosem. Rozmowy, nawoływania, kłótnie. Przywarłem do muru. Głosy były coraz bliżej. To obłąkani pacjenci szpitala Jana Bożego, zamienionego na szpital powstańczy. Do ich mrocznego świata nie docierają nasze zmartwienia i troski, ale flaga Czerwonego Krzyża nie chroni ich, tak samo jak nie chroni rannych ani od pocisków, ani od ognia, ani od głodu. Wojna wtargnęła nawet do ich tragicznego odosobnienia.

Czołgamy się wśród krzaków i zielsk, starając się zachować możliwie jak najciszej. Nie znamy rozmieszczenia Niemców, wiemy tylko, że są w tym rejonie. Dokładne rozpoznanie należy do nas. W tej sytuacji po nocy każda kępa krzaków przypomina zamaskowany cekaem, zwykła ławka w parku z daleka wydaje się zaporą z drutów kolczastych. Krzaki są pełne szmerów. Rewolwery i granaty utrudniają czołganie się. Teren łatwy do przejścia spacerem w dzień jest paskudnie trudny, gdy się trzeba nim przeczołgać po nocy. Kamienie i badyle kaleczą ręce.

„Jacek” czołgając się wpadł do głębokiej fosy otaczającej stare umocnienia. Narobił rumoru, a teraz gramoląc się do góry, klnie fosę, obolałe gnaty, komary i Niemców.

Nie uszliśmy stu metrów, gdy zaczęło się coś dziać. Odezwała się artyleria przeciwlotnicza. Obudziła reflektory, które smugami zamiatają niebo. Potem wykwitły znad Żoliborza kolorowe paciorki pocisków przeciwlotniczych. Niebieski, żółty, czerwony, zielony. Niebieski, żółty, czerwony, zielony…

Leżałem plackiem na ziemi wtulony w jakieś niegościnne badyle. Poznałem huk czteromotorowego halifaxa. Widać go było wyraźnie. Reflektory złapały go i prowadzą troskliwie wśród kolorowych paciorków. Wygląda jak wielka ćma, która leci do światła pożarów.

Nocne bombowce są od spodu malowane na czarno. To je skutecznie kryje wśród ciemności nocy. Ale ten bombowiec jest inny. Lśni srebrzyście. Zdaje się lecieć nad samymi dachami, ciągnąć za sobą długą wstęgę ognia i dymu. Niknie mi z oczu. Po chwili niebo rozświetla blask eksplozji.

Zestrzelony bombowiec tak zainteresował Niemców, że znacznie mniejszą uwagę zwracali na ziemię. Idąc wśród krzaków, posuwaliśmy się szybko, ale nie zawsze mogliśmy ominąć otwarte przestrzenie. Zagrodziła nam drogę asfaltowa jezdnia. Białe migotliwe rakiety odbijały się w niej jak w wodzie. Przeczołgaliśmy się przez nią centymetrowymi ruchami, przytulając się do każdego kamienia, każdej rzucającej cień gałęzi. Najgorszy odcinek mieliśmy jeszcze ciągle przed sobą. Gdyby przyszło nam się cofać, to musielibyśmy wrócić przed trzecią, bo inaczej świt zastałby nas wśród niemieckich pozycji.

Wyrosły przed nami nagle wśród ciemności zasieki z drutu kolczastego. Niemcy byli po drugiej stronie. Słyszałem ich rozmowy prowadzone półgłosem. Dwadzieścia metrów do najbliższej kępy krzaków cofaliśmy się przez dwadzieścia minut.

Tędy nie przejdziemy.

Może rozsądnie było się wycofać, wrócić na Starówkę i próbować szczęścia na innym odcinku. Ale ponieważ cały nasz zamiar przejścia na Żoliborz nie był zbyt „rozsądny”, więc tylko zmieniliśmy kierunek i poszliśmy dalej.

Przed nami bielił się budynek szkolny otoczony ogrodzeniem. Przypuszczaliśmy, że ogrodzony teren szkoły stanowi przerwę w zasiekach z drutu kolczastego i umocnieniach niemieckich. Postanowiliśmy zaryzykować przejścia na tym właśnie odcinku. Staraliśmy się rozpoznać, co kryje budynek szkolny. Do okien na piętrze biegły podejrzane kable telefoniczne. Jeśli są w szkole Niemcy, to na pewno wystawili warty i zauważą nas, gdy będziemy próbowali przejść przez ogrodzony teren szkoły. Jeśli budynek jest w nocy pusty, to moglibyśmy się w nim ukryć i dalej próbować następnej nocy. W ostatniej chwili odkryliśmy w ogrodzeniu otwartą furtkę. Podchodziliśmy do szkoły z granatami w ręku. Staraliśmy się iść jak najciszej, ale powybijane szyby trzeszczały pod nogami niemiłosiernie. Szkoła była tej nocy pusta. Służyła Niemcom widocznie tylko w dzień jako artyleryjski punkt obserwacyjny. Odpoczywaliśmy w cieniu budynku.

Od torów kolejowych dzieliła nas już tylko ulica, nasyp po przeciwległej stronie i budka nastawni. Środkiem ulicy płynęła woda z rozbitych przewodów wodociągu. Trzeba było się podnieść i przeskoczyć te kilka metrów. Przeskoczyliśmy je na komendę wszyscy razem, byle jak najszybciej. Teraz już tylko gęste krzaki na nasypie i tory dworca.

Wtedy się zaczęło. Pojedyncze strzały, potem serie cekaemów. Rakiety sycząc rozrywały się nad nami. Zobaczyli nas, gdyśmy przeskakiwali przez zalaną wodą jezdnię. Rakiety leciały w naszym kierunku, wyraźnie już na naszą intencję. Zrobiło się głośno na całym odcinku. Niemcy nie oszczędzali amunicji. Nasi na Starówce musieli mieć emocje za nas.

Przywarliśmy w krzakach na nasypie. Filipinki i pistolety w pogotowiu. W ręku trzymałem zwiniętą kartkę od pułkownika „Wachnowskiego”. Gdy podejdą do nas, będę się starał wyrzucić ją w krzaki. Czekaliśmy, z której strony wpierw się do nas zbliżą. Mieliśmy w sumie cztery pistolety i cztery granaty. Niedługo byśmy się mogli trzymać.

Nie wyszli. Bali się po nocy. Strzelali co prawda jeszcze długo i obficie, ale bezskutecznie. Nikt się do nas nie kwapił po ciemku. Stare, ckliwe tango Nasza jest noc stało się na wszystkich bojowych liniach Warszawskiego Powstania taktyczną regułą polskich oddziałów.

Mieliśmy szczęście. Uwierzyliśmy, że i budka nastawni będzie pusta. Była pusta. Po drewnianych schodkach na nasypie doszliśmy do szyn. W lewo od nas stał pociąg pancerny. Widać było lufy armat i sylwetki wartowników. Reflektory pociągu oświetlały przedpole.

Przełaziliśmy przez szyny Dworca Gdańskiego. Czołgając się, sprawdzałem ręką każdą szynę: po tych gładkich – błyszczących, jeździ pociąg pancerny, na zardzewiałych, nie używanych od dawna, wydawało mi się bardziej bezpiecznie. Szyny błyszczały paskudnie i było ich jakoś ogromnie dużo. Liczyłem każdą. Przy drugiej miałem emocje, przy czwartej solidnego stracha, a przy szóstej kląłem z całej duszy rozbudowę warszawskiego węzła kolejowego. Potem już wszystko poszło szybko. Musiało zresztą tak pójść albo by nie poszło wcale. Rozwidniało się. Nie znaliśmy położenia naszych pierwszych linii na Żoliborzu. Wiedzieliśmy tylko, że w budynkach za torami są jeszcze Niemcy. Wyszliśmy na teren składów przy ulicy Krajewskiego.

Już nawet nie bardzo kryjąc się, szliśmy jakąś ulicą równoległą do Mickiewicza. Dwieście metrów dalej zamykała ją barykada. Szarzała wyraźnie w ustępującym mroku. Jeśli to ostatnia barykada w posiadaniu Niemców – koniec z nami, jeśli pierwsza polska – jesteśmy w domu. Mieliśmy przez całą drogę wyraźne szczęście, toteż poszliśmy prosto. Mogli nas wtedy wystrzelać, choć szliśmy gęsiego, bo już się rozwidniło. Na szczęście wartownik przy barykadzie nie spał i krzyknął na odpowiednią odległość:
– Stój! Kto idzie? Jeden zbliżyć się do podania hasła!
Nie znamy hasła. Przyszliśmy ze Starówki – odkrzyknąłem wartownikowi.

Nie uwierzył. Myślał, że sobie z niego kpimy. Dogadaliśmy się na odległość. Zjawił się zaalarmowany dowódca barykady i pozwolił podejść blisko, byle z rękami do góry. Dopiero po drugiej strome barykady, gdy zobaczył, że mamy ręce podniesione, ale każdy z nas w jednej trzyma granat, a w drugiej pistolet, przyznał, żeśmy go nabrali.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Na Cmentarzu Ewangelickim przy Młynarskiej

Sztukasy nadleciały od zachodu. Było ich dużo. Leciały wysoko. Wydawało mi się, że lecą wolno. Potem kolejno każdy jakby się namyślił i chciał machnąć kozła, odrywał się od reszty i zawodząc nurkował w dół. Widać, jak bomby odłączają się od samolotu. Przez chwilę można je policzyć. Jedna, dwie, trzy… Zanim samolot poderwie się nad ziemią, seria trzech błysków gdzieś niedaleko. Pacnięcie odłamków, które upadły blisko, słup ziemi i ognia, potem dopiero przeraźliwy wysoki łoskot. Odłamki są gorące, parzą. Czuć zapach blisko eksplodującej bomby. Kamienie, ziemia, ucięte gałęzie spadają na głowę. Dzwoni w uszach. Drugi sztukas nurkuje dokładnie tak samo jak pierwszy. I tak kolejno wszystkie. Z kierunku lotu nurkującego samolotu można określić, gdzie spadną bomby. Przy pierwszym nalocie wydawało mi się, że wszystkie lecą na mnie. Byle się opanować, byle się nie poderwać i nie próbować uciekać. Trzeba przytulić się do najbliższego nagrobka, wpasować się w zagłębienie ziemi. Każda wystająca płyta kamienna, każde wgłębienie staje się gościnne, opiekuńcze. Samoloty przeleciały. Za pół godziny wrócą. Zostawiły porytą ziemię cmentarza, rozwalone mogiły, alejki zasypane ściętymi gałęziami i rannych. Teraz od strony Wolskiej odezwą się czołgi i artyleria. Dopiero po następnym nalocie wyjdzie do natarcia piechota. Sanitariuszki biegają z noszami. Sprawdziłem pluton. Tym razem wyszliśmy cało. Nawet nasz fiacik nie dostał. Nauczyliśmy się na odgłos samolotów wybiegać z drewnianego domku grabarza i kryć się wśród kamiennych nagrobków. Po kilku nalotach każdy miał już swój wypróbowany własny nagrobek.

W jednym z nalotów sztukasy zamiast bomb zrzuciły ulotki. Czekaliśmy długo, aż niesione wiatrem spadną na nasz odcinek.

„Żołnierze Armii Krajowej! Jak nasz rząd w Londynie donosi, znalazł się premier Mikołajczyk w takim położeniu w Moskwie, które mu uniemożliwia podjąć swobodną decyzję i zabrania mu swobodne mówienie. Nie ulega żadnej wątpliwości, jakie zamiary się za tym kryją. Wobec tego podjąłem z przedstawicielami niemieckich władz pertraktacje celem uzgodnienia wspólnej akcji przeciw moskiewskim zdrajcom. Rozkazuję więc zaprzestania wszelkich wrogich poczynań przeciw niemieckim władzom okupanckim i natychmiastowy powrót do punktów wyjściowych pogotowia. Każdy niewykonujący tego rozkazu staje po stronie sprawców zamachu na naszego premiera i winien być natychmiast rozstrzelany. Rozkazy o dalszych poczynaniach będą wydane.

Niech żyje Polska!

Komendant Bór.”

Idiotyczna, prowokacyjna treść ulotki, niezdarny język bardziej śmieszyły, niż złościły.

Przydzielono nam „panterki”, niemieckie łaciate bluzy szturmowe, zdobyte w magazynach na Stawkach. Musiało ich tam być dużo, bo starczyło na umundurowanie całego zgrupowania „Radosław”. Od tej pory „panterki” należeć będą do powstańczego krajobrazu i fasonu. Będziemy się po nich rozpoznawali później w innych dzielnicach miasta. – Chłopaki z Woli, cześć!

5 sierpnia o świcie oddziały Reinefartha, wsparte oddziałami Wehrmachtu i ciężkimi czołgami pancernej dywizji SS „Hermann Göring”, szły do natarcia szerokim pasem po osi ulicy Wolskiej z zadaniem przebicia się do mostu Kierbedzia, a po drodze uwolnienia generała Stahela i jego sztabu, oblężonego w pałacu Brühla na placu Saskim. Lewe skrzydło zgrupowania nacierało na nasz cmentarz. Natarcie piechoty poprzedziło – jak zwykle – przygotowanie artyleryjskie. Musieli być już dobrze wstrzelani poprzednim ogniem do nas, bo po jednej serii „długiej” następne były już w celu. Sztukasy uzupełniły artylerię. Włączyły się granatniki. Nie słychać ani ich wystrzału, ani lotu pocisku. Nagłe błyski, słupy czarnej ziemi. Z tyłu za mną, z boku, z przodu – wszędzie. O kilka grobów ode mnie, w miejscu, gdzie strzelał z pistoletu maszynowego chłopiec w „panterce”, wyrwana dziura w ziemi, pokrwawione strzępy munduru, nogi w butach i pistolet maszynowy. Ktoś podbiegł i podniósł pistolet.

Pierwszy w naszym plutonie został ranny „Wedel”. Dostał odłamkiem w szyję. Krwawił mocno, ale był przytomny.

Nasz fiacik przydał się bardzo. Był, o dziwo, ciągle na chodzie. „Dziunio” zabrał rannego i pod obstrzałem zdołał go dowieźć do szpitala na Bonifraterską, gdzie w porę zrobiona operacja uratowała „Wedlowi” życie.

„Marek” – nie zdążył. Był ciężko ranny i bardzo krwawił. Usiłował się uśmiechnąć. Jego karabin zatrzymał „Pakulski”, rannego zabrały na noszach sanitariuszki batalionu. Załadowały go na przygodną sanitarkę, zabłąkaną na tyłach cmentarza. Umarł z upływu krwi, czekając na operację w szpitalu Jana Bożego. Potem kolejno dostawałem meldunki: ranny „Blikle”, ranny „Janusz”, ranny „Adam”. Na ile dni wystarczy naszego plutonu? Artyleria ucichła, bo piechota niemiecka dochodziła do naszych pozycji. Zatrajkotały cekaemy. Zepchnęli nas z muru cmentarnego wzdłuż Młynarskiej w głąb cmentarza. Teren był dogodny do obrony, dopóki mieliśmy amunicję. Odstrzeliwaliśmy się Niemcom, którzy przez wyrwę w murze dostali się na teren cmentarza. Widziałem wyraźnie ich zielone mundury i ciemne, głębokie hełmy. Oficer z pistoletem w ręku wskazywał kierunek natarcia. Szczęśliwie byli w zasięgu rzutu granatem. Szli niepewnie. Bali się zapuszczać w gąszcz nagrobków, drzew i krzaków. „Witek” ukrył się za solidnym nagrobkiem opodal mnie, trzymał ich ogniem bergmana w przyzwoitej odległości. Na jak długo starczy nam amunicji? Zatrzymał niemieckie natarcie nasz ogień i ich własne sztukasy, które wróciły i obrzuciły nas bombami. Niemiecka piechota wolała być w bezpiecznej odległości od własnych bomb. Ale barykada na skrzyżowaniu Młynarskiej i Wolskiej pozostała już w ich rękach.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Patrol z Woli do Śródmieścia

Brak było wiadomości ze Śródmieścia. Poszliśmy na dalekie rozpoznanie. Było zbyt wielu ochotników na ten patrol, musiałem wybierać. „Witek”, „Jacek”, „Pakulski”, „Marek”, no i naturalnie „Kubuś”. Tym razem jako fotoreporter.

Jeszcze nas wtedy ludzie pozdrawiali. Uzbrojeni żołnierze AK jeszcze ludziom dodawali otuchy. Jeszcze i my sami pozowaliśmy do zdjęć powstańczych.

Dziś, po latach, inaczej patrzę na to zdjęcie. Ci młodzi chłopcy – to jest przecież najprawdziwszy patrol z trzeciego dnia Powstania, a flaga wywieszona na bramie jest autentycznie biało-czerwona.

Miasto było już wyraźnie zróżnicowane. Od strony Woli widać ślady bombardowań i pożarów. Rozprute domy z kolorowymi przekrojami mieszkań zawieszonych wysoko na tle nieba. Na piątym piętrze błyszczy w słońcu wanna, jakby nie wiedziała, że reszty stropu, mieszkania i domu już nie ma. Ruiny są świeże, nie spłukane deszczem, kanciaste. Jeszcze nieprzemieszane przez następne bomby. Zachowały kształt poszczególnych przedmiotów i elementów: desek, cegieł, zbrojeń, zwisających stropów, wyrwanych futryn, mebli. Przechodzimy wolno i ostrożnie, znacząc pierwszy ślad, wydeptując pierwszą ścieżkę wśród ruin. Im bliżej Śródmieścia, tym mniej śladów bombardowania. Całe odcinki ulic jeszcze nietknięte. Zadziwia ilość wywieszonych biało-czerwonych flag. Jedne wyraźnie nowe, zrobione wczoraj, inne czekały pięć lat. Na każdym niemal rogu ulicy barykada. W pośpiechu sklecona z pozwalanych na kupę skrzyń, szaf, stołów. Czołg rozbije ją jednym pociskiem i zapali. Tylko nieliczne barykady, bogatsze o doświadczenia pierwszego dnia i pierwszych strzałów, zbudowane są już solidnie z płyt chodnikowych, ze szczelinami strzelniczymi umocowanymi workami z piaskiem. Przetrwają i natarcie czołgów, i Powstanie, i Vernichtungskommando.

– Uważaj, jesteśmy pod obstrzałem – ostrzega wartownik. Przez ulice przebiegamy pojedynczo, mocno pochyleni. Każdy następny przebiegający ma coraz więcej emocji i coraz mniej szans, bo niemiecki „gołębiarz”, przyczajony gdzieś na strychu, wstrzeliwuje się za każdym razem lepiej. Przez jedną z ulic „Kubuś” pędzi ostatni – bo robił z tyłu zdjęcia przebiegających, potem dla odmiany przebiega pierwszy i czeka po drugiej stronie ulicy, aż mu „dobrze wejdziemy w kadr”.

Tam, gdzie domy są stale pod obstrzałem, mieszkańcy zdążyli już powybijać dziury w murach i w ślepych ścianach. Przechodzimy, klucząc przez podwórza, zakamarki, mieszkania na parterze, schodzimy do piwnic, by nagle znowu wyjść na ulicę. Towarzyszy mi jakiś nowy surrealistyczny krajobraz miasta, powstały dziś na zwykłej do wczoraj ulicy. Omijam głęboki lej od bomby, potykam się o wystające płyty chodnikowe, by po kilku krokach, po ledwie podpartej desce wejść do pokoju. Pali się niepotrzebne nikomu światło, naprzeciw miejsca po ścianie stoi nietknięte pianino. Z długiego, ciemnego korytarza, który zachował zapach mieszkania, zamiast na klatkę schodową, wychodzę przez wyrwę w ścianie na mały ogródek zalany słońcem, przytulony do ściany, niespodziewany w tej części miasta. Znowu mieszkanie, meble, obrazy na ścianach.

Dochodzimy do rogu Marszałkowskiej i Moniuszki. Naprzeciw, po drugiej stronie, tam gdzie dziś „Sezam”, ulica zamknięta kupą usypanych w pośpiechu skrzyń, desek, kubłów od śmieci, z których sterczy przekrzywiony słup ogłoszeniowy. Kamienne kolumny „Adrii” nietknięte, tylko w niektórych oknach szyby powybijane. Doszliśmy bez przeszkód aż na Bednarską 23, gdzie mieszkał i pracował pan Zdzisław Marcinkowski – „Senex”, fotograf naszej komórki. Ucieszył się bardzo, częstował herbatą. Obiecywał zrobić dużo zdjęć z Powstania. Widziałem go wówczas po raz ostatni.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Przeciwnatarcie na Woli

Odprawa u majora „Okonia” (Alfonsa Kotowskiego). Czołgi weszły w Górczewską. Część oddziałów z tego rejonu wycofała się na stanowiska „Czaty”. Mamy wyjść z „Czatą” do przeciwnatarcia.

Wychodzimy przez bramę cmentarną na Młynarską. Od zachodu słychać zgrzyt czołgów i narastający ogień karabinów i peemów. Idziemy gęsiego pod ścianami domów, szybko. Pod nogami trzeszczy szkło rozbitych szyb. Czuć spaleniznę. Przez jezdnię skokiem. Strzały już za następną ulicą. Biegiem przez bramę na podwórze i na klatkę schodową. Po drugiej stronie ulicy są Niemcy. Wchodzę na pierwsze piętro. Wszystkie drzwi pootwierane. Pusto. Mieszkańcy albo uciekli, albo zeszli do piwnic. W otwartym oknie bez szyb worki z piaskiem i powstaniec przytulony do futryny. Strzela z karabinu. Łuski wypadają mu pod nogi. Huk wystrzałów wypełnia niewielki pokój. Jeszcze dwa strzały. Wołam – nie słyszy. Szturcham go w plecy. Strzela, potem odwraca do mnie przekrwione oczy i zakurzoną, szarą twarz. Wskazuje mi dom naprzeciwko.

– Niemcy – wrzeszczy do mnie, choć stoję o dwa kroki. Obaj błyskawicznie przytulamy się do ściany, bo niemiecki cekaem obłupuje tynk za naszymi plecami.
– Pilnuj bramy naprzeciwko! – krzyczy mi do ucha mój ogłuchły od huku sąsiad i schodzi na dół na zbiórkę oddziału, który zluzowaliśmy.

Przymierzam się do worków z piaskiem. Słońce świeci mi w oczy. Muszę wpierw przyzwyczaić się patrzeć pod światło, potem zauważyć Niemców i strzelać. Z okna drugiego piętra odzywa się nasz erkaem, co wywołuje natychmiast długą serię niemiecką po naszych oknach. Hałas piekielny, tynk się sypie, ale nic mi nie jest. Strzelam do okien naprzeciwko. Głównie dla dodania sobie otuchy. Po trzech strzałach nauczyłem się nie bać. Łatwiej, niż się spodziewałem. Widzę, jak Niemcy pojedynczo przebiegają za płotem przez niewielki ogródek po drugiej stronie ulicy. Nie przypuszczałem, że są tak blisko. Strzelam już spokojnie. Do dwóch pierwszych spudłowałem, trzeci dostał. Na prawo od nas rozwija się natarcie „Czaty”, które prowadzi porucznik „Motyl”. Posuwają się skokami naprzód, ale na otwartym terenie zalegają pod ogniem niemieckim. Czuć ogromną przewagę ogniową Niemców. Powtarzam sobie, że wolno mi strzelać tylko do celów widocznych i pewnych. Boję się, czy mi wystarczy amunicji, ale jak na zawołanie w drzwiach zjawia się idący na czworakach uśmiechnięty „Pakulski” i wręcza mi chlebak z amunicją. Robi się coraz ciemniej. Po nocy niemieckie czołgi i niemiecka piechota nie nacierają.

Tym razem jeszcześmy ich zatrzymali. Za pół godziny mamy wracać na cmentarz Ewangelicki. Jeszcze dwa strzały. Czołgam się do korytarza, bo ponad workami z piaskiem przez otwarte okno widać zarys naszego pokoju. Na klatce schodowej, w piwnicy, na podwórku sanitariuszki opatrują rannych. Nie przypuszczałem, że tylu ich będzie. Strzelam z piwnicy. Przez zakratowane okienko, tuż nad chodnikiem, ulica wydaje się znacznie szersza i domy po drugiej stronie – wyższe.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Rozmowa z płk „Makarym” Kazimierzem Irankiem-Osmeckim

Drugiego dnia Powstania spotkałem przed bramą cmentarza pułkownika „Makarego”. Był niedaleko, przyszedł nas odwiedzić. Podał adres Komendy AK: Dzielna 72, fabryka Kamlera. Przedstawiłem pułkownikowi „Makaremu” porucznika „Kubusia”, podporucznika „Wojtka” i kilku chłopców z „Agatona”. Wypytywał o wrażenia z pierwszego dnia walk, o uzbrojenie i zaopatrzenie. Oglądał nasz odcinek. Rad był z postawy chłopców, ich zapału i służbistości, którą staraliśmy się nadrobić braki uzbrojenia i umundurowania. Z dumą pokazaliśmy pułkownikowi nasz samochód zaparkowany pod drzewami na cmentarzu.

Nie kryłem, że nastroje w oddziałach są bardzo różne i w znacznej mierze zależą od posiadanego uzbrojenia. Niewiele mogłem pułkownikowi „Makaremu” powiedzieć, wiele chciałem się dowiedzieć od niego. Starał się nas podnieść na duchu. Mówił o sukcesach w Śródmieściu. O innych dzielnicach nie mówił, zasłaniając się brakiem wiadomości. Gdy go odprowadzałem sam w kierunku Dzielnej, już całkiem szczerze naświetlił sytuację. Komenda AK nie miała pełnego rozpoznania. Wiadomo było jednak, że nawet w Śródmieściu, gdzie sytuacja wyglądała najbardziej pomyślnie, nie osiągnięto zamierzonych celów. Meldunki mówiły o dobrym nastroju wśród powstańców i pełnym poparciu Powstania przez ludność Warszawy. Brak było łączności z innymi dzielnicami. Z bardzo niepełnych informacji wynikało, że zaskoczenie Niemców nie udało się i wszystkie ważne punkty pozostały w ich rękach. Oddziały AK wykazały wspaniałego ducha walki, ale poniosły ciężkie straty. Uzbrojenie wszędzie słabe, jeszcze słabsze niż u nas. Grozi brak amunicji. Dowództwo AK nie nawiązało jeszcze łączności radiowej z Londynem. Okazało się, że w pośpiechu przygotowań nie zabrano do fabryki Kamlera żadnej z dziewięciu znajdujących się w Warszawie wypróbowanych stacji radiowych typu „Wanda”, ale nowy sprzęt, przeznaczony specjalnie na wypadek Powstania do użytku Komendy AK. Przez kilka godzin nie zdołano uruchomić nowej aparatury i dopiero nazajutrz, to jest 2 sierpnia, radiostacja ta nawiązała łączność z Londynem.

Pułkownik „Makary” nie taił, że Komenda AK nie panuje nad sytuacją, ale podkreślał z naciskiem, że generał Bór zdecydował prowadzić dalej walkę aż do rozstrzygnięcia.
Nie przypuszczałem, że już pierwszego dnia walk powstawały takie wątpliwości. Z ciężkim sercem wracałem na cmentarz do plutonu.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Godzina „W”

We wtorek 1 sierpnia 1944 roku rano, na przekór historii, wiedziałem na pewno, że dziś Powstanie się nie zacznie.

Od chwili ogłoszenia stanu czujności z dniem 25 lipca szef II Oddziału Sztabu, pułkownik „Makary” – Kazimierz Iranek-Osmecki, zarządził codzienne odprawy kierowników wydziałów dla zabezpieczenia szybkiej i sprawnej łączności. Spotykaliśmy się w godzinach południowych, zwykle po dwunastej. Szef omawiał aktualną sytuację, sprawdzał wykonanie ostatnich poleceń, załatwiał sprawy bieżące. Ale i on, i my wiedzieliśmy, że nie o to chodzi. Czekaliśmy na tę jedyną wiadomość: kiedy zaczynamy?

Plan mobilizacji do Powstania przewidywał, że potrzeba co najmniej 36 godzin na przekazanie rozkazów, zebranie rozproszonych po mieście oddziałów AK, rozdanie broni. Ustalono również, że zaskoczenie przeciwnika, stanowiące jeden z głównych atutów powstańców, jest możliwe jedynie pod osłoną ciemności – więc szturm powinien odbyć się nocą. Na wczorajszej, poniedziałkowej, odprawie „Makary” powtórzył jak zwykle: jutro, we wtorek, na pewno jeszcze nie.

Łatwiej było czekać przez długie lata niż przez te ostatnie dni. Od kilku dni większość chłopców z plutonu była już na punktach alarmowych. Alarm trwał. Poprzedniego dnia na ulicy Mazowieckiej w biały dzień dostałem od dwu chłopców z biało-czerwonymi opaskami na ręku „Biuletyn Informacyjny” z 31 lipca. Dotychczas dostawałem go co tydzień w konspiracyjnej poczcie. 31 lipca „Biuletyn” był kolportowany w Śródmieściu. Kolporterzy byli zapewne dobrze ubezpieczeni , ale przechodnie brali pismo niemal jawnie bez obawy.

Wielokrotnie próbowałem odtworzyć w pamięci tę chwilę, gdy w lokalu konspiracyjnym na Żelaznej usłyszałem rozkaz, którego tragicznej wagi nikt z nas nie umiał przeczuć. Zostało mi z niej zaledwie mgliste wspomnienie.

– Dziś, o godzinie 17 – powiedział „Makary”. Nie tłumaczył, dlaczego wczorajsza decyzja o nierozpoczynaniu Powstania w dniu dzisiejszym została nagle odwołana. Jakby uprzedzając nasze zdziwienie i pytania, powtórzył, że zaczynamy dziś, punktualnie o godzinie 17. Na pytania nie było czasu.

Na niektóre pytania dostałem odpowiedź od pułkownika „Makarego”, gdyśmy po upadku Powstania, w obozie jenieckim w Langwasser pod Norymbergą, odbywali długie spacery wzdłuż ogrodzeń z drutu kolczastego. Trudno mi było uwierzyć, gdy dowiedziałem się po raz pierwszy, że decyzja o terminie wybuchu Powstania została podjęta na podstawie ustnego meldunku generała „Montera”, bez sprawdzenia opinii najbardziej wiarygodnego informatora, jakim był szef wywiadu AK, pułkownik „Makary”.

Pozostało mi jeszcze pięć godzin okupacji. – Żeby mi tylko dętka nie nawaliła – wzdychałem, jadąc na Chłodną 5 do „Pakulskich” w celu uruchomienia łączności plutonu. Na umówiony dzwonek drzwi otworzył „Pakulski”.

– Dziś o godzinie 17! – Nawet się nie zdziwił. „Kubuś” mieszkał niedaleko. Zawiadomiłem go osobiście, żeby było prędzej. – Nareszcie!

Potem jeszcze pani „Anna”, łączniczka-sanitariuszka plutonu, i „Gajewski” na Wydziale Architektury. Zastałem wszystkich na umówionych punktach alarmowych. Zdążyłem. Poszło.
Zgodnie z planem mobilizacyjnym plutonu zbiórka na Chłodnej, skąd mieliśmy wyruszyć już z bronią, była wyznaczona na dwie godziny przed godziną „W”, to znaczy na godzinę 15. Miałem dość czasu, żeby pojechać na Sadybę pożegnać się z matką i z Magdalenką. Wstąpiłem na Szopena, do mego konspiracyjnego mieszkania. Wziąłem mąkę, cukier i smalec, żeby zawieźć matce. Na kilka dni Powstania wystarczy. Magda bawiła się w ogródku. Matka szykowała obiad. Mój nagły przyjazd wyjaśnił jej wszystko.

W mieszkaniu na Szopena moje obie gospodynie, panie Helena i Maria Wańkowiczówny, nie wiedziały jeszcze nic o dzisiejszym terminie. Ze skrytki podłogowej w moim pokoju wyciągnąłem wisa z czterema pełnymi magazynkami, kaburę i białą furażerkę z orzełkiem. Wziąłem brezentową kurtkę, długie buty, szeroki skórzany pas i chlebak, do którego włożyłem kaburę od pistoletu, furażerkę i niezbędny ekwipunek na kilka dni. Wprowadziłem kulę do lufy, włożyłem pistolet do wewnętrznej kieszeni na piersi, skąd łatwo się go wyjmowało. Teraz już nie mógłbym się dać zrewidować na ulicy. Komplet zapasowych fałszywych dokumentów, które miałem w skrytce, zniszczyłem. Kenkartę i ausweis zabrałem ze sobą, choć nie mogły już mi być przydatne podczas jazdy na zbiórkę.

Na Chłodną dojechałem bez przygód. Czekał „Pakulski”, wkrótce zameldowali się „Wojtek”, „Janusz” i „Jacek”. Łączność działała prawidłowo. Czekaliśmy na samochód. Tymczasem opróżnialiśmy skrytki. Wyciągnęliśmy broń: 4 pistolety, amunicję i kilka granatów. Resztę uzbrojenia plutonu mieli przywieźć chłopcy samochodem oraz przynieść już bezpośrednio na zbiórkę batalionu. Przygotowałem komplet biało-czerwonych opasek z literami WP – Wojsko Polskie, i legitymacje AK. Czekaliśmy na samochód, by przewieźć broń na miejsce zbiórki batalionu na cmentarzu Ewangelickim. Wkrótce byli już na Chłodnej wszyscy, którzy mieli się tu meldować. O wpół do czwartej postanowiłem jechać.

– Już tylko godzina i dwadzieścia minut. Idziemy!

Ostatnia konspiracyjna jazda ulicami Warszawy, już z biało-czerwonymi opaskami, pistoletami i granatami w kieszeniach. Pierwsi wyszli ci, którzy mieli iść pieszo, w kilka minut po nich nasza zmotoryzowana kolumna: samochód ubezpieczony dwoma rowerami. Prowadził fiacika „Dziunio”, obok niego „Witek” z bergmanem starannie przykrytym połą płaszcza. Nawet w najbardziej pesymistycznych rozważaniach nie przypuszczałem, że ten nasz bergman, kupiony od żandarma niemieckiego z ośmioma dodatkowymi magazynkami, to jeden z trzystu pistoletów maszynowych, które w chwili rozpoczęcia walki w Warszawie posiadały oddziały AK. Ten nasz i jeszcze 299.
Na rogu Okopowej wyminęły nas trzy ciężarowe samochody, pełne szaroniebieskich lotników. Ostatni zakręt.

I nagle – Polska!

Za rogiem, o 200 metrów, hitlerowska okupacja. Patrole żandarmerii, bunkry, zasieki z drutu kolczastego, ciężarówki z uzbrojonymi Niemcami. A tu Polska. Na kawałku ulicy dopiero – ale już Polska. Zdążyliśmy.

Tłoczno i aż biało-czerwono od opasek na rękach. Jakiś oddział AK jako tako umundurowany i uzbrojony pilnował porządku i ubezpieczał miejsce zbiórki. Założyliśmy opaski, wyjęliśmy broń. Zaparkowaliśmy samochód pod drzewami. Nasz fiacik był jedynym zmobilizowanym pojazdem mechanicznym w tym miejscu zbiórki. Dołączały coraz to nowe grupki żołnierzy Armii Krajowej. Panował nastrój wesołości i żołnierskich fasonów, którymi staraliśmy się nadrobić nasz mocno cywilny wygląd. Niektórzy zdążyli już naszyć sobie dystynkcje na furażerkach i wojskowych bluzach. Oddawano sobie starannie wojskowe honory. Przeważały cywilno-sportowe ubrania, na głowach furażerki lub berety. U większości cały mundur wojskowy sprowadzał się do orzełka przyczepionego do cywilnej czapki i biało-czerwonej opaski na ręku. Sanitariuszki z opaskami Czerwonego Krzyża, z wypchanymi torbami. Uzbrojenie bardzo różne, na ogół słabe. Tylko nieliczne karabiny, wyjątkowo pistolety maszynowe. Przeważały pistolety różnych kalibrów zatknięte za pas, a najczęściej granaty przytroczone sznurkiem do paska. Odnalazł mnie „Kubuś” z patrolem, potem reszta naszego małego plutonu.

Było już po godzinie szesnastej. Od strony Kercelaka dolatywały odgłosy pojedynczych strzałów, detonacje granatów i narastające serie z broni maszynowej. Tam się już zaczęło. Dwie niemieckie ciężarówki nagle wyjechały wprost na nas zza rogu. Wybuchła bezładna strzelanina. Jeszcześmy się wówczas nie nauczyli oszczędzać amunicji. Jedna ciężarówka zdołała uciec, drugą zatrzymała seria z peemu, znacząca ślad na szybie samochodu. Kierowca zabity, opadł na kierownicę, dwaj inni Niemcy próbowali uciekać na oślep. Jeden padł pod kulami, drugi podniósł ręce. Była godzina 16.45. Tak się u nas zaczęło Powstanie.

Strzelanina, jeniec i zdobyty samochód uporządkowały początkowy bałagan. Ubezpieczający oddział odprowadził zdobyty samochód i pierwszego jeńca. Od strony Kercelaka narastała strzelanina. Zameldowałem pluton majorowi „Okoniowi” (Alfonsowi Kotowskiemu), dowódcy batalionu „Pięść”, którego poznałem kiedyś na odprawie u pułkownika „Makarego”. Obsadziliśmy cmentarz Ewangelicki. Stanowiliśmy część zgrupowania „Radosław”. Dostaliśmy odcinek wzdłuż muru od ulicy Młynarskiej. Solidne nagrobki były dość wysokie, by sponad muru obserwować najbliższe ulice. Krzaki i drzewa ułatwiały maskowanie. Dookoła cmentarza był spokój. „Kubuś” robił okolicznościowe zdjęcia. Siedzieliśmy wśród nagrobków.

Po zbiórce po raz pierwszy spisałem listę plutonu. Mogłem jej już nie konspirować. l sierpnia na cmentarzu Ewangelickim na Woli było nas w plutonie „Agaton”, batalionu „Pięść”, zgrupowania „Radosław” – osiemnaście osób, jeden pistolet maszynowy, jeden karabin, piętnaście pistoletów, około trzydziestu granatów, dwa rowery i jeden samochód.

Zameldowałem majorowi „Okoniowi” – dowódcy batalionu, stan uzbrojenia. Prosiłem o uzupełnienie, zwłaszcza broni długiej, choćby dwa-trzy karabiny, i o amunicję, której mieliśmy niewiele. Major rozwiał moje złudzenie. Jedyny sposób uzupełnienia broni i amunicji to zdobycie jej na Niemcach.

Strzały i detonacje dochodziły ze wszystkich stron, znak, że Powstanie objęło całe miasto. Na naszym odcinku był spokój. Mieszkańcy pobliskich domów przynieśli nam jedzenie i wiadomości. Ktoś był w Śródmieściu. Opowiadał, że cała dzielnica jest w naszych rękach, na ulicach wiszą biało-czerwone flagi. Zaczęło padać. Zajęliśmy na noc kuchnię w drewnianym domku grabarza, który stał tuż obok cmentarza. Pani „Anna” przygotowała kolację. „Pakulski” – nie byłby sobą, gdyby czegoś nie majstrował – wręczył mi uroczyście dwie gwiazdki wycięte z puszki od konserw, które pani „Anna” przyszyła mi do furażerki. Ktoś zaproponował, byśmy powiedzieli swoje prawdziwe imiona i nazwiska, których mimo długiej wspólnej konspiracyjnej służby nie znaliśmy. Nie pasowały jakoś do osób i nadal zostaliśmy przy konspiracyjnych pseudonimach.
Zrobiło się ciemno. Tylko pojedyncze strzały przerywały ciszę nocną. Łuny dookoła nas dopalały się powoli. Sprawdziłem posterunki. Na naszym odcinku nadal nic się nie działo.

Tej właśnie nocy, na wiadomość o wybuchu Powstania Warszawskiego, Himmler wydał telegraficzny rozkaz zamordowania w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen generała „Grota”-Roweckiego, pierwszego Komendanta Armii Krajowej.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Ostatnie dni okupacji

23 lipca 1944 roku staliśmy z „Krystyną” w milczącym tłumie na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich. Patrzyliśmy z satysfakcją i z pogardą.

Niemcy uciekali. Nie cywilne władze i volksdeutsche, chyłkiem, po nocy, ładujący ukradziony dobytek na ciężarówki, ale wojsko niemieckie, jawnie, w biały dzień! Szeroką jezdnią Alei Jerozolimskich ciągnął nieprzerwanie, od wielu godzin, sznur wojskowych pojazdów i sprzętu, ciężarówek i wszelkiego autoramentu pojazdów konnych: furgonów, bryczek, wozów drabiniastych. Zrezygnowani kierowcy nie usiłowali wyprzedzać konnych pojazdów, ciągniętych przez wychudzone szkapy w dziwnych uprzężach. Nieliczne, zwarte oddziały i tłum zmęczonych, brudnych, nieogolonych żołnierzy. Szli zza Wisły, na zachód, w kierunku Woli i Ochoty. Gorąco było. Szli w rozpiętych mundurach, z gołymi głowami, z karabinami, trzymanymi niedbale za lufę, lub bez broni. Wolno, noga za nogą, przystając co chwila. Przysiadali na skraju chodnika, odpoczywali i szli dalej. Nie patrzyli nam w oczy. Długo czekaliśmy na taki widok.

Wierzyliśmy w zwycięski koniec wojny. Mimo okrucieństw i śmierci dookoła, mimo codziennego terroru, łapanek i egzekucji publicznych, na przekór niemieckiej propagandzie, każdy Polak w Warszawie wierzył, że wojnę wygramy. Nie tylko wierzył, ale po swojemu wiedział.

Przeżywaliśmy dni radości, satysfakcji i dumy. Z odległych bitew i bohaterskich akcji rozgrywanych za rogiem, na sąsiedniej ulicy: odbicie więźniów pod Arsenałem, granaty rzucone do Café Clubu, zdobycie stu milionów złotych przewożonych z banku, zamach na Kutscherę. Potwierdzały je egzekucje publiczne i nowe listy zakładników. To była cena wojny, jaką prowadziliśmy z okrutnym wrogiem. Ale Niemcy nie mogli już mordować w Warszawie bezkarnie, bali się.

Częstsze jednak były dni grozy i bezsilności. Gdy aresztowania obejmowały najbliższych. Gdy zza murów getta dochodziły odgłosy strzałów, a ponad miastem stał słup dymu. Gdy nadchodziły wiadomości o nowych egzekucjach w Palmirach i w ruinach getta, o śmierci kogoś z bliskich w Oświęcimiu.

Okupacja hitlerowska nie spadła na mnie. Sam ją sobie wybrałem, gdy w Szkocji na pytanie siwowłosego pułkownika odpowiedziałem „tak”, a w rok później szedłem ulicą Marszałkowską. Było mi przez to łatwiej niż tym, którzy nie mieli prawa takiego wyboru. Miałem satysfakcję, że „sam sobie byłem winien”. Od razu na starcie napotkałem zorganizowane Podziemie walczące z okupantem, uzyskałem możność aktywnego udziału w walce. Od pierwszego września 1939 roku, gdziekolwiek byłem, wiedziałem, że dla nas Polaków wojna toczy się o sprawy osobiste każdego z nas i o najważniejsze ludzkie sprawy. Nie próbowałem ich sobie formułować, bo każda taka próba, nawet wobec samego siebie, byłaby nieudolna, zbyt patetyczna. Sformułował mi je mój przyjaciel – dowódca, gdy na chwilę przed skokiem krzyknął mi na drogę:
– Zachciało ci się Polski, gówniarzu!

Ostatni tydzień przed Powstaniem. Nikt z nas nie wiedział przecież, że to właśnie ten tydzień będzie ostatnim, ale czuliśmy w Warszawie, że to nie jest jeszcze jeden zwykły, kolejny tydzień okupacji. 23 lipca oglądaliśmy ucieczkę Niemców. 25 lipca oddziały AK zostały postawione w stan alarmu.

Nie należeliśmy do oddziałów liniowych, objętych szkoleniem bojowym i planem mobilizacji, ale nie wyobrażałem sobie, żebyśmy mogli nie wziąć udziału w Powstaniu. Z „Agatona” mogliśmy wystawić bez trudu kilkunastoosobowy pluton. Wystąpiłem do pułkownika „Makarego” z prośbą o przydział bojowy. Zgodził się i załatwił nam przydział do batalionu majora „Okonia”. Dostaliśmy przydział, ale nie dostaliśmy broni. Poza kilku pistoletami i granatami, które stanowiły ubezpieczenie pracowni, i kilku „prywatnymi” pistoletami – nie mieliśmy nic więcej. Ani jednego karabinu, ani jednego pistoletu maszynowego. Liczyłem, że to, co posiadamy, to tylko pierwszy rzut, który musi nam zapewnić dojście – w razie potrzeby z bronią w ręku – na miejsce zbiórki o godzinie „W”, wystarczyć na pierwsze godziny walki, że później dostaniemy „właściwą broń” i amunicję. Tymczasem staraliśmy się dozbroić na własną rękę.

W ciągu czerwca i lipca 1944 roku zakupiliśmy dziewięć pistoletów, w tym dwa wisy i trzy parabellum oraz ponad tysiąc sztuk amunicji. Wreszcie dzięki „Witkowi” (Witoldowi Ambrożewiczowi) uzyskaliśmy skarb nie byle jaki – bergmana z ośmioma pełnymi magazynkami.
Ja sam, zupełnie przypadkowo, stałem się nabywcą jedynego karabinu, z jakim nasz pluton zameldował się na zbiórce 1 sierpnia.

Mieliśmy już około piętnastu pistoletów, przeciętnie z osiemdziesięcioma pociskami do każdego, około dwudziestu granatów, jeden peem i jeden kb – do naszego wyposażenia bojowego doszedł jeszcze samochód. Polski fiat 508, przerobiony na półciężarówkę na gaz drzewny, mocno sfatygowany pracowitym żywotem. Oddawał nam już niejedną przysługę, teraz został przez nas zmobilizowany. Zawdzięczaliśmy go „Dziuniowi” (Edwardowi Rażniewskiemu), który pracował jako kierowca w jednej z niemieckich firm urzędujących w „Prudentialu” na placu Wareckim. „Wypożyczał” go dla naszych potrzeb, ale z dawna już postanowił, że „szkopom grata nie zostawi”.

Drogą służbową nie dostaliśmy broni ani amunicji, dostałem natomiast parę butów z cholewami, najbardziej nieprzydatne obuwie w Powstaniu. Do chodzenia kanałami nie nadawały się zupełnie.

Przygotowania do Powstania nie ominęły naszych pracowni fałszywych dokumentów. Wydrukowaliśmy legitymacje AK, zrobiliśmy pieczęć Dowódcy AK. Chcieliśmy naszą fałszerską działalność zakończyć prawdziwym dokumentem i prawdziwą pieczęcią. Po dziesiątkach fałszywych niemieckich ausweisów i Durchlasscheinów, po setkach pieczęci ze swastyką – polska legitymacja wojskowa i pieczęć z polskim orłem.

26 lipca sytuacja uległa raptownej zmianie. Do Warszawy wróciły ewakuowane w popłochu urzędy niemieckie, przybyły oddziały policji SS. Uzupełniali zasieki z drutu kolczastego przed wejściami do urzędów, zamurowywali parterowe okna, obsadzali załogą zbudowane uprzednio bunkry strzegące ważniejszych gmachów i urzędów. Na przelotowych arteriach pojawiły się czołgi i wozy pancerne. Kanonada artyleryjska zza Wisły narastała.

27 lipca pod wieczór megafony uliczne podały zarządzenie gubernatora dystryktu warszawskiego Fischera, wzywające sto tysięcy mężczyzn w wieku od siedemnastu do sześćdziesięciu pięciu lat do kopania rowów na przedpolu Warszawy. Wysłuchałem tego komunikatu na skwerku Hoovera na Krakowskim Przedmieściu. Megafony podawały miejsce zbiórki w wyznaczonych punktach miasta, gdzie nazajutrz mieliśmy zgłosić się o godzinie 8. Nie było czasu na uzgodnienie stanowiska, nie było instrukcji, ale dla wszystkich warszawiaków sprawa była prosta. Do kopania rowów nie zgłosił się niemal nikt. Zamiast wyznaczonych stu tysięcy stawiło się na punktach zbornych, jak na kpiny, kilkaset osób. Kilkaset oczekujących ciężarówek odjechało pustych. Warszawa po raz pierwszy „rzuciła Niemcom otwarte wyzwanie”. Można było się spodziewać, że nie puszczą tego płazem.
Na mieście pojawia się coraz więcej patroli policji i wojska. Atmosfera była tak napięta, że byle incydent mógł spowodować strzały.

W nocy z 28 na 29 lipca kolejny nalot bombowców radzieckich i kolejne bombardowanie dworców kolejowych. 30 lipca nad miastem pojawiły się myśliwce radzieckie. Choć to była niedziela, jak zwykle koło dwunastej byłem na odprawie u pułkownika „Makarego”. Jeszcze nie. Ale pogotowie bojowe trwa.

Po południu odwiozłem „Krystynę” na miejsce jej zbiórki. Nie była pewna, czy w Powstaniu dostanie przydział do naszego plutonu, więc już na kilka miesięcy przedtem zgłosiła się na kurs sanitarny. Dostała przydział jako sanitariuszka do szpitala AK. Wiozłem ją na ramie roweru przez most Poniatowskiego. Wiatr rozwiewał jej włosy, przesłaniały mi oczy i usta. Na Krakowskim Przedmieściu podała mi dokładny adres: Elektoralna 16. Fabryka Frageta. Po drodze wstąpiliśmy na Stare Miasto do Katedry Św. Jana.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Mieszkanie

W okupowanej Warszawie wynajęcie pokoju komuś, o kim wiadomo było, że tkwi w robocie konspiracyjnej, a do tego jeszcze żyje na lewych papierach, było aktem świadomego ryzyka i odwagi. Gdyby nie tysiące ludzi, którzy nie bali się podjąć tego ryzyka, nie byłoby tak rozbudowanej w Warszawie konspiracji. Można było mieć fałszywe dokumenty, fikcyjną posadę, paradować nielegalnie w mundurze – ale każdy musiał gdzieś mieszkać. A tam o każdej porze mogła ujawnić nielegalnego lokatora przypadkowa rewizja, znaleźć przybyłe po jego tropie gestapo.

W okresie od 4 marca 1942 do 1 sierpnia 1944 roku zmieniałem mieszkanie – jak na warunki konspiracyjne, rzadko – osiem razy. Tylko dwukrotnie – w początkowym okresie – mieszkałem u ludzi, którzy nie wiedzieli o mojej cichociemnej przeszłości.

Za pierwszym razem było to przy alei Wojska Polskiego na Żoliborzu. Mój gospodarz, urzędnik Zarządu Miejskiego, samotny w dwupokojowym mieszkaniu, poszukiwał solidnego lokatora. Trafiłem z czyjegoś polecenia, byłem oficjalnie urzędnikiem Ostbahnu; w mundurze kolejarza chodziłem codziennie do pracy.

Komorne za „pokój z używalnością kuchni” wpłaciłem z góry. Wspólnie narzekaliśmy, przekazywaliśmy sobie wiadomości z tajnej prasy i radia pod ochronną formułą: „Słyszał pan, co ludzie mówią.” Wspólnie uzgadnialiśmy sposoby unieruchamiania licznika elektryczności i gazomierza, co było stosowane powszechnie jako akt samoobrony gospodarczej i patriotyczny nakaz. Mój gospodarz, początkowo podejrzliwy, nabierał coraz większego do mnie zaufania. Wracałem przed godziną policyjną, brałem „urzędowe kawałki” do roboty w domu, jak na przykładnego urzędnika kolei przystało. Nie musiałem tej opinii prostować, gdyż wywoływanie meldunków pisanych sympatycznym atramentem, które robiłem w łazience, maskowałem częstymi przepierkami, a przepisywanie tekstów na małe karteczki, nad czym ślęczałem wieczorami, miało wszelkie pozory biurowej pisaniny. Piecowe ogrzewanie mieszkania skutecznie likwidowało ślady mej działalności. Zresztą wywoływane i przepisywane meldunki pochodziły od kolejarzy.
Jeśli w rozmowie gospodarz zadawał mi zbyt specjalistyczne pytania, zasłaniałem się tajemnicą służbową. Uśmiechał się i znacząco przymrużał oko. O konieczności wyprowadzenia się stamtąd zadecydował nalot radzieckich bombowców i zaufanie gospodarza do mego kolejarskiego munduru.

W nocy obudziły nas syreny alarmowe. Zapalone na niebie „świece” były zapowiedzią rychłego bombardowania. Pierwsze bomby spadły dość daleko. Ale właśnie w chwili, gdy uspokajałem zdenerwowanego gospodarza, usłyszałem świst, dmuchnęło i znalazłem się pod przeciwległą ścianą w towarzystwie gospodarza i ramy okiennej bez szyb, którą podmuch wyrwał z futryny. Byliśmy obaj cali i zdrowi, trochę potłuczeni i bardzo przerażeni.

Pomagałem gospodarzowi pozbierać się. Nalegał, byśmy dla uzyskania przydziału szyb, nie zwlekając, sprowadzili przedstawicieli naszych pracodawców. On – magistratu, ja – Ostbahnu. Obie instytucje na pewno pomogą swym pracownikom, ofiarom radzieckiego bombardowania. Wolałem mu nie tłumaczyć ani mych obaw przed zbyt starannym remontem mieszkania, który mógłby ujawnić skrytkę podłogową, wykonaną w moim pokoju pod nieobecność gospodarza; ani mych zastrzeżeń co do zbyt gorliwej opieki Ostbahnu. Pod pretekstem silnego szoku nerwowego wyprowadziłem się „do rodziny”.

Następne „legalne” mieszkanie musiałem opuścić jeszcze szybciej. Tym razem zawiniło przesadne, naszym zdaniem, zamiłowanie do porządku pani domu i – co tu ukrywać – nasza lekkomyślność. Przez „znajomych” wynajęliśmy wraz z „Maćkiem” elegancki pokój na piętrze w domku pani Przyborowskiej (siostry pisarza Walerego Przyborowskiego) przy ulicy Kaniowskiej 35, „ze sprzątaniem i używalnością kuchni”. Stosunkowo wysokie komorne, które zapłaciliśmy z góry, w miarę autentyczne dokumenty osobiste i powołanie się na „znajomych” uspokoiło nasze gospodynie, dwie samotne kobiety, zmuszone ze względów finansowych do wynajmowania pokoi. Występowaliśmy tam w roli solidnych „handlowców”. Aż do chwili gdy w trakcie sprzątania naszego pokoju pani domu natrafiła na dwa pistolety nie dość starannie ukryte przez nas na półce z książkami.

Kilka miesięcy później w domku na Kaniowskiej rozegrała się tragedia, której echo doszło do mnie. Opróżniony przez nas pokój wynajęło małżeństwo z dwojgiem małych dzieci. Papiery mieli nienaganne, komorne płacili punktualnie, na miasto wychodzili rzadko. Spokojni lokatorzy.
Dzwonek do drzwi. Dwaj umundurowani esesmani tropiący zbiegłych z getta Żydów. Poszli na górę. Zażądali kosztowności i pieniędzy. Sprowadzili wszystkich czworo do pralni w piwnicy i kazali im tam czekać. Zapowiedzieli, że wrócą. Gdy zaniepokojona pani domu zeszła po kilku godzinach do piwnicy, zastała cztery trupy w kałuży krwi. Mąż siekierą zamordował żonę i dzieci, i sam odebrał sobie życie.

Doświadczenia nauczyły mnie, że wobec ludzi, u których mam zamieszkać, nie wolno ukrywać, że jestem cichociemnym skoczkiem, że mam fałszywe papiery. Byłbym wobec nich nielojalny. Mimo to, a może właśnie dlatego, przyjmowali mnie pod swój dach. Nigdy mi nikt nie wymówił mieszkania nawet w okresie najgorszych łapanek, nocnych rewizji, blokady całych odcinków ulicy. Wyprowadzałem się – zawsze z żalem – z własnej inicjatywy, przeważnie na wiadomość o aresztowaniu kogoś, kto znał ten adres.

W praktyce zmiana adresu nie była łatwa. W trzecim roku wojny, odkąd zacząłem zmieniać mieszkania, mimo pomocy specjalnej komórki zakwaterowania, coraz trudniej było znaleźć mieszkanie całkowicie czyste. Ci, którzy nie bali się przyjąć do siebie cichociemnego skoczka, przeważnie sami brali udział w robocie konspiracyjnej. Nieraz ich mieszkania bywały już „spalone” i po pewnym czasie znowu użytkowane.

Wiedziałem, że jestem lokatorem niebezpiecznym, i mimo to musiałem narażać ludzi mi życzliwych, zdawałem sobie sprawę, że oni ryzykują więcej niż ja. Miałem stale zapasowy komplet dokumentów – z przepustką nocną włącznie – mogłem wyjść, zniknąć. Żyłem na lewych papierach, nie narażałem mych najbliższych. W ostateczności miałem w mieszkaniu broń i zawsze przy sobie truciznę. Jak wiejska baba, zabierająca pieniądze na targ, zawiązywałem moją pastylkę w węzełek chustki do nosa. Inaczej moi gospodarze. Żyli legalnie, narażali siebie i swoje rodziny. Odpowiedzialność zbiorowa była egzekwowana przez gestapo bezlitośnie.

Gdy wieczorem wracałem do domu, byłem bezpieczny. Nawet, jeśli tylko wydawało mi się, że jestem bezpieczny – to mi wystarczało. Dla moich gospodarzy wraz ze mną wracało zagrożenie. Mogłem przyprowadzić za sobą tajniaka, gestapo.

Umiejętność zapominania nazwisk i adresów była w konspiracji obowiązkiem i najskuteczniejszą formą ochrony ludzi, którzy mi zaufali. Wbrew tej zasadzie zapamiętałem większość z moich konspiracyjnych mieszkań: na ulicy Noakowskiego 10 (?) u państwa Wolskich (?), na ulicy Grajewskiej, na Pańskiej 9 u pani Heleny Mysłowskiej, na Walecznych 25 u pani Zofii Woyzbun, w alei Niepodległości 168 (?) u pani Marii d’Alphonse, na Szopena 8 u pań Heleny i Marii Wańkowiczówien. Żałuję, że nie pamiętam ani wszystkich nazwisk, ani dokładnych adresów moich gospodarzy. Ale nie zapomniałem, jak życzliwie otwierali mi drzwi, jak dzielili moje smutki i radości, jak nasłuchiwali razem ze mną, gdy w ciszy nocnej samochód zatrzymywał się przed bramą. Wracałem zwykle przed godziną policyjną, ale dostatecznie wcześnie, żeby się nie nadziać na przypadkowy patrol. Wolałem, żeby nie sprawdzali ani mych papierów, ani mej zwykle mocno wypchanej teczki. Jadłem kolację u siebie w pokoju lub razem z mymi gospodyniami (w większości moich konspiracyjnych mieszkań dom prowadziły kobiety); wymienialiśmy zasłyszane na mieście wiadomości, konspiracyjne gazetki, ostatnie komunikaty BBC. Gadaliśmy. Mogłem być na luzie. Lodówkę, żeby działała sprawnie, trzeba co pewien czas odmrażać. Człowieka też. Wprowadzając się do kogoś, przestrzegałem zasady, by nie potęgować wzajemnych zagrożeń i nie wciągać do roboty w naszym wydziale nikogo z współlokatorów. W jednym tylko przypadku, gdy zamieszkałem u pani Zofii Woyzbun na ulicy Walecznych, nie potrafiłem tego dotrzymać.

Znałem ten dom jeszcze sprzed wojny, gdy pracowałem u architekta Jerzego Woyzbuna jako „murzyn” przy niejednym konkursie. Podczas wojny spotykałem go na Litwie, we Francji i w Wielkiej Brytanii. Sprowadzając się na Walecznych, wiedziałem, że nie będę tam pierwszym cichociemnym lokatorem, i że zarówno pani Zofia, jak i jej czwórka dzieci są bliscy „organizacji”. Pierwszy nie wytrzymał – starszy syn – Jurek. Po wielu aluzyjnych wstępach „przyznał się”, że jest kapralem AK, i zapytał, czy mogę mu załatwić jakiś przydział. I ani się obejrzałem, jak wszyscy znaleźli się w „Agatonie”.

Do kompletu zagrożeń mieszkania na Walecznych należy jeszcze dodać Zygmunta Kleyffa, architekta, który – „spalony” w konspiracyjnej robocie – zamieszkał tam nielegalnie, oraz dwie małe dziewczynki, które pewnego styczniowego wieczoru 1943 roku przyprowadziła pani Zofia.
– To z transportu z Zamojszczyzny. Kolejarze brali dzieci z wagonów na Dworcu Wschodnim, Jakoś się pomieścimy. Trzeba im zaraz dać coś gorącego do jedzenia i w coś je ubrać.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Skrzynka” i lokal kontaktowy

Uzupełniającym ogniwem łączności były „skrzynki pocztowe” i lokale kontaktowe. „Skrzynka” – to miejsce, w którym można było zostawić i odebrać wiadomość lub pocztę. Miała jeszcze tę dodatkową zaletę, że oddawca i odbiorca mogli być sobie nieznani. Wystarczyło znać miejsce i hasło. Lokal kontaktowy umożliwiał swobodną rozmowę, czasem – spotkanie kilku osób.

I jedno, i drugie było szczególnie niebezpieczne dla osób, które z pełną świadomością i w większości bezinteresownie użyczały tych lokali. Korzystali z nich ludzie mocno zaangażowani w podziemnej robocie, nierzadko poszukiwani i tropieni przez gestapo. Przyjdą – i jeśli nie wpadną w „kocioł”, w zastawioną w lokalu zasadzkę – to załatwią sprawę i pójdą. A lokal zostaje. Zostają również powiązani z tym lokalem ludzie, którzy tu pracują, mieszkają. Gestapo umiało być cierpliwe. Czekać, obserwować. I błyskawicznie uderzyć.

Ochronę lokali konspiracyjnych stanowiła przede wszystkim ich ilość. „Skrzynką pocztową” mógł być każdy warszawski sklep, kawiarnia, warsztat, stragan uliczny, budka z gazetami – lokalem kontaktowym każde warszawskie mieszkanie. Gdyby można było odtworzyć inwentaryzację lokali konspiracyjnych, czynnych w Warszawie w okresie pięciu lat okupacji, to okazałoby się, jak znikoma była ilość lokali i mieszkań „czystych”, takich, w których „nic się nie działo”. W jak wielu sąsiadowały ze sobą komórki różnych organizacji, nic o sobie nawzajem nie wiedząc lub mijając się dyskretnie.

Tylko nieliczne lokale, o szczególnym znaczeniu, miały specjalne zabezpieczenie: zamaskowany dostęp, zapasowe drogi ewakuacji, lub korzystały z ochrony czynnej – uzbrojonych czujek i posterunków, uzbrojonej załogi. Powszechnie natomiast stosowana była ochrona bierna: sygnały ostrzegawcze lokali, hasła lub znaki rozpoznawcze ludzi.

Sygnał ostrzegawczy lub raczej sygnał potwierdzający, że lokal jest bezpieczny. Obowiązywała bowiem zasada, że brak umownego sygnału oznacza zagrożenie lokalu. Sygnał winien być taki, by nie zwracał uwagi niewtajemniczonych, i – co było bardzo ważne – taki, by w chwili potencjalnego zagrożenia można go było łatwo usunąć. Doniczka kwiatów w oknie mieszkania widoczna z ulicy, którą łatwo zdjąć na dźwięk każdego dzwonka i ustawić z powrotem. Umownie zasunięta firanka, kartka z ceną na wystawie sklepowej, kawałek sznurka wystający spod zamkniętych drzwi.

Hasło – zwykle krótkie pytanie – potwierdzone umowną odpowiedzią. Proste, ale jednocześnie dostatecznie wyróżniające się, choćby kolejnością słów, wykluczającą jego przypadkowe użycie przez niewtajemniczonego, a jednocześnie niezbyt sztuczne i przez to niezwracające uwagi przypadkowych słuchaczy. Odzew – potwierdzenie, że trafił właściwie i że w tym momencie może przekazać lub odebrać wiadomość lub przesyłkę. Znak rozpoznawczy – gazeta trzymana w umowny sposób, podkreślone słowo w tytule, dwie części zwykłego przedmiotu: ołówka, banknotu, kartki papieru, które po złożeniu przystają do siebie.

W „Agatonie” mieliśmy „skrzynek” sporo. Tylko niektóre znałem osobiście.

Drogeria firmy „Jan Beeger” Marszałkowska 59 niedaleko Śniadeckich jest dobrze wyposażona, kierownik (Jerzy Napiórkowski) uprzejmy i cierpliwy, biegle mówi po niemiecku. W sklepie jest kilka osób. Młoda dziewczyna szuka szamponu do włosów. Wybiera wśród wielu opakowań. Nie znalazła. Przeprasza. Wychodzi. Właściciel bez trudu odnajdzie kopertę, którą mu zostawiła „Krystyna”, i schowa ją do szuflady z ziołami.

Stragan na placu Jana Kazimierza. Starzyzna, domowe rupiecie, garnki, narzędzia. Urzęduje przy straganie starsza, gruba babina, której od czasu do czasu pomaga mąż kolejarz. (To dlatego mówiliśmy o tej skrzynce „u żony kolejarza”.) „Potrzebuję latarki na dwie baterie z czerwonym światłem” – to hasło, po którym żona kolejarza wręcza mi spod lady latarkę. Zostawił ją ktoś od „Pakulskich”. W jednej baterii są wycienione filmy z miesięcznym meldunkiem do Londynu.

„Jeleniarz” urzęduje od rana do zmroku, przy żelaznym ogrodzeniu Saskiego Ogrodu, naprzeciw Zachęty przemianowanej na Haus der Deutschen Kultur. Drewniany stolik pod ceratowym daszkiem zastawiony jest pamiątkami, które kupują jadący na urlop niemieccy żołnierze. Figurki, wazoniki, szkatułki. Bardzo brzydkie, ale za to błyszczące i tanie. Specjalnością firmy, która cieszy się największym powodzeniem wśród niemieckiej klienteli, są cynowe „jelenie na rykowisku”, które zadecydowały o kryptonimie skrzynki. Każdy zakupiony przedmiot „Jeleniarz” starannie zawija w gazetę. Równie starannie opakowaną paczkę wręcza „Hance”, która czeka wśród otaczających stragan klientów.

„Dziekanka” na Krakowskim Przedmieściu obok Karmelitów to jedna z najlepszych restauracji. Niemcy bywali tam rzadko. Wieczorem koncert. Gra skrzypek Henryk Palulis. Wieniawski, Paganini, Bartok. Ale także sentymentalne tanga i na życzenie gości – na pół legalne Serce w plecaku. Brawa. Skrzypek kłania się, dziękuje, komuś skinął głową. W przerwie przysiada się do stolika. Wstając, zabiera ze sobą egzemplarz „Nowego Kuriera Warszawskiego”, który przyniosła ze sobą elegancka blondynka.

Mydlarnia, sprzęt gospodarstwa domowego na Kruczej opodal Nowogrodzkiej. Prowadził ten sklep razem z żoną Janusz Bucholz, działacz warszawskiej YMCA, pianista dżezowy i kompozytor. Gdy na wystawie pojawi się puszka „mahoniowej” pasty do podłóg z wypisaną czerwonym ołówkiem ceną, to znak, że jest poczta do odebrania. Naprzeciwko sklepu był kiosk z papierosami. To prawdopodobnie z tego kiosku agenci gestapo obserwowali sklep Bucholzów, zanim ich oboje aresztowali i zamęczyli na śmierć.

Filia piekarni Bernatowicza: 6 Sierpnia 7 przy placu Zbawiciela (wprowadził nas tam „Marek” – Wojciech Bernatowicz). 7 lutego 1944 roku zjawiło się gestapo. Jeden w mundurze i jeden cywil. Zabrali kierowniczkę sklepu (i naszej „skrzynki”) panią Józefę Górzyńską (dziś Kucharską). Zabrali ją na Szucha. Wiedzieli dostatecznie dużo. Wydał ją dozorca-konfident. Bita – nie wydała nikogo. Na Wielkanoc wysłali ją do Ravensbrück, który przeżyła.

Wiele spraw i kontaktów organizacyjnych można było załatwić w barach kawowych i restauracjach licznie rozkwitłych w okupacyjnej Warszawie: w „Marago” na Wspólnej, w „Koniku” u Edzia Trojanowskiego na Hożej, w „Canaletto” na Nowogrodzkiej, w „To Tu” na Brackiej, „u dorożkarzy”; tak – nie wiem dlaczego – nazywaliśmy bar na Poznańskiej, choć nigdy żadnego dorożkarza tam nie spotkaliśmy. Jako kelnerki pracowały w tych lokalach Polki, przeważnie panie z inteligencji, stali bywalcy znali się z widzenia, obcy był łatwy do rozpoznania. Mimo polskiego personelu i polskiej klienteli w każdym lokalu można było natknąć się na konfidenta, spotkać patrol żandarmów, którzy, nachodząc lokal, wymuszali haracz od właściciela.

Byliśmy w kilka osób „u dorożkarzy”. Rzadko pozwalaliśmy sobie na taki luksus i ominięcie regulaminu bhp. Czasem była to okazja uczczenia szczególnie udanej operacji, czasem po prostu pretekst, żeby się dobrze najeść. Kiełbasa na gorąco była tam znakomita. Skrytkę w teczce miałem wypchaną pocztą, którą dla pośpiechu zabrałem od „Gajewskiego”, żeby ją rano wysłać z sekretariatu. Patrol – trzech żandarmów z rozpylaczami w ręku. Sprawdzają dokumenty i zawartość teczek. Gdy podeszli do naszego stolika, „Krystyna” w miarę bezczelnie powiedziała:
– Czy wam nie wstyd? My tu sobie spokojnie jemy, a wy nam przeszkadzacie.
Żandarm spojrzał na śliczną dziewczynę i łamaną polszczyzną powiedział:
– Wsztyd, wsztyd, może i wsztyd?
Po czym cały patrol, nie sprawdzając ani mojej teczki, ani naszych papierów, odpłynął w kierunku bufetu, gdzie czekał na nich uśmiechnięty restaurator.

Tego dnia miałem wyznaczone spotkanie w jednym z lokali kontaktowych na Świętokrzyskiej. Na mieście było spokojnie. Przyszedłem kilka minut przed wyznaczonym terminem. Klatka schodowa wprost z bramy, mieszkanie na najwyższym piętrze typowej śródmiejskiej kamienicy. Czekając, aż mi otworzą, zapamiętałem, jak idąca przede mną po schodach starsza pani otworzyła sobie kluczem drzwi i weszła do sąsiedniego mieszkania. Sąsiadka.

Było nas już trzech, ale czekaliśmy. Po kilku minutach zjawił się „Dzięcioł”, szef II Oddziału, i po przywitaniu rozpoczął odprawę.

Zaalarmowały nas odgłosy z klatki schodowej. Mówiący przerwał w pół zdania. Czujne napięcie, nawyk każdego człowieka żyjącego w konspiracji, podświadomie sygnalizowało niebezpieczeństwo. Nasłuchiwaliśmy, otworzywszy drzwi do przedpokoju.

Niemcy. Słychać było obce głosy i tupot kroków. Zatrzymali się o piętro niżej. Więc nie przyszli do nas. Ale to uspokajające wytłumaczenie starczyło nam na bardzo krótko. Dzwonek do drzwi. Potem dwa długie, uporczywe.
– Aufmachen.

„Dzięcioł” zapytał półgłosem, kto ma broń. Byłem bez broni, więc automatycznie sprawdziłem, czy mam przy sobie płaską pastylkę w ochronnym opakowaniu.
– Łomotanie do drzwi. Aufmachen. Polizei! Dzieliły nas od nich półcalowe deski drzwi i słabe zamki. Kilka uderzeń kolbą wystarczyłoby. Wydawało mi się, że słyszę nie tylko własny oddech, ale i ich zdyszane oddechy po tamtej stronie.

Czekaliśmy. Na co? Aż wyważą drzwi? To wszystko trwało krótko, ale każda z tych sekund była wówczas bardzo długa. Wtedy właśnie usłyszałem otwieranie drzwi sąsiedniego mieszkania i głos starszej pani. Tłumaczyła im chropowatą okupacyjną niemczyzną, że jest w mieszkaniu sama, że tam naprzeciwko też nikogo nie ma.

Sprawdzili jej mieszkanie. To dodało starszej pani pewności siebie. Mówiła teraz głośniej i śmielej. Wymieniła nazwisko, które figurowało na drzwiach naszego lokalu. Słuchałem zafascynowany jej odwagą i spokojem. Widziała, jak pół godziny temu wchodziłem, słyszała chyba również, że po mnie wchodzili inni. Domyślała się zapewne, w jakim celu przyszliśmy. I mimo to, a może właśnie dlatego, włączyła się. Mogła czekać. Jej, starszej, samotnej kobiecie, niewiele groziło.

Już sam fakt, że pozwolili jej mówić, dawał nam szansę. Jeszcze jedno słabe kopnięcie w drzwi, jakby ostatni argument w rozmowie ze starszą panią. Nasłuchiwali jeszcze przez chwilę, potem zeszli na dół.

Nigdy więcej nie byłem w tym lokalu. Dom został zburzony w czasie Powstania. Nic nie wiem o starszej pani, najodważniejszym człowieku, jakiego spotkałem w życiu.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Poczta

Na początku roku 1944 wpadliśmy na pomysł, który teoretycznie zabezpieczał naszą tajną pocztę przed Niemcami. Wykorzystaliśmy ich kult dla instytucji, pieczęci, dla słów: „Geheim” – tajne i „Dienstlich” – służbowe. Nasze przesyłki przestały być tajną pocztą AK, stały się oficjalną korespondencją pomiędzy niemieckimi instytucjami.

Wybraliśmy instytucję o dostatecznie urzędowej nazwie, ale i nie nazbyt oficjalną, co upoważniało, aby osoby cywilne, nie-Niemcy, mogły być w niej zatrudnione w charakterze gońców i doręczycieli: Landwirtschaftliche Zentrallstelle (Centralny Urząd Rolnictwa). Wydrukowaliśmy legitymacje tej instytucji, koperty firmowe i odpowiedni komplet pieczątek. Nasze łączniczki dostawały niebieskie legitymacje L-Z-St – oraz odpowiednie zaświadczenia z tej instytucji, stwierdzające, że są zatrudnione i upoważnione do przenoszenia korespondencji służbowej. Jak przystało, zaświadczenie kończyło się stereotypową prośbą do wszystkich władz, „by w razie potrzeby udzieliły okazicielowi pomocy”. Odtąd nasza konspiracyjna poczta nie wymagała skrytek. Pakowana była w koperty lub paczki, wszystko z nadrukiem L-Z-St, adresowana do instytucji niemieckich. Starannie opieczętowana okrągłą pieczęcią L-Z-St z hitlerowskim orłem, wzmocniona dużym stemplem „Geheim” – tajne, lub „Dienstlich” – służbowe. Zależnie od humoru „Doroty” przygotowującej w sekretariacie pocztę do ekspedycji lub pracowni odsyłającej zamówienia. Posiadaliśmy listę i adresy niemieckich instytucji, do których adresowaliśmy nasze przesyłki.

Mieliśmy oboje z „Dorotą” przekorną satysfakcję, gdy na przykład papiery dla Marie Springer, kurierki wywiadu, jadącej w głąb Rzeszy, wychodziły od nas adresowane do „KriPo” – Policji Kryminalnej, urzędującej na Sieges Alee (Aleje Ujazdowskie). Byliśmy przesądni. Nie adresowaliśmy nigdy naszej korespondencji do gestapo – na Strasse der Polizei (aleja Szucha).

W przypadku łapanki i rewizji ulicznej łączniczka zamiast ukrywać pocztę lub w ostateczności starać się jej pozbyć miała oficjalnie zademonstrować zawartość torby z legitymacją i upoważnieniem i żądać natychmiastowego zwolnienia. Mieliśmy tak świetne łączniczki, że zrobiłyby to z odpowiednim tupetem. Na co dzień, nawet bez łapanki i rewizji, tak opakowana poczta dawała łączniczce poczucie pewności siebie i spokoju, które było połową powodzenia.

Nie mieliśmy okazji wypróbować działania naszej „urzędowej” poczty na odpowiednim przeciwniku. Raz tylko zatrzymał „Bartka” niosącego pocztę „zielony” stojący przed wachą na rogu Żelaznej i Chłodnej. Przeglądając teczkę, natrafił na spory pakiet, zapakowany „urzędowo” jak przesyłka L-Z-St. Na pytanie: „Was ist das?” – „Bartek” odpowiedział prawdę: „Poczta”. Żandarm przeczytał adres na przesyłce. Poskutkowało.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Łączność

Żeby nasze pracownie mogły funkcjonować i współdziałać ze sobą i z innymi komórkami AK – niezbędna była konspiracyjna łączność. Przekazywanie – pod okiem żandarmerii i gestapo – tajnych informacji i materiałów.

Oficjalna poczta nie wchodziła w grę. Przez telefon można było przekazać tylko prostą i odpowiednio zaszyfrowaną wiadomość. „Jutro o 10-ej u «Gajewskiego»” – oznaczało dla „Elżbiety”, że mamy się spotkać w pracowni fałszywych dokumentów w Zakładzie Architektury Polskiej. „Kup pastę do zębów w perfumerii” – zawiadamiało „Krystynę”, że ma dodatkowo odebrać pocztę ze „skrzynki” na Marszałkowskiej. „Teresa zachorowała” – wystarczało, by przekazać wiadomość o aresztowaniu łączniczki. Nieraz nawet naiwny „spontaniczny” szyfr był skuteczny. „Pada deszcz na moście Kierbedzia” – ostrzegało bez względu na pogodę o łapance w tym rejonie
.
Telefon, poza wypadkami alarmowymi, pełnił jednak tylko rolę pomocniczą. Rozkazy, meldunki, zamówienia, fałszywe dokumenty, „towar”, tajną prasę, broń – należało przekazywać codziennie i niezawodnie. Od tego była konspiracyjna poczta działająca w „Agatonie” poprzez: sekretariat, łączniczki, „skrzynki pocztowe” i lokale kontaktowe. Ogniwem łączącym i sterującym był sekretariat. Tu trafiała poczta zewnętrzna, łącząca nas ze wszystkimi wydziałami wywiadu i pocztą centralną Komendy Głównej, a przez to ze wszystkimi komórkami i oddziałami AK, tu skupiały się powiązania wszystkich naszych pracowni.

Poczta zewnętrzna przenosiła polecenia i rozkazy, zamówienia na dokumenty i skrytki, materiały do obróbki fotograficznej, dokumenty niemieckie do wykorzystania, tajną prasę, raz na miesiąc pieniądze, czasem lekarstwa, ciepłe skarpetki, rękawiczki, buty. Pocztą wewnętrzną szły materiały i zamówienia do pracowni, wracały wykonane roboty.

Początkowo prowadziłem sekretariat sam, potem w miarę rozbudowy „Agatona” – od jesieni 1942 roku do Powstania – razem z Janiną Morawską – „Dorotą”, literatką. Zyskałem świetną kierowniczkę odpowiedzialnej roboty, przyjaciela – a po latach – pierwszego recenzenta początków tych moich wspomnień. Urzędowaliśmy z „Dorotą”, codziennie rano przez kilka godzin, w prywatnych mieszkaniach, u osób, które wiedziały, co się dzieje w naszym pokoju (m. in. w gościnnym domu państwa Maringe’ów na Kolonii Lubeckiego). Częste zagrożenia zmuszały do częstych przenosin, bo wpadka sekretariatu byłaby szczególnie niebezpieczna dla całego wydziału.

Oficjalne wyposażenie sekretariatu reprezentował kalendarz (bez żadnych na nim zapisków) i przybory do parzenia kawy. Nie było notatek, regałów, kartotek, telefonów, interesantów, konferencji. Za to duża skrytka podłogowa do przechowywania pozostałej na następny dzień poczty, przenośnej maszyny do pisania, cienkiej bibułki do korespondencji i broni. W późniejszym okresie przybyły jeszcze do skrytki pieczątki i firmowe koperty jednej z instytucji niemieckich, w które pakowaliśmy wychodzącą od nas pocztę.

Żadnych dzienników korespondencji, protokołów zebrań, „planów produkcji” i sprawozdawczości. Jedyne krótkie sprawozdanie – to miesięczny preliminarz kosztów i rozliczeń. Za to torba „Doroty” wracającej z rannego spotkania z łączniczkami wypchana była (do skrytki to się często nie mieściło) zawartością, która postawiłaby w stan alarmu niejeden referat gestapo. A nijak nie pasowała do szczupłej, starszej pani, spacerującej z ratlerkiem na smyczy! Podobnie „nie pasowało” spokojne mieszkanie „Doroty” – Janiny i Franciszka Morawskich na ulicy Śmiałej 22. Odbywały się tam regularnie konspiracyjne koncerty i wieczory lub raczej – ze względu na godzinę policyjną – popołudnia literackie. Na fortepianie grywał Jan Ekier, występował kwartet smyczkowy (Franciszek Morawski, architekt, był utalentowanym skrzypkiem), teksty recytowała Maria Wiercińska, siostra „Doroty”.

„Dorota” kierowała pracą łączniczek. Przydzielała im robotę, ustalała schematy połączeń, „łatała dziury” powstałe na skutek niedokładności i pomyłek, łapanek i aresztowań. Niedokładności i pomyłek – jak na pięćdziesiąt spotkań odbywanych codziennie – było niewiele, łapanek i aresztowań znacznie więcej. Na trzynaście łączniczek „Agatona” pięć zostało aresztowanych i wywiezionych do obozów koncentracyjnych. Gdy poczta nawaliła, gdy nie było łączniczki w umówionym miejscu, przeżywaliśmy oboje z „Dorotą” za każdym razem to samo uczucie strachu o kogoś bliskiego, za którego byliśmy odpowiedzialni. Rozdzielając zamówienia i pocztę, przydzielaliśmy każdemu z kolegów zadanie i niebezpieczeństwo. „Dorota” nie umiała czekać spokojnie. Wbrew zaleceniom, wbrew systemowi zapasowych „skrzynek” i poczty alarmowej mającej sygnalizować zagrożenia i wyjaśniać opóźnienia, chodziła sama w miejsce niedoszłych spotkań, wyczekiwała, sprawdzała „skrzynki”.
– Nie chodź tam, ja to sprawdzę.
– Babom zawsze łatwiej – usprawiedliwiała przede mną swoją odwagę.

Gdy rano przynosiłem teczkę, w skrytce której ledwie się mieściły odebrane z pracowni poprzedniego wieczora pilne zamówienia, „Dorota” zrzędziła:
– Tyle razy przyrzekałeś, że nie będziesz sam tego nosił. Od tego są łączniczki.
Po czym wyciągała ze swej torebki komplet dokumentów zlikwidowanego gestapowca, który dostała wieczorną pocztą i dla szybszego przekazania do pracowni foto nie zostawiła w „skrzynce”, ale zabrała ze sobą do domu.
– To już ostatni raz – zapewniała.

Była nie tylko szefową łączniczek i łączników, ale ich troskliwą opiekunką.
– Warto by zdobyć dla „Anny” jakieś palto.
– Trzeba dać „Sławie” dwa tygodnie przymusowego urlopu i wysłać ją na wieś, żeby się odespała i porządnie najadła, bo fatalnie wygląda i coraz bardziej kaszle.
– „Adam” spóźnił się dziś, ale przecież nie ma porządnego zegarka.
– Musimy „Kazia” wysłać do lekarza.

Dwuletni niemal okres pracy sekretariatu przeszliśmy bez wpadki, choć strachu i emocji najedliśmy się nieraz. Zwłaszcza podczas tych kilku tygodni, gdy sekretariat – z braku innego lokalu – musiał działać w służbowym mieszkaniu na Nowogrodzkiej róg Pankiewicza. Na klatce schodowej kwitł na wpół legalny handel z żołnierzami niemieckimi sprzedającymi bieliznę, części umundurowania i amunicję. Trudno było przyzwyczaić się do odgłosu niemieckich rozmów, tupotu podkutych butów. Przeprowadziliśmy się stamtąd do cichego i spokojnego, dwupokojowego mieszkania „Elżbiety” i „Wojtka”, w nie istniejącym dziś domu na Steinkellera na Podzamczu. I właśnie tam byliśmy o krok od wpadki. Segregowaliśmy obfitą tego dnia pocztę. Przerwał nam dzwonek. „Wojtek”, gospodarz lokalu, poszedł otworzyć. Sprawdził przez wizjer w drzwiach: dwaj umundurowani Niemcy i znajomy „Wojtka” Jacek Kuna, zatrudniony jako tłumacz w niemieckim zarządzie budynków zamkowych. Na schowanie poczty do skrytki nie mieliśmy czasu, a zbyt długo trzymać Niemców przed drzwiami nie mogliśmy, zwłaszcza że zapewne słyszeli, iż w mieszkaniu ktoś jest. Przyszli sprawdzić stan mieszkania. Zachowywali się grzecznie, weszli do kuchni i łazienki, potem do pierwszego pokoju.

Paradoksalność sytuacji polegała na tym, że bardziej zagrożeni byli wówczas ci dwaj Niemcy niż my. Gdyby weszli do drugiego pokoju, zanim zdążylibyśmy ukryć rozłożoną pocztę, lub gdyby chcieli skrupulatnie przejrzeć ten pokój, to nie moglibyśmy ich wypuścić z mieszkania.
Pod jakimś pozorem tłumacz – który zrozumiał ostrzeżenie „Wojtka” – przekonał Niemców, że nie warto oglądać drugiego pokoju.

Nie mieliśmy szczęścia do tego lokalu. W dniu pogrzebu Kutschery Niemcy wysiedlali mieszkańców z budynków znajdujących się opodal trasy pogrzebu. Z domu na ulicy Steinkellera również. Obstawili budynek, kazali wychodzić, nic nie wynosić, klucze zostawić u dozorcy. Nie wiadomo było, co zrobią z mieszkańcami, czy pozwolą wrócić. Po pogrzebie zwinęli posterunki, odjechali. Dozorca zwracał klucze. „Spaliliśmy” ten lokal. „Wojtkowie” przenieśli się na Sadybę, sekretariat na ulicę Solną. I tak już zostało do Powstania.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Philips”

Osobny dział „Braci Pakulskich” stanowiła pracownia radiowa „Philips”, którą kierował Adam Drzewoski – „Benon”, „Philips”. Do naszego wydziału dołączył wiosną 1943 roku z harcerskich Grup Szturmowych (GS), gdzie przeszedł przeszkolenie bojowe i praktykę w Małym Sabotażu. Studiował w Państwowej Szkole Elektrycznej drugiego stopnia i był na praktyce w fabryce Philipsa. Stąd kryptonim kierowanej przez niego pracowni i kradzione części do naszej produkcji. Utalentowany łącznościowiec zapalił się do roboty dla potrzeb wywiadu. Początkowo pracował sam, ale po kilku miesiącach rozbudował pracownię, do której weszli: Kazimierz Łumiński – „Kocio”, inżynier Kazimierz Hantz – „Kazio” i Marek Morawski – „Paweł”, odkomenderowany do „Philipsa” od „Braci Pakulskich” na kilka tygodni przed Powstaniem.

„Philipsowi” zawdzięczaliśmy zbudowanie serii sześciu uniwersalnych odbiorników radiowych dla potrzeb siatek wywiadowczych. Odbiornik odpowiadał specjalnym wymaganiom – wcale niełatwym do spełnienia w epoce odbiorników lampowych (a więc dość dużych) i produkcji opartej wyłącznie na kradzionych Niemcom częściach, był niewielki, łatwy do przenoszenia w specjalnie na ten cel przygotowanej oprawnej książce, działał na prąd z sieci i na baterie, na słuchawki i na głośnik, na trzech zakresach fal.

Na dwa miesiące przed Powstaniem „Benon” przystąpił do produkcji stacji nadawczo-odbiorczej w domu rodziców żony Ireny (również łączniczki AK) państwa Zawadzkich przy ulicy Grodzieńskiej 11. Tam też prowadzili próby zasięgu i jakości odbioru. Odbierali w mieszkaniach „Kocia”, „Kazia”, łączniczki „Ewy” na ulicy Brzeskiej, u matki „Benona” pani Franciszki Drzewoskiej w sklepie na Chmielnej 106, gdzie mieściła się również jedna z naszych „skrzynek” pocztowych.

Wszelkie, nawet próbne nadawania były bardzo niebezpieczne. Niemcy posiadali specjalny zespół urządzeń namiarowych, Centrum Pelengacyjne, do wykrywania tajnych krótkofalówek. Mieściło się ono na Pradze w budynku DOKP-Warszawa przy ulicy Wileńskiej. Po wykryciu i ogólnym określeniu kierunku pracującej tajnej krótkofalówki z Centrum Pelengacyjnego Niemcy natychmiast wysyłali samochodowe ekipy namiarowe, które dokładnie ustalały położenie tajnej stacji nadawczej i likwidowały ją z bronią w ręku. By utrudnić Niemcom wykrywanie krótkofalówek AK, stacje pracowały bez przerwy nie dłużej niż kilkanaście minut i często zmieniały miejsce pracy. Mimo tych ostrożności, mimo patroli ubezpieczających i uzbrojenia nadających ekip wielu żołnierzy łączności radiowej, zaskoczonych w czasie nadawania, zginęło z bronią w ręku.

„Benon”, który musiał nadawać w okresie prób z tego samego lokalu wielokrotnie, wykorzystał zasadę, że najbezpieczniej „w paszczy lwa”. Im bliżej niemieckiego Centrum Pelengacyjnego znajdowała się tajna krótkofalówka, tym trudniej ją było precyzyjnie zlokalizować. Linie kierunkowe wysyłanych w teren samochodów przecinały się w miejscu Centrum Pelengacyjnego. W stosunku do naszej tajnej krótkofalówki na ulicy Grodzieńskiej Niemcy byli bezsilni. Żeby podczas próbnych audycji nie demaskować niczyjego głosu, nadawali alfabetem Morsa literę „K” lub muzykę z niemieckiej płyty popularnego wówczas pianisty Petera Kreugera. Taka sama płyta Kreugera była jednak często nadawana również i w oficjalnych programach radiowych. Żeby więc mieć pewność, że odbierają „własną” audycję, „Benon” uszkodził tak swoją płytę, by w określonych miejscach „przeskakiwała” w charakterystyczny sposób (ma tę płytę do dziś). Wszystkie próby były ubezpieczone przez posterunek obserwacyjny na ulicy, a ekipa nadająca „Philipsa” była uzbrojona. Mimo licznych prób nadawania – nie wpadli. Wpadną dopiero w przeddzień Powstania przy przenoszeniu radiostacji.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Bracia Pakulscy”

Tak jak nazwy cukierni patronowały naszym pracowniom fałszywych dokumentów, tak zacna firma „Bracia Pakulscy” – niedościgły wzór dzisiejszych Delikatesów – użyczyła nazwy naszym pracowniom technicznym. Nazwy i tradycji dobrego zaopatrzenia. W niektórych działach prześcignęliśmy nawet firmę-patrona. U naszych „Braci Pakulskich” można było zamówić wszystko. Pomadki do ust, puderniczki, mydła wszelkiego rodzaju, pasty do zębów, pędzle do golenia. Książki, ołówki, kałamarze, klucze, bateryjki, latarki, szczotki, termosy, parasole, laski. Meble, lustra ścienne i obrazy (zawsze w ramach), kwiaty w doniczkach. Dział spożywczy polecał sery topione, makaron, sztuczny miód w kostkach, cebulę, jabłka, domowego wypieku pierniki, kostki przyprawy do zup „maggi”, konserwy fabrycznie zapakowane – których zawartość (jeśliby przy otwieraniu puszka nie eksplodowała) wprowadziłaby w osłupienie oficerów Abwehry i gestapo. Różnorodne opakowania do przenoszenia, przewożenia, przesyłania i przechowywania tajnej poczty. Jako że specjalnością „Braci Pakulskich” – było pakowanie.

Kierował tym działem naszych komórek Leon Putowski – „Leon”, „C20”, „Pakulski”. Technik dyplomowany, stolarz, elektryk, chemik, mechanik. Utalentowany majster-klepka, wynalazca, „złota ręka”. Niepozorny chudzina, licho zazwyczaj ubrany, nie zawsze ogolony. Trudny do zapamiętania na ulicy, łatwo wtapiający się w jej szare, okupacyjne tło. Załogę „Braci Pakulskich” uzupełniali:
Jerzy Woyzbun – „Wedel”, maturzysta, podchorąży AK;
Piotr Woyzbun – „Janusz”, jego brat, czternastoletni uczeń, najmłodszy zaprzysiężony żołnierz naszej komórki, a później plutonu „Agaton”, który szesnaste urodziny obchodził podczas Powstania;
Marek Morawski – „Tomek”, „Paweł”, maturzysta;
Witold Ambrożewicz – „Witek”, maturzysta, kapral AK;
„Henryk” – NN – sierżant lotnictwa;

„Olek” – NN, który jak się okazało, miał ponadto przydział do jakiejś jednostki bojowej, do czego się nie przyznał w obawie, że zostanie zwolniony z komórki „Bracia Pakulscy”. Ranny w głowę w akcji bojowej, tłumaczył się „Pakulskiemu”, który go odwiedził w szpitalu, że „oberwał młotkiem po łbie” w jakiejś awanturze. Zginął w lecie 1944 roku na Wołyniu w akcji bojowej przeciw Niemcom.

Wiosną 1944 roku dołączył do „Pakulskich” kolega „Wedla” Artur Czarnomski – „Kleofas”. Po przeszkoleniu u „Braci Pakulskich” pracował jako asystent „Wedla” przy robocie skrytek podłogowych.

„Bracia Pakulscy” zatrudniali poza tym wielu – jak by się dziś powiedziało – kooperantów, dostarczających im niezbędne surowce, półprodukty i części lub nawet wykonujących przedmioty zaprojektowane przez „Pakulskich”, a wymagające specjalizacji, jak na przykład książki z wklejoną w oprawę tajną pocztą, laski i parasole do przenoszenia meldunków itp. O ile w dziedzinie fałszywych dokumentów przestrzegaliśmy ściśle podziału na pracownie, nieznające nawzajem zatrudnionych osób ani adresów, u „Braci Pakulskich” nie udało się tego zastosować. Poszczególne roboty wykonywali ci sami chłopcy w różnych lokalach, w zależności od technicznego wyposażenia pracowni i warsztatu. Do dyspozycji mieli kilka lokali: stolarnię na Chłodnej 5 (używaną przez szefa „Pakulskiego”, który tam mieszkał) oraz pracownie – na Królewskiej, na Solnej, na Marymoncie i na Żoliborzu. Pracownie były wyposażone w niezbędny sprzęt, taki jak: tokarka elektryczna, wanienka galwaniczna do niklowania, rolki z napędem ręcznym do tłoczenia wodnych znaków, podgrzewana prasa do wulkanizacji (pieczątki), stoły z imadłami, komplety narzędzi itp. Pracownia na Królewskiej, w której najczęściej pracowali i w jej okolicy odbierali i oddawali pocztę, była ponadto zaopatrzona w kilka filipinek produkcji „Henia-lotnika” (który przed dołączeniem do „Pakulskich” był zatrudniony w tego rodzaju produkcji), oraz w rewolwer „Henia” „całkiem nowy sześciostrzałowy bęben kalibru 12 mm” – jak wspomina „Leon Pakulski”.

Głównym zadaniem „Braci Pakulskich” było projektowanie i produkcja skrytek stałych i przenośnych dla potrzeb wywiadu – a na zlecenie szefa – i dla innych komórek AK. Skrytki stałe stanowiły wyposażenie niemal wszystkich lokali konspiracyjnych: pracowni, biur, „skrzynek pocztowych” i lokali kontaktowych, a także i mieszkań prywatnych osób, które musiały przechować trefne materiały u siebie, miały broń i odbiorniki radiowe. Gdy chodziło o przechowywanie niewielkich przedmiotów, stosowane były skrytki meblowe, do czego znakomicie nadawały się dawne szafy, biurka, kredensy oraz drewniane futryny drzwiowe. Gdy potrzebne były skrytki o większej pojemności, w powszechnym użyciu były skrytki podłogowe.

U „Braci Pakulskich” wyspecjalizował się w ich robocie „Wedel” – Jurek Woyzbun. Dobrze, że miał do czynienia z poczciwymi, starymi kamienicami warszawskimi, o grubych stropach i drewnianej posadzce, w której łatwo było drążyć nawet sporych rozmiarów „dziuple”. Doszedł do takiej wprawy, a „Bracia Pakulscy” do takiego „oprzyrządowania”, że przeciętnych rozmiarów „dziuplę” wykonywał podczas jednego kilkugodzinnego seansu. Po wykonaniu i obiciu jej od środka grubym filcem, skrytka była trudna do rozpoznania i „wystukania”. Otwierało się ją stalowym sztyftem o przekroju dwóch milimetrów kwadratowych, wkładanym w otwór trudno dostrzegalny pomiędzy starannie przylegającymi do siebie klepkami podłogowymi lub płytami parkietu. Przykręcenie sztyftu powodowało odciągnięcie sprężyny zatrzaskowej i odskoczenie uprzednio sklejonych kilku klepek lub tafli parkietu, wypchniętych wmontowaną pod spodem sprężyną. Kłopotliwy problem stanowiło wynoszenie gruzu po wydłubaniu skrytki, zwłaszcza gdy o robocie nie mógł wiedzieć właściciel lokalu. Idąc na robotę podłogową „Wedel”, który występował w mundurze kolejarza Ostbahn, zabierał typową kolejarską walizkę, a w niej obok narzędzi – kilka papierowych toreb. Nawet przy najbardziej skrupulatnej rewizji nie wzbudzały podejrzeń, jako że w GG każdy kolejarz czymś handlował. W te właśnie torby pakował gruz, a następnie, wracając zwykle tramwajem, wyrzucał je z platformy (wówczas nie w pełni przeszklonej) pomiędzy przystankami. Nigdy zbyt blisko „zoperowanego” lokalu.

Nasze podłogowe skrytki mimo typowych rozwiązań przeszły nierozpoznane przez niejedną wpadkę lokalu i rewizję gestapo, a w kilku wypadkach ostały się w budynkach częściowo zburzonych lub wypalonych podczas Powstania czy późniejszej działalności hitlerowskich Vernichtungskommando.

Trudniejszy problem stanowiły skrytki przenośne, używane przede wszystkim przez łączniczki i kurierów. W innych komórkach, gdzie większość tajnej poczty stanowiły niewielkie karteczki, wykonanie przenośnych skrytek do stałego użytku nie przedstawiało trudności. Naturalna skłonność większości kobiet do noszenia w podręcznej torbie różnych zbędnych przedmiotów sprzyjała ukryciu poczty lub grypsu w pomadce do ust, puderniczce, szczotce do włosów, portmonetce lub pod podwójnym dnem torby, w pantoflach na drewnianej podeszwie. U nas, gdzie tajna poczta zawierała przeważnie fałszywe dokumenty – nieraz w kilku kompletach – skrytki musiały mieć większą pojemność. W przypadku, gdy były przeznaczone do wielokrotnego użytku, a takich potrzebowaliśmy najwięcej, musiały spełniać ponadto dodatkowe wymagania: mieścić się w przedmiotach codziennego użytku nie zwracających na siebie uwagi, nie zmieniać ich naturalnego wyglądu ani ciężaru, łatwo się otwierać i zamykać, wreszcie – „pasować” do posługującej się nimi osoby.

Dla naszego szefa „Dzięcioła” „Pakulscy” zaprojektowali elegancką wydrążoną laskę ze srebrnym okuciem; brudna, mocno sfatygowana torba z podwójnym dnem przewieszona przez ramę roweru pasowała jak ulał do łącznika „Adama”; ja sam posługiwałem się starą obszerną teczką (odsuwany zamek ujawniał pokaźną skrytkę) w sam raz do kolejarskiego munduru. Nie były to żadne specjalne wynalazki, ale przy precyzyjnym wykonaniu przeszły szczęśliwie przez niejedną łapankę i rewizję. Wobec dużego zapotrzebowania trzeba było jednak często zmieniać nasze modele i wzorem szanujących się domów mody wypuszczać „krótkie serie”, unikając masowej produkcji, łatwej do zdekonspirowania po każdej wpadce.

Na skrytki do jednorazowego użytku dobre były – latem i jesienią – owoce i jarzyny. W dużej cebuli mieścił się film małoobrazkowy, który trzeba było przenieść z pracowni foto do „Braci Pakulskich” do wycienienia i opakowania. Poczciwa głowa kapusty lub melon były skutecznym pokrowcem dla nowego nakładu fałszywych nocnych przepustek. O każdej porze roku przydatne było pieczywo, kiełbasa, rąbanka. „Serów topionych w okrągłych kartonowych, woskowanych pudełkach – wspomina „Pakulski” – nie zapomnę do końca życia, ponieważ w czasie upalnego lata musiałem spalić duże ilości pudełek z serem, z których denka były uprzednio wyjęte i użyte do pudełek «specjalnych».” Unikaliśmy jednak zbyt atrakcyjnych gastronomicznych opakowań, by w razie rewizji nie prowokowały do zabrania wraz z „nadzieniem”.

Skrytki dla kurierów zagranicznych były zawsze opracowywane indywidualnie, dostosowane zarówno do objętości przesyłki, jak i do osobowości kuriera. Arkusze niemieckich kartek żywnościowych, które zabierała ze sobą jadąc do Hamburga wytworna Marie Springer, wymagały eleganckiej walizki, dostatecznie dużej, by w jej podwójnym dnie mieściły się przewożone w drodze powrotnej rysunki niemieckich łodzi podwodnych.

Film małoobrazkowy, wycieniony, pocięty na odcinki i skręcony mieścił się zamiast części grafitu w ołówkach, całkiem na miejscu w kieszeni i w teczce generała von Hallmanna, specjalisty od budowy fortyfikacji na Ukrainie, jadącego do Paryża. To już była jubilerska robota samego „Pakulskiego”, pomysłodawcy i wykonawcy wielu opakowań. Któregoś dnia przyniosłem do „Pakulskich” na Królewską małą skórzaną walizeczkę, w której miała być ukryta poczta: kilka negatywów 6×9. Zgodnie z obowiązującą zasadą nie staraliśmy się poznać treści zdjęć, ale trudno było nie rozpoznać przy wycienianiu filmu, że są to reprodukcje niemieckich rysunków samolotu bez śmigła o bardzo małych płatach nośnych, kilka stron maszynopisu i odręcznie pisany list. Dostałem tę pocztę jako „szczególnej ważności”, bardzo pilną, z poleceniem dostarczenia jej jeszcze tego samego dnia na skrzynkę. Dyskutowaliśmy z „Pakulskim” sposób opakowania. Żeby uchronić pocztę przed dostaniem się w ręce gestapo nawet w przypadku aresztowania kuriera i pocięcia walizki, zdecydowaliśmy, by wycieniony i odpowiednio zabezpieczony film zaszyć w skórzanej rączce walizki.

Na polecenie „Dzięcioła” współpracowaliśmy również w pakowaniu przesyłek wysyłanych do Polaków przebywających w obozach jenieckich oraz wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Foto i inne pracownie techniczne

Nieodzownym elementem naszej fałszerskiej działalności były pracownie fotograficzne. Mieliśmy dwie, a prowadzili je: Zdzisław Marcinkowski – „Senex”, wybitny artysta fotografik, rozmiłowany w warszawskiej Starówce, i inżynier Zbigniew Gniazdowski – „Inżynier”, fotografik, pionier kinematografii, jeden z pierwszych operatorów filmowych w Polsce.

Pracowali obaj w swych domowych laboratoriach: „Senex” na ulicy Bednarskiej 23, „Inżynier” na ulicy Czerwonego Krzyża naprzeciw teatru „Ateneum”. Choć mieliśmy z nimi codzienną łączność przez naszą pocztę, bywałem u obu fotografików częstym gościem. Osobiście przynosiłem szczególnie pilne zamówienia, przychodziłem, aby się naradzić nad technicznym rozwiązaniem jakiegoś problemu lub po prostu, żeby zobaczyć, jak wychodzi ciekawa robota.

Prace fotograficzne, które wykonywali dla naszych potrzeb, były bardzo różne: od prostych reprodukcji do żmudnych zabiegów przy „flancowaniu” legitymacji, i trudnych – zwłaszcza w domowym laboratorium – dużych powiększeń. Zawsze bardzo pilne i zawsze niebezpieczne ze względu na niedwuznaczny charakter obrabianego materiału. Jeśli nie dawały autorom satysfakcji artystycznej, to wynagradzały stokrotnie świadomością bezpośredniego udziału w walce z Niemcami.

Najczęstszym zamówieniem były reprodukcje zdjęć paszportowych naszych ludzi, którzy potrzebowali nowych dokumentów, a nie mogli dostarczyć swoich fotografii, i reprodukcje autentycznych niemieckich dokumentów. W pracowniach legalizacji mieliśmy co prawda fotokopiarki, które dawały kopie dokumentu w ciągu kilku minut (technika ksero była jeszcze nieznana), ale fotokopia była tylko cenną informacją o sposobie wystawiania dokumentu, jego kontroli, ważną wskazówką dla biura studiów u „Gajewskiego”. Do produkcji dokumentu konieczna była jego precyzyjna fotografia. Gdy był to dokument wypożyczony, dochodziły jeszcze dwie bardzo istotne trudności: reprodukcja musiała być wykonana bardzo szybko i tak, by w razie wpadki nie dekonspirowała właściciela.

Do zorganizowania trzeciej pracowni foto naszego wydziału przystąpił „Kubuś” – Stefan Bałuk, cichociemny skoczek, przeszkolony specjalnie w tym zakresie w Szkole Oficerów Wywiadu w Londynie i zrzucony do Polski wraz z niezbędnym sprzętem w kwietniu 1944 roku. Z uruchomieniem tej pracowni wiązałem duże nadzieje. Umiejętności „Kubusia” i nowy sprzęt umożliwiłyby nam stosowanie nowych technik wywiadowczych, między innymi mikrofoto. Strona gazety reprodukowana tą techniką może być zmniejszona do powierzchni kilku milimetrów kwadratowych. Otworzyłoby to nam nowe możliwości w przesyłaniu meldunków, ułatwiłoby znakomicie ich ukrycie. Uruchomić pracowni przed Powstaniem „Kubuś” już nie zdążył.

„Ambas” – kryptonim jednoosobowej komórki i pseudonim Aleksandra Skrzyńskiego, drukarza, członka PPS, włączonego do naszego wydziału jesienią 1942 roku wraz z grupą ludzi od „Bradla”. Pełnił ważną rolę łącznika z naszym „zapleczem poligraficznym” – drukarniami, odlewniami fałszywych pieczęci, składnicami papieru. Znał świetnie rynek, miał wszędzie chody. Niejednokrotnie wyprodukowanie nawet prostego technicznie fałszywego dokumentu wymagało wielu czynności i wielu kooperantów. Kto inny dostarczał nam papieru według załączonej próbki, kto inny trawił chemigraficzne klisze, kto inny drukował dokument, kto inny odlewał pieczęcie. I to wszystko w różnych, nieraz odległych, punktach miasta. Tajny udział warszawskich drukarzy w walce z okupantem, której produkcja fałszywych dokumentów była tylko drobnym fragmentem, to piękna – i ciągle jeszcze nie w pełni napisana – karta okupacyjnej historii Warszawy.

Korzystaliśmy więc – przeważnie przez „Ambasa” – z zakonspirowanej pomocy oficjalnych drukarni. Na pewno zresztą nie tylko my jedni. Wiedzieli o tym Niemcy i kontrolowali warszawskie drukarnie bardzo ściśle. W każdej większej drukarni mieli swego oficjalnego kierownika, mogli mieć konfidenta, o każdej porze dnia i nocy robili naloty i kontrole, za każdy ślad tajnej działalności groził co najmniej Oświęcim. A mimo to w Warszawie w latach 1942-1944 wydrukowaliśmy dziesiątki różnych dokumentów o nakładach idących w setki egzemplarzy. Druk fałszywych dokumentów wymaga nie tylko odwagi. Wymaga maszyn drukarskich, czcionek, klisz, farb, papieru, czasu, spokoju, precyzji. Rzadko bywałem świadkiem druku naszych dokumentów. Ale pamiętam dobrze, jak mi skóra cierpła – co tu ukrywać – ze strachu, gdy w biały dzień w drukarni braci Cukrowskich na zapleczu Marszałkowskiej umazany farbą drukarz starannie czyścił maszynę, dobierał kolor farby, przycinał papier i robił kolejno próbne odbitki.
– Chwileczkę, jeszcze nie ta. Następna już będzie dobra.

Następne trzy komórki naszego działu fałszywych dokumentów to „Pomianowski”, „Piekarnia” i „Wedel”.

„Pomianowski” – kryptonim zapożyczony od sławnej warszawskiej cukierni – jednoosobowa samodzielna komórka obsadzona przez „Jana”, majora W. Korsaka, starszego pana o lasce. Trafił do nas drogą organizacyjną. Pracował w przydzielonym mu lokalu na Polnej, blisko placu Unii, w mieszkaniu – pracowni malarskiej na najwyższym piętrze z półokrągłym oknem, z którego rozciągał się rozległy widok na Pole Mokotowskie. „Jan” mówił biegle po niemiecku. Jego specjalnością były tłumaczenia zarządzeń i instrukcji niemieckich, potrzebnych przy naszej robocie, oraz redagowanie nietypowych zaświadczeń, rozkazów wyjazdu i pism polecających. Wyposażaliśmy w nie szczodrze posiadaczy naszych fałszywych ausweisów, zwłaszcza kurierów.

„Piekarnia” – tę komórkę prowadził inżynier chemik Wojciech Bernatowicz – „Marek”, kolega „Wojtka”, który wprowadził go do naszego wydziału na przełomie 1943 i 1944 roku. Jako chemik współdziałał przy produkcji fałszywych pieczęci. Nie nudził się, bo w tym okresie potrzebowaliśmy ich bardzo dużo. „Marek” załatwiał również, dzięki osobistym powiązaniom, współpracę z Wydziałem Ewidencji Ludności Zarządu Miejskiego. Mogliśmy dzięki temu wystawiać kenkarty z pełnym pokryciem, uzyskiwaliśmy aktualne informacje o sposobie wystawiania: osobie podpisującej, kolorze pieczęci, sposobie wpisywania danych personalnych itp. Miły chłopak o urzekającym uśmiechu. Zginie w pierwszym tygodniu Powstania śmiertelnie ranny na cmentarzu Ewangelickim.

„Wedel” – komórkę utworzoną w początku 1944 roku, prowadziła Maria Ambrożewicz-Woyzbun – „Magdalena”. Siostra Witka Ambrożewicza, a żona Jurka Woyzbuna (obaj zatrudnieni u nas w komórce „bracia Pakulscy”). Pracownia mieściła się w mieszkaniu przy ul. Genewskiej, zakupionym na ten cel, w którym zamieszkali po ślubie Marysia i Jurek Woyzbunowie. Zadaniem „Wedla” było przede wszystkim robienie fotokopii z uzyskiwanych lub pożyczanych nam dokumentów. Pierwsze stadium w późniejszej ich produkcji lub wzór ich wystawienia. Komórka była wyposażona w fotokopiarkę i powielacz, chowane na pawlaczu, gdyż nie mieściły się do żadnej skrytki. W trzech skrytkach podłogowych (specjalność Jurka) przechowywali: dwa granaty, dwa pistolety, teczkę ze skrytką do przenoszenia poczty oraz pokaźną nieraz ilość dokumentów niemieckich i ich fotokopii.

Do kompletu naszych komórek fałszywych dokumentów należy dodać jeszcze dwa archiwa naszego wydziału. Główne – „Domek”, urządzone w zamaskowanej studni pod piwnicą jednego z domków na Kole, które odziedziczyliśmy po komórce „Bradla”, oraz podręczne – w podziemiach gmachu Zachęty, zeszpeconej zielono-brązowymi plamami ochronnymi oraz napisem „Haus der Deutschen Kultur”.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Żmijewski”, „Blikle”, „Franaszek”

Przydatność architektów do roboty fałszywych dokumentów sprawdzona u „Gajewskiego” zadecydowała o tym, że i trzy następne nasze pracownie – „Żmijewski”, „Blikle” i „Franaszek” – miały architektoniczną obsadę.

Latem 1942 roku wystartował „Żmijewski”. Prowadził tę pracownię Andrzej Strachocki z żoną Danutą – „Małgorzatą”. Z Andrzejem skontaktowała mnie pani Maria Strońska, szef Wydziału Łączności. Nie było to co prawda „po linii jej służbowych obowiązków”, ale była od lat zaprzyjaźniona z rodziną Strachockich, Andrzeja znała od dziecka. Wiedziała, że świetnie rysuje i że od dłuższego czasu molestował ją o kontakt z „legalizacją”. Nie potrzebowałem go werbować do organizacji. On i cała jego rodzina byli już w ZWZ-AK. Ojciec – sławny aktor, zatrudniony oficjalnie jako barman w barze „Flips” (jednej ze skrzynek wywiadu), matka – w komórce łączności któregoś z naszych wydziałów, brat – w partyzantce w lesie. Andrzej do roboty w pracowni fałszywych dokumentów zapalił się od razu. Próbki, które mu dałem do zrobienia: skopiowanie na kalce kilku wierszy drukowanego tekstu, i podpisy na metrykach – były formalnością.

Pracownia mieściła się w różnych przydzielanych nam lokalach: w mieszkaniu państwa Grzybowskich – Ludna 9, w mieszkaniu łączniczki „Sławy” – Zajęcza 8, by po kolejnych zagrożeniach i przeprowadzkach osiąść na dłużej w mieszkaniu Strachockich na Saskiej Kępie.

Oprócz typowych dokumentów, o których Strachocki-artysta wyrażał się z politowaniem jako o „fałszerskiej masówce”, jego specjalnością były szczególnie trudne roboty, wymagające talentu rysunkowego i znakomitej precyzji: linoryty pieczęci, kopie druków w skali 1:1 wykonywane na transparencie, „flancowanie”, to jest wstawianie nowych fotografii do zdobytych autentycznych legitymacji. Ciekawe, „Żmijewski”, autor setek fałszywych dokumentów, sprawdzonych w niejednej kontroli, sam nie używał ich nigdy. – Bałem się. Wiedziałem najlepiej, jak to się robi.

Nasza kolejna „architektoniczna” pracownia fałszywych dokumentów „Blikle” swój kryptonim zapożyczyła od sławnej firmy z Nowego Światu. Prowadził ją Zygmunt Skrobański – „Blikle”, student architektury, wraz z żoną Krystyną Woyzbun-Skrobańską – „Katarzyną”. Krystyna od roku 1941 była łączniczką poczty głównej ZWZ-AK w komórce kierowanej przez Halinę Czarnocką i tam została zaprzysiężona. Do naszej roboty włączyli się oboje w maju 1943 roku.

Pracownia „Blikle” mieściła się w służbowym mieszkaniu przy ulicy Tamka 14. Skrobańscy mieszkali w pracowni, co w przypadku dekonspiracji potęgowało niebezpieczeństwo, ale na co dzień – przy odwadze i skrupulatności zatrudnionych – było wygodne, pozwalało na pracę w dowolnych godzinach, bez kłopotliwych zabiegów maskujących.

Ograniczona pojemność skrytki podłogowej oraz ograniczona ilość maszyn do pisania, tak, by nie wzbudziły podejrzeń w prywatnym mieszkaniu, zawężały asortyment fałszywych dokumentów, w których specjalizował się nasz „Blikle”. Metryki urodzenia, kenkarty, nocne przepustki, karty pracy, Durchlasscheiny, legitymacje i przepustki kolejowe – były w powszechnym użyciu i często je u nas zamawiano. Produkcja tej pracowni odznaczała się nie tylko precyzją, ale – jeśli tak można powiedzieć o fałszywych dokumentach – swoistą elegancją. Wpisywane do dokumentów dane personalne, pisane na maszynie zaświadczenia, nawet korespondencja wewnętrzna – na skrawkach żółtej przebitkowej bibułki – miały dzięki zamiłowaniom i talentom „Bliklego” nienaganny układ graficzny. Żona „Bliklego” wyspecjalizowała się w fałszowaniu podpisów. Nie w ich wiernym kopiowaniu – co jest powszechnym błędem amatorów i adeptów rzemiosła – ale w swobodnym powtarzaniu, cechującym najlepszych specjalistów.

Sam „Blikle” – grafik, wyżywał się w dokumentach nietypowych, jak na przykład Techniczna instrukcja wywiadowcza (TIW) i -najmniej być może spodziewane w naszym fachu – życzenia świąteczne.

TIW opracowana została przez Biuro Studiów dla ułatwienia prac wywiadowczych w terenie. Na osiemdziesięciu stronach tekstu i rysunków podawała zasady prowadzenia rozpoznania i sporządzania meldunków oraz dane techniczne samolotów, okrętów wojennych, artylerii i czołgów, transportów wojsk oraz prac fortyfikacyjnych. Dostaliśmy TIW do obróbki technicznej i z własnej inicjatywy uzupełnialiśmy ją „dodatkiem Nr l”, oddzielnym małym zeszycikiem pt. Instrukcja dla zdobywania wiadomości o dokumentach legalizacyjnych.

Życzenia świąteczne – na Wielkanoc i na Boże Narodzenie. Rozsyłaliśmy je do wszystkich osób zatrudnionych w „Agatonie” oraz do innych wydziałów wywiadu i zaprzyjaźnionych komórek AK. A że byliśmy szanującą się oficyną wydawniczą, więc dbaliśmy, by nasze życzenia miały odpowiedni poziom artystyczny. Wysyłaliśmy je z zaleceniem natychmiastowego zniszczenia po przeczytaniu. Nie wszyscy adresaci przestrzegali naszych zaleceń, bo w kilka lat po wojnie „Hanka” (Czesława Ostrowska), nasza łączniczka, podarowała mi trzy oryginalne życzenia świąteczne „Agatona”.

Ostatnia z czterech pracowni fałszywych dokumentów o architektonicznej obsadzie to „Franaszek”. Prowadził ją inżynier architekt Czesław Wegner – „Bartek”, mój przyjaciel i szef z przedwojennej pracowni Pniewskiego. Dzięki protekcji do pana Van der Veide, życzliwego dla Polaków Holendra, dyrektora warszawskiej fabryki Philipsa, został tam zatrudniony na nocnej zmianie. Jako kalkulator miał dostęp do wielu działów fabryki, a jego autentyczny Nachtausweis służył nam jako aktualny wzór.

Tadeusz Pfeiffer, ówczesny dyrektor fabryki Franaszka, mój przyjaciel jeszcze z dziecinnych lat, zgodził się zatrudnić „Bartka” dodatkowo w fabryce na Wolskiej jako technika i ułatwić mu naszą robotę. Franaszek – papiery, Philips – precyzyjne narzędzia. To właśnie nam było potrzebne. Tak ustawiony „Bartek” wyspecjalizował się w produkcji i dostosowywaniu papierów potrzebnych nam do druku fałszywych dokumentów. Od Philipsa wynosił barwniki i narzędzia, a przy okazji także i lampy radiowe, produkowane tam dla łodzi podwodnych. Łakomy kęsek dla Biura Studiów wywiadu i dla naszych komórek radiowych.

U Franaszka na Wolskiej (obecnie „Foton” – Wolska 43), w laboratorium, w drukarni, na kalandrach – powstało wiele potrzebnych nam papierów o odpowiednim kolorze, gramaturze, a nawet i znaku wodnym. Dwa z nich, bardzo trudne do podrobienia, były nam szczególnie potrzebne. „Kolorowy” Durchlasschein i legitymacja SD (Sicherheitsdienst – Kontrwywiad SS).

Durchlasschein – przepustka zagraniczna, była podstawowym dokumentem upoważniającym do przekraczania granic podbitych krajów Europy. Niezbędny dokument dla kurierów i dla penetracji wywiadowczej. Początkowo stosowany „zielony Durch”, którego fałszywą edycję wypuściliśmy już; dawno, a później uzyskaliśmy także i oryginalne egzemplarze, był tak powszechnie podrabiany, że Niemcy zmuszeni byli do wprowadzenia nowego typu przepustki. Przez kontrwywiad dostaliśmy okólnik gestapo zapowiadający wprowadzenie nowego dokumentu. Zapewniał, że „ze względów technicznych nowa przepustka jest «niepodrabialna», zasługuje na pełne zaufanie i ułatwi organom policji ich trudną i odpowiedzialną pracę. Heil Hitler!”

Wkrótce otrzymaliśmy zapowiedziany dokument: W pełni zasługiwał na zaufanie gestapo. Drukowany gotycką czcionką na cienkim białym papierze z wodnym znakiem, z trójbarwnym, „tęczowym” giloszem w tle, każdy egzemplarz numerowany specjalnym numeratorem. Zapowiadało się fatalnie. Zakup oryginalnych blankietów drukowanych w Rzeszy był bardzo trudny, a nawet gdyby udało się zdobyć kilka egzemplarzy, to wobec ich numerowania należałoby się obawiać prowokacji gestapo.

Legitymacja SD potrzebna dla naszego kontrwywiadu drukowana była w berlińskim więzieniu Moabit na ciemnoszarej ceracie. Podstawową trudność przy fałszowaniu obu tych dokumentów sprawiało uzyskanie papieru z wodnym znakiem i ceraty. „Ambas”, nasz spec drukarski, kiwał smętnie głową:
– Nie damy rady.
A jednak daliśmy. Wyprodukowaliśmy papier i ceratę u Franaszka. „Bartek” próbował, nie udawało się. Ponawiał próby wielokrotnie, nie wychodziło. Zawziął się. Był uparty i dociekliwy. Wiedział, że te dwa dokumenty są nam bardzo potrzebne, że mamy daleko zaawansowane prace nad wykonaniem klisz drukarskich, że wszystko zależy teraz od papieru i tej cholernej ceraty.

Długi był łańcuch ludzi, którzy mu w tym pomogli. Inżynier, kierownik laboratorium u Franaszka, współdziałający z nami, z którym „Bartek” omawiał i uzgadniał metody produkcji. Starszy pan w zaprzyjaźnionym sklepie firmy „J. Dziewulski” na Marszałkowskiej, który dostarczał mu cierpliwie próbki papieru o odpowiednim odcieniu i gramaturze. Przekupka na Kercelaku, sprzedająca kradzioną niemiecką bieliznę wojskową, której płótno miało splot zbliżony do szarej ceraty z Moabitu. Chemigraf, który wytrawił na blasze rysunek wodnego znaku, i szlifierz u Philipsa, który tę blachę polerował udając, że wierzy, że to do wytłaczania „sztucznej skóry”. Szef lakierni, który z „Bartkiem” dobierał kolor szarego lakieru, robotnik z narzędziowni, który wykonał precyzyjną łopatkę-tygiel, zaprojektowaną przez „Bartka” do rozprowadzania lakieru na uprzednio ufarbowanym płótnie imitującym ceratę. Majster od Franaszka, który na prasach tłoczył papier, a później glansował go na kalandrach.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

„Gajewski”

W pracowniach fałszywych dokumentów niemałą rolę odegrali architekci. Nieprzypadkowo. Kiedy w kwietniu 1942 roku dostałem rozkaz zorganizowania Wydziału Legalizacji i Techniki wywiadu, stanąłem wobec problemu, gdzie szukać ludzi do takiej roboty. Odwaga to za mało, trzeba kwalifikacji dobrego kreślarza-grafika; narysować pieczęć lub tekst wydrukowany nietypową czcionką, umiejętnie dobrać kolor tuszu do odbicia pieczęci, podrobić podpis. Nie wolno się pomylić. Sprawdzać będą spece nie lada: gestapowcy i agenci Abwehry.

Postanowiłem szukać kandydatów wśród kolegów-architektów. Udało się. W pierwszej naszej pracowni fałszywych dokumentów u „Gajewskiego” nie tylko pracowali sami architekci, ale i lokal pracowni mieścił się na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej przy ulicy Koszykowej 55. W następnych pracowniach też przeważali architekci.

W skład naszej pracowni „Gajewski” wchodzili: dr arch. Piotr Biegański – „Paweł”, wówczas starszy asystent Zakładu Historii Architektury i Sztuki, Kazimierz Maciej Piechotka – „Jacek”, student, młodszy asystent Zakładu Architektury Polskiej, i Zofia Chojnacka – „Agata”, inżynier architekt.

Jesienią 1939 roku zarządzeniem Generalnego Gubernatora wszystkie wyższe uczelnie zostały rozwiązane, a wszelka działalność naukowa – zakazana. W listopadzie 1939 Politechnika, a więc i Wydział Architektury zostały zamknięte. Biblioteka oraz zbiory Zakładu zostały wyłączone z użytkowania i zabezpieczone do dyspozycji władz niemieckich. Udało się jednak tak przeprowadzić sprawę, że na kuratora zbiorów powołano prof. Jana Zachwatowicza. Umożliwiło to szerokie korzystanie z biblioteki i zbiorów dla potrzeb tajnej dydaktyki i prac naukowych. Zakład stał się ośrodkiem tajnego nauczania. Dla lepszego uzasadnienia prac prowadzonych w Zakładzie wystąpiono do władz o utworzenie Pracowni Urbanistycznej, która oficjalnie miała wykonywać prace zlecone przez Zarząd Miejski. Utworzenie tej pracowni pod kierownictwem profesora Tadeusza Tołwińskiego i przy udziale Lecha Niemojewskiego, Jana Zachwatowicza i Piotra Biegańskiego usprawiedliwiało fakt obecności w Zakładzie zarówno pracowników naukowych, jak i studentów.

Ale obecność tajnej pracowni fałszywych dokumentów wywiadu AK w Zakładzie Architektury Polskiej zawdzięczaliśmy przede wszystkim odwadze i przychylności „Profesora Jana”. Spory pokój, pełen regałów z rysunkami i półek z książkami – po wykonaniu odpowiednich skrytek – nadawał się do naszej pracy doskonale. Dodatkową jego zaletą były dwa wejścia do gmachu, jedno od Koszykowej, drugie przez dziedziniec od Lwowskiej, co utrudniało obserwację osób wchodzących i wychodzących. Dojście do pracowni przez korytarze i kreślarnie w razie alarmu dawało czas na ukrycie kompromitujących materiałów, ewakuację ludzi lub przygotowanie obrony. Okna od Lwowskiej – pracownia mieściła się na parterze – były na stałe szczelnie zasłonięte, co, wobec obowiązku zaciemniania okien, nie wzbudzało podejrzeń. Skład osobowy pracowni, w której przebywały stale osoby tak czy inaczej oficjalnie związane z gmachem, a przychodzili jedynie „Elżbieta”, „Wojtek” i ja, nie wzbudzał podejrzeń w licznie odwiedzanym budynku. Jeśli nawet ktoś z Polaków uczących się lub pracujących tu orientował się, że w naszej pracowni „coś się święci” – to się tym nie chwalił. Nikt nikomu i niczemu zbytnio się nie przyglądał.

Mieliśmy już pracownię – ludzi, lokal i wyposażenie – trzeba było wymyślić jej kryptonim. Pozornie łatwa formalność, nie była jednak taka prosta. Kryptonim musiał odpowiadać następującym wymaganiom:
– nie nasuwać skojarzeń z tematem naszej działalności ani z miejscem pracy;
– być możliwie nietypowy i czytelny, by nie powodować pomyłek na poczcie oddziału;
– nadawać się jako adres w tajnej korespondencji, ale również do użycia w jawnej (i często podsłuchiwanej) rozmowie telefonicznej czy w lokalu publicznym, co wykluczało wszelkie kombinacje liczbowo-literowe.

Siedzieliśmy z „Wojtkiem” u Gajewskiego, popularnej cukierni-kawiarni na rogu Koszykowej i Marszałkowskiej, popijając kawę.
– A może by tak po prostu „Gajewski”?
Tak nam to pasowało, że i inne późniejsze pracownie legalizacyjne dostawały cukierniano-kawiarniane kryptonimy: „Blikle”, „Pomianowski”, „Żmijewski”.

Zamówienia przekazywałem pocztą. Określałem dokładnie, jaki dokument ma być wykonany, gdy dokumenty dla danej osoby wykonywane były w różnych pracowniach; albo podawałem tylko ogólnie: „komplet do poruszania się w nocy po Warszawie”, „wyjazd do Krakowa”. W przypadkach pilnych lub bardziej skomplikowanych, zwłaszcza gdy chodziło o dokumenty dla zagranicznego kuriera, przynosiłem zamówienia osobiście i razem „komponowaliśmy osobowość”. To była najciekawsza część pracy. Mieliśmy dużą satysfakcję, kiedy właśnie takie dokumenty, wzbogacone o nowe, autentyczne pieczątki i podpisy kontroli granicznych, wracały do nas. Trafiały do kartoteki naszego biura studiów. Zaraz po uruchomieniu pracowni przekazałem kolegom fałszerskie abecadło, którego nauczyłem się w Londynie. Wkrótce moi „uczniowie” umieli więcej i lepiej ode mnie. Dzięki umiejętnościom rysunkowym i nabywanej stopniowo wiedzy fałszerskiej cała trójka: „Paweł”, „Jacek” i „Agata”, doszła do takiej wprawy, że każde z nich mogło samodzielnie wystawić dowolny komplet dokumentów spośród posiadanych na składzie w pracowni. A było tego niemało.

Zwykle – dla usprawnienia roboty – „Paweł” i „Jacek” zajmowali się techniczną obróbką dokumentów. „Agata”, znająca dobrze niemiecki, ustalała teksty, dobierała odpowiednie maszyny do pisania i wystawiała rozliczne zaświadczenia, rozkazy wyjazdów itp. Czuwała, by wystawione dokumenty były odpowiednio podniszczone, „używane”. Kończyli pracę pod wieczór, tak by odbierająca pocztę łączniczka zdążyła przed godziną policyjną przekazać ją dalej lub zawieźć do domu i ukryć w skrytce.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Agaton”

Działalność wywiadowcza prowadzona była przez Oddział II Komendy Głównej AK, który w latach 1941-1944 obejmował 9 wydziałów. Jednym z nich był „198” – Legalizacja i Technika. Głównym zadaniem tego wydziału była „legalizacja”, to jest dostarczanie fałszywych dokumentów dla potrzeb wywiadu.

Tak jak każda konspiracyjna komórka, wydział nasz miał swój kryptonim, którym adresowano do nas korespondencję i którym ja, jako kierownik, podpisywałem pocztę wychodzącą na zewnątrz. Po każdej większej wpadce i aresztowaniach zmieniano kryptonimy komórek. Okazji było dużo. Ponadto co pewien czas zmieniano kryptonimy profilaktycznie, by utrudnić rozpoznanie Niemcom. Po liczbie „198” przydzielano nam kolejno „C8”, „518”, „Wd 68”, „218” i „Agaton”. Dla nas we wspomnieniach „Agaton” firmuje cały okres naszej przeszło dwuipółletniej pracy. Kryptonim, który towarzyszył nam w Powstaniu jako nazwa naszego plutonu, i zgodnie z konspiracyjną tradycją, mój osobisty pseudonim. Zawdzięczaliśmy go kalendarzykowi na rok 1944 nowego szefa wywiadu, pułkownika Kazimierza Iranka-Osmeckiego – „Makarego”, który po aresztowaniu „Dzięcioła” objął w początku tego roku kierownictwo mocno przez gestapo nadwerężonego II Oddziału. Święci, jacy patronowali kolejnym styczniowym dniom w kalendarzyku szefa, zastąpili dotychczasowe literowo-liczbowe kryptonimy.

Legalizacja i Technika w odniesieniu do wywiadu – to pojęcia o bardzo szerokim zakresie. W naszym przypadku trzeba je ograniczyć do następujących działów: „legalizacja”, czyli fałszywe dokumenty, fotografie, skrytki i szkolenie. W ostatnich miesiącach przed wybuchem Powstania rozszerzyliśmy co prawda nasz asortyment o pracownię radiową i skup broni, ale podstawowym zadaniem naszej komórki w ciągu 28 miesięcy były fałszywe dokumenty i skrytki.

W latach okupacji hitlerowskiej dokumenty osobiste potrzebne były Polakowi stale, w dzień i w nocy. W łapance ulicznej, do jazdy pociągiem, do przebywania na ulicy po godzinie policyjnej, podczas nocnej rewizji w mieszkaniu. Choć nieraz nawet z najlepszymi autentycznymi dokumentami ludzie trafiali do obozów koncentracyjnych i na listy zakładników, wielu „dobre” fałszywe dokumenty uratowały życie. Nasi klienci pod względem dokumentów dzielili się na trzy kategorie: legalni, półlegalni i nielegalni. Legalni – to tacy, którzy posiadali prawdziwe dokumenty osobiste i legitymacje odpowiednich instytucji. Najlepiej instytucji „mocnych” współpracujących z wojskiem. „Im Dienst der deutschen Wehrmacht.” W przypadku aresztowania Niemcy mogli sprawdzić autentyczność dokumentów, a instytucja – interweniować w sprawie zatrzymanego pracownika. Aresztowanym w ulicznej łapance na roboty przymusowe do Rzeszy interwencja „mocnej” instytucji zwykle pomagała. Od nas potrzebowali tylko dokumentów uzupełniających, jak na przykład rozkazu wyjazdu. Często jednak ludzie „legalni” w trakcie czynności konspiracyjnych posługiwali się fałszywymi papierami, by w razie wpadki nie narazić domu i rodziny.

Półlegalni – tacy, których autentyczne dokumenty wymagały aktualizacji, jak na przykład przedłużenia okresu ważności, wpisania zmiany adresu, a ponadto potrzebowali dokumentów uzupełniających: karty pracy, nocnej przepustki, zaświadczenia.

Nielegalni – żyjący wyłącznie na fałszywych dokumentach. Z biegiem lat i narastających zagrożeń było ich coraz więcej. Sam w ciągu dwuipółletniego pobytu w okupowanej Warszawie posługiwałem się wyłącznie fałszywymi dokumentami. Pierwszym i jedynym moim prawdziwym dokumentem była legitymacja AK, którą dostałem w Powstaniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z fałszywych dokumentów, wystawianych w naszych pracowniach, korzystały w zasadzie tylko komórki wywiadu. Rzadziej inne komórki AK, które trafiały do nas oficjalną drogą, to jest przez tajną pocztę. Pomagaliśmy jednak wielokrotnie osobom potrzebującym, nie wchodząc w ich przynależność organizacyjną. Żydom, którzy uciekli z getta lub ukrywali się po tej stronie muru, Polakom z terenów wcielonych do Rzeszy, którzy dostali się do Warszawy, lub po prostu zagrożonym, którzy na gwałt musieli zmienić nazwisko, adres, wyjechać z Warszawy.

W okresie rozbudowy „Agatona” w latach 1943-1944 pracowaliśmy w zespole liczącym około 40 zaprzysiężonych żołnierzy AK oraz znacznie większą, trudną do ustalenia, liczbą osób współdziałających z nami. Nie było planów produkcji, wskaźników wydajności i sprawozdań kwartalnych. Ale przecież jakieś ilościowe pojęcie o naszej codziennej robocie daje choćby fakt, że dla samego tylko utrzymania łączności, w naszym bardzo niewielkim wydziale, trzeba było odbywać codziennie, pod okiem gestapo, żandarmerii, „granatowych” i kapusiów – około pięćdziesięciu spotkań, ściśle zaplanowanych w wielu różnych punktach miasta. 28 miesięcy – to 700 dni roboczych, 35 tysięcy spotkań. A ile pośpiechu i zmęczenia, niepokoju i strachu, radości i satysfakcji?

Dział fałszywych dokumentów „Agatona” obejmował pracownie i – według stosowanej dziś nomenklatury – „samodzielne stanowiska pracy”. Osiem komórek „legalizacyjnych” (w porządku chronologicznym): „Gajewski”, Żmijewski”, „Ambas”, „Blikle”, „Franaszek”, „Pomianowski”, „Piekarnia” i „Wedel”. Dwie fotograficzne: „Senex”, „Inżynier”, i dwa archiwa: „Domek” i „Zachęta”. Ponadto współpracowali z nami liczni „kooperanci”: drukarnie, wytwórnie pieczęci, składnice papieru, sklepy. Wiele pomocy okazała mi na tym odcinku pani Wanda Michalska, właścicielka „Introligatorni Artystycznej”.

W okresie pełnej rozbudowy „Agatona” – choć nie byliśmy nastawieni na fałszerską masówkę – nasze pracownie wystawiały miesięcznie około tysiąca fałszywych dokumentów o bardzo różnym asortymencie. Od prostego nachtausweisu – przepustki nocnej, niezbędnej dla każdego Polaka przebywającego na ulicy po godzinie policyjnej (która wahała się w różnych okresach od 19-21 do 5 rano) – do skomplikowanych, różnojęzycznych dokumentów zagranicznego kuriera jadącego z Warszawy przez Niemcy – Francję do Hiszpanii, który w trakcie podróży zmieniał pociągi, osobowości i komplety dokumentów.

Żeby móc zaopatrzyć naszych ludzi w fałszywe dokumenty, trzeba było przeprowadzić skomplikowany cykl czynności:
– rozpoznać dokument, jego przydatność i zakres stosowania;
– uzyskać, choć na krótko, oryginalny dokument i zapoznać się ze sposobem wypełniania, kontroli, przedłużania itp.;
– zdobyć oryginalne blankiety lub wyprodukować falsyfikaty;
– zapewnić „oprzyrządowanie”, tzn. pieczątki, numeratory, datowniki, znaczki stemplowe, odpowiedni komplet maszyn do pisania o różnych czcionkach itd.;
– opanować technikę wystawiania dokumentu, z niełatwą sztuką podrabiania podpisów;
– czuwać nad aktualizacją dokumentu;
– instruować użytkowników, zwłaszcza tych, którzy otrzymywali dokument po raz pierwszy. Stare wygi wiedziały, jak się nim posługiwać, lepiej od nas.

Z biegiem czasu, gdy rósł asortyment różnojęzycznych dokumentów, zaświadczeń i „pism urzędowych” oraz pieczęci, którymi posługiwaliśmy się, założyliśmy u „Gajewskiego”, w naszej największej pracowni, prawdziwe biuro studiów gromadzące skrzętnie wszelkie wzory i informacje dotyczące dokumentów, aktualnie używanych pieczęci i podpisów.

Po pewnym okresie działalności komórek fałszerskich, gdy nieuchronne wpadki ujawniły wysoki poziom naszego rzemiosła i bogaty asortyment, gestapo w instrukcjach dla swych placówek zalecało, by każdy dokument pochodzący z GG, zwłaszcza z Warszawy, był traktowany jako potencjalny falsyfikat i kontrolowany szczególnie starannie. Komplement dla naszej roboty, ale i dodatkowe emocje dla naszych klientów.

Oprócz dokumentów zdobycznych korzystaliśmy również z papierów wypożyczanych nam na wzór przez naszych ludzi zatrudnionych w instytucjach niemieckich. Podziwiałem odwagę tych ludzi, którzy dosłownie oddawali swe życie w nasze ręce. Z naszej strony wymagało to szczególnej ostrożności, by przy fotokopii wypożyczonego dokumentu, robionej zawsze w pośpiechu, uzyskać jak najwięcej o nim informacji, a jednocześnie nie zdradzić źródła w razie wpadki naszego archiwum.

Dokumenty drukowane w Warszawie trafiały do nas nieraz wcześniej niż do instytucji niemieckich oficjalnie się nimi posługujących. Można śmiało powiedzieć, że w latach 1943-1944 niemal każdy dokument legalizacyjny, drukowany przez Niemców w Warszawie, mimo ostrej kontroli i kary śmierci w razie wpadki trafiał do naszych rąk. Z jednej tylko Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych (PWPW) na Nowym Mieście dostawaliśmy co miesiąc grubą teczkę okazowych egzemplarzy.

Dokumenty, które fałszowaliśmy, można podzielić na trzy grupy: legalizacyjne, podróżne i specjalne. Komplet dokumentów legalizacyjnych dla Polaka żyjącego w Warszawie w latach 1942-1944 obejmował długą listę. Metryka urodzenia, Kennkarte (karta rozpoznawcza) – zasadniczy dokument tożsamości, odcinek meldunkowy, Ausweis (legitymacja służbowa), Bescheinigung (zaświadczenie) z Arbeitsamtu (urzędu pracy) stwierdzające zatrudnienie w instytucji przydatnej dla gospodarki Rzeszy, oraz możliwie liczne dokumenty uzupełniające: przepustka nocna, kartki żywnościowe, zaświadczenie o szczepieniu tyfusu itp. Im więcej, tym lepiej. Niemcy kochali się w papierkach. Wszystko „używane”, nie nazbyt nowe.

Dokumenty podróżne to już była „wyższa szkoła jazdy”. I dla fałszerzy, i dla posiadaczy. Nawet do poruszania się po GG – a przy posiadaniu odpowiednio „mocnej” legitymacji wchodziły w grę tylko podróże służbowe. Obok dokumentów osobistych, sprawdzanych często i skrupulatnie, konieczna była jeszcze przepustka kolejowa i rozkaz wyjazdu (Marschbefehl) zakończony sakramentalnym zwrotem: „Alle Behörden werden gebeten, dem Obengenannten Hilfe zu gewähren” – „Wszystkie odnośne władze są proszone o okazanie pomocy okazicielowi”. Co prawda, woleliśmy, żeby „odnośne władze” nie okazywały naszym klientom ani zbytniego zainteresowania, ani pomocy – ale taka była obowiązująca formuła.

Dokumenty dla kurierów zagranicznych, których trasy wiodły od zaplecza frontu wschodniego po granicę francusko-hiszpańską, były wystawiane za każdym razem indywidualnie, dopasowane nie tylko do zamierzonej trasy, ale i do osobowości kuriera, jego przyzwyczajeń i upodobań – starannie z nim konsultowane.

Znaliśmy naszych klientów z fotografii i z fałszywego nazwiska, które wraz z danymi personalnymi zwykle sami sobie dobierali, orientowaliśmy się z konieczności, dokąd jadą, mogliśmy się domyślać, po co. Czasem z zamówień, które przynosiła poczta, wyłaniała się znajoma twarz. Rozpoznana fotografia była dla mnie zawsze źródłem satysfakcji. Bliskimi stawali się również ludzie osobiście nieznani, których fotografia i kolejne nazwisko wpływały do nas regularnie lub których spotykałem po ich powrocie, by wysłuchać informacji o naszych dokumentach.

Technicy firmy budowlanej zatrudnieni przez Organisation Todt jadący do Brześcia to cichociemni skoczkowie, oficerowie „Wachlarza”. Urzędnik firmy „Bacutil”, produkującej konserwy dla Wehrmachtu, jeżdżący w poszukiwaniu wagonu z puszkami konserw, zaginionego na trasie Radom-Mielec, to oficer wywiadu sieci „Lombard”, skierowany w poszukiwaniu poligonu V-l, V-2. Przystojna, młoda blondynka, Marie Springer, volksdeutschka, udaje się z wizytą do ciotki zamieszkałej w Berlinie – przywiezie fotografie „Tirpitza”, niemieckiego superpancernika ukrytego w norweskich fiordach. „Bradl” jako generał wojsk technicznych „Süd-Ost Front Ukrainę” Julius von Hallmann jedzie służbowo do Paryża, do VII Sztabu marszałka von Rundstedta – zmontuje drogi przerzutu dla kurierów, a nam przywiezie wzór przepustki do przekroczenia granicy francusko-hiszpańskiej, którą będziemy drukowali w Warszawie.

Dokumenty specjalne – wyliczam najciekawsze – podróżne kartki żywnościowe dla krajów okupowanych i Carte d’Identite (Karta tożsamości) używana w Paryżu, życzenia świąteczne i legitymacja AK, wreszcie dokumenty fikcyjne.

Kartki żywnościowe obowiązywały podczas wojny w Rzeszy i we wszystkich podbitych krajach. Były cennym towarem. Żeby je więc uchronić przed fałszowaniem, drukowano je w Niemczech, na papierze z wodnym znakiem, na podkładzie różnokolorowych giloszy. Klisze drukarskie podrobiliśmy w Warszawie bez trudu. Największy kłopot mieliśmy z papierem. Ponieważ kartki używane były zazwyczaj w niewielkich ilościach, co utrudniało dokładną kontrolę jakości papieru, poszliśmy na rozwiązanie prymitywne, ale – jak się okazało – wystarczające. Dobraliśmy papier dwukrotnie cieńszy, na który nadrukowaliśmy szare tło znaków wodnych, po czym na tę zadrukowaną powierzchnię nakleiliśmy drugą warstwę tego samego papieru. Przy sprawdzaniu wodnych znaków zwykłą metodą – pod światło – były dobre.

Carte d’Identite – francuskich tekstów jeszcze nie drukowaliśmy w Warszawie. Zachęciła nas lakoniczna uwaga „Bradla”, że „oni tam w Paryżu mają z tym trudności, obiecałem, że spróbujemy im pomóc”, zmobilizowała nas dodatkowo szansa współpracy technicznej polskiego i francuskiego ruchu oporu. Legitymacja, którą przywiózł nam wkrótce „Bradl”, była – jak na nasze warszawskie możliwości – nie tak trudna do podrobienia. Niewielka, dwustronnie zadrukowana kartka białego kartonu z żółtym giloszem w tle i czarnym tekstem. Spory nakład tych hitlerowskich kart rozpoznawczych, obowiązujących w okupowanej Francji, wydrukowanych w Warszawie, wraz z kompletem pieczęci, zabrał ze sobą „Bradl” w kolejnej podróży do Paryża w walizce z podwójnym dnem.

Dokumenty fikcyjne – a mimo to bardzo przydatne. Ogromna ilość wymaganych dokumentów, mających utrudnić nam poruszanie się, a Niemcom ułatwić kontrolę, obróciła się w rezultacie przeciw okupantom. Powstała papierkowa dżungla, w której – zwłaszcza pod koniec okupacji – przestali się orientować nawet Niemcy. Tajność i związana z nią anonimowość instytucji wojskowych i urzędów, używających enigmatycznych pieczęci „Dienststelle Feldpost No…”, działających na obszarze wielu podbitych krajów, a do tego jeszcze zmieniających miejsce pobytu, nasunęła nam pomysł bezczelnego bluffu. Postanowiliśmy stworzyć fikcyjne instytucje posługujące się fikcyjnymi dokumentami. Bluff zmieniał reguły gry. Fałszywe dokumenty awansowały. Niczego nie potrzebowały naśladować i – co ważniejsze – z niczym nie można ich było porównywać. Były technicznie bezbłędne. Drukowane na papierach z wodnym znakiem (kradzionych) na podkładzie barwnych giloszów, numerowane. Z nienagannymi pieczęciami i podpisami. Wszystko „geheim” – „tajne” lub co najmniej „dienstlich” do „użytku służbowego”. Wszystko było „autentyczne”. Tylko instytucji nie było. Przy niemieckim szacunku dla dokumentów i pieczęci – szafa grała znakomicie.

Czy nasze fałszywe dokumenty były dobre? „Bradl”, nie byle jaki autorytet w tej dziedzinie, wystawił im bardzo pochlebną opinię: „Wszystkie te piękne i niezawodnie działające papiery i dokumenty fabrykowała, z idealną precyzją kierowana przez «Agatona», komórka legalizacyjna O II Komendy AK. Chwała wielka im za to…” Równie pozytywnie ocenił naszą robotę płk Zygmunt Walter-Janke, komendant Śląskiego Okręgu AK: „Dokumenty O II były robione wzorowo […]. Nawet w Okręgach wykorzystywano powiązania lokalnych Oddziałów wywiadowczych, aby zaopatrywać się w dokumenty z «Agatona».”

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Gestapo na Topolowej

Pierwszy sygnał o ponownym zagrożeniu Topolowej 8 (od 1936 roku i obecnie aleja Niepodległości 216) wydał się niegroźny. Dawny znajomy doktor Garlickiej, jeszcze ze studenckich czasów, przyszedł niespodziewanie. Został na obiedzie. Poprosił o zapomogę na leczenie. Wymieniając niezbyt zresztą wysoką sumę, ostrzegł dobrodusznie o niebezpieczeństwie i bezcelowości ukrywania Anglików. Zapowiedział ponowną wizytę.

Życzliwy, schorowany biedak – czy szantażysta? W tym samym czasie Bohdan Korzeniewski zaprzyjaźniony z doktor Garlicką ostrzegł o zagrożeniu Topolowej. Postanowiliśmy natychmiast oczyścić i „spalić” mieszkanie, przestrzec Anglików, żeby nie przychodzili. Doktor Garlicka wyjechała do krewnych w Grójeckie, Zosia z Magdalenką na wieś do mojej matki i siostry. Nadal nie ujawnialiśmy wobec nich mojej obecności w Warszawie. W opowiadaniach Magdy byłem „nowym panem”.

Po miesiącu Zosia wróciła do Warszawy, do roboty organizacyjnej. Mieszkała u znajomych. Telefonowała do mnie. Pan Kaczyński, wtajemniczony w sprawy Topolowej zaprzyjaźniony dozorca, potwierdził panujący spokój. Nikt się nie dopytywał. Nikogo podejrzanego nie zauważył.

Doktor Garlicka musiała wrócić i wznowić przyjęcia. Początkowo u przyjaciół lekarzy, potem u siebie w domu. Nie zostawała na noc. Tak jakby gestapo było groźne tylko nocą!

W lipcu wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Alarm okazał się fałszywy. Tylko Magdalenka została u babci i ciotki na wsi. Wróci po wakacjach. Anglicy znowu zaczęli bywać na Topolowej.

W końcu lipca przybyła nowa lokatorka. Lekarz psychiatra, doktor Natalia Zandowa, Żydówka, znajoma doktor Garlickiej. Po ucieczce z getta ledwie wymknęła się tropiącym ją szmalcownikom, szantażystom handlującym ludzkim życiem. Przyjmując gościnę na Topolowej, doktor Zandowa zdawała sobie zapewne sprawę z powiązań organizacyjnych obu pań. Postanowiono jednak nie wtajemniczać jej we wszystkie sprawy, by dać jej jakie takie poczucie spokoju, by mogła odpocząć i odzyskać równowagę.

Byłem już na tyle biegły w fałszowaniu dokumentów, że na prośbę Zosi wystawiłem doktor Zandowej niezbędne papiery. Nie pamiętam jej nowego fałszywego nazwiska, ale pamiętam jej autentyczną fotografię.

W miarę mych organizacyjnych możliwości próbowałem uzyskać dokumenty, które przyśpieszyłyby przerzut Anglików za granicę. Zosia przyrzekła mi, że po wyjeździe Kita i Johna postara się o zwolnienie z komórki „Dorszów” i o przydział do naszej roboty wywiadowczej. Tymczasem ograniczyłem nawet telefony na Topolową. Spotykaliśmy się u nielicznych znajomych, którzy wiedzieli o moim powrocie, na ulicy, w ogrodzie. Zosia miała dobre wiadomości o Magdalence.

Odprowadziłem ją jak zwykle do rogu Filtrowej i Niepodległości, po przeciwnej stronie ulicy. Czekałem. Wyszła na balkon, uśmiechnęła się, machnęła mi ręką. Jadła wiśnie, które kupiliśmy razem w budce na rogu. Była w jasnoniebieskiej sukience.

Nazajutrz poszedłem do stolarni na Chłodną, gdzie mieściła się nasza pracownia skrytkarska. Musisz zdecydować – mówił zdenerwowany „Pakulski” – czy nie trzeba natychmiast „spalić” tego lokalu. Wczoraj aresztowali mojego brata Stefana. Wzięli go na Szucha, ale wypuścili po przesłuchaniu. Miał dobry ausweis, ale na prawdziwe nazwisko. Mogą tu przyjść. Aresztowali go – dodał „Pakulski” – gdy wstąpił do teściowej. Tam już był kocioł. Przedtem zabrali stamtąd trzy panie i dwóch Anglików…

Tak się dowiedziałem.

Powiedział mi o tym aresztowaniu „Pakulski”, jak o jeszcze jednej, codziennej wpadce. Od tej chwili zbierałem wiadomości. Początkowo, żeby próbować pomóc. Potem już tylko, żeby wiedzieć. Do dziś nie wiem wszystkiego i nigdy już się nie dowiem.

Zanim jeszcze gestapowcy zadzwonili do drzwi mieszkania, doktor Garlicka i Zosia wiedziały, że za chwilę wszyscy zostaną aresztowani: one obydwie, mieszkająca u nich doktor Zandowa i przebywający w tym dniu na Topolowej Kit. Zawczasu ustaliły z dozorcą panem Kaczyńskim prymitywny system alarmowy, którym miał je uprzedzić w przypadku katastrofy. 11 sierpnia 1942 roku o godzinie piątej po południu usłyszały umówiony sygnał. Dozorca kaszlał, jak mógł najgłośniej. Niedługo czekały. Dokładnie tyle, ile potrzebował Kaczyński, żeby wolno, możliwie jak najwolniej otworzyć Niemcom drzwi od ulicy, zamykane na klucz, i żeby weszli na drugie piętro.

Nikt nie odtworzy tych ostatnich minut wolności w mieszkaniu na Topolowej.

Po wywiezieniu na Szucha aresztowanych gestapowcy czekali. Wkrótce zjawił się drugi Anglik, John Crawford, umówiony zapewne z Kitem lub Zosią. Zabrali go również na Szucha. W „tramwaju” w podziemiach gestapo wzięli aresztowane kobiety na przesłuchanie. W drodze z Szucha na Pawiak doktor Garlicka zażyła truciznę. Zosi odebrali truciznę już wcześniej, gdy próbowała ją zażyć w drodze na Szucha. Doktor Garlicką przywieźli nieprzytomną do szpitala więziennego na Pawiaku w stanie bardzo ciężkim. Lekarki-Polki uratowały ją od śmierci. Była im później za to wdzięczna.

Komórka więzienna AK przekazała nam wiadomość, że aresztowani są na Pawiaku. Wkrótce przyszły dalsze wiadomości, a potem grypsy. Udało się i nam również wysyłać im grypsy i paczki.

Doktor Zandową Niemcy nie interesowali się. Rozstrzelali ją w kilka dni po aresztowaniu.

Zosia, sześciokrotnie przesłuchiwana na Szucha, zachowała niezłomną postawę. Całą odpowiedzialność wzięła na siebie. Postępowanie matki tłumaczyła humanitarnymi pobudkami, obowiązkiem lekarza wobec chorego.

Zgodnie z relacjami z Pawiaka, w trakcie przesłuchań w gestapo obie panie nie były bite ani torturowane. Grypsy Zosi były pełne odwagi, nadziei i troski o nas. „Jechałam znowu na Szucha – napisała na małym kawałku bibułki – cudowna, kochana Warszawa!” Gnębiła ją myśl, bym włączając się do akcji pomocy, nie został zidentyfikowany przez Niemców.

Przez oddział męski Pawiaka nawiązały kontakt z aresztowanymi Anglikami. W jednym z grypsów Zosia przekazała słowa Kita: „W Anglii nie ma ani jednego człowieka, który zrobiłby dla kogokolwiek to, co wyście zrobiły dla mnie!” Na próbę uzgodnienia zeznań Kit odpowiedział przez komórkę więzienną, że „oficer niemiecki dał mu słowo, że nie wykorzysta jego zeznań, i że on, oficer angielski, nie może kłamać”. Naiwność czy?… – Nie umiem dokończyć tego pytania.

Wysokie kwalifikacje lekarskie doktor Garlickiej, życzliwa pomoc przyjaciół lekarzy na Pawiaku, starania organizacyjne – wszystko to pozwalało nam się łudzić, że uda się ją, a może także i Zosię, zatrzymać na Pawiaku jako personel szpitala więziennego.

Nie na długo starczyło nam złudzeń.

14 października 1942 roku, w dwa miesiące po aresztowaniu, obie zostały wywiezione do Oświęcimia. Przyszła stamtąd jedna kartka od Zosi, adresowana do siostry w Warszawie. Osiem słów na obozowym formularzu. Po obowiązkowym „Bin gesund” – „jestem zdrowa”, niedokładnie wymazane przez cenzurę słowa: „Mutter schalt Kartoffeln. Ich arbeite draussen” – „Matka obiera kartofle. Ja pracuję na dworze!”

Według urzędowego zawiadomienia z gestapo doktor Zofia Garlicka zmarła w Oświęcimiu 13 listopada, Zofia Jankowska – 18 grudnia 1942 roku.

Po wywiezieniu Zosi do Oświęcimia nie ograniczyłem się do wysyłania oficjalnie dozwolonych niewielkich paczek żywnościowych z cukrem, sucharami, szmalcem i cebulą. Dostałem adres pośredniczki, która – jak mnie zapewniono – wielu ludziom w Oświęcimiu pomogła, niejednego stamtąd wyciągnęła. Każda nadzieja była dobra. Polka, lekarz dentysta, pani M. K. zamieszkała na ulicy Noakowskiego. Po sprawdzeniu, z czyjego polecenia przychodzę, i wysłuchaniu mojej relacji zgodziła się pomóc. Zażądała zaliczki na opłacenie Niemców, przez których działa. To było zrozumiałe. Pomoc ograniczała się do przekazywania specjalnych paczek żywnościowych i ciepłej bielizny, które jej dostarczałem. Po pewnym czasie pani M. K. zaproponowała mi znacznie bardziej skuteczną formę pomocy: przeniesienie obu kobiet na stałe do szpitalnego baraku. Lekarskie kwalifikacje doktor Garlickiej, rzeczowe informacje pani M. K. i płatna w dolarach cena tej pomocy umacniały moją wiarę w realność propozycji. Wpłaciłem zadatek. Po pewnym czasie pani M. K. potwierdziła szczęśliwe przeniesienie obu kobiet i zażądała reszty należności. Wpłaciłem. Chciałem wierzyć. Ale szybkość przeprowadzenia sprawy wydała mi się podejrzana. Mogłem starać się o sprawdzenie drogą organizacyjną, ale to trwałoby długo, nie miałem odpowiednich bezpośrednich kontaktów. Zaproponowałem pani M. K., żeby na dowód przeprowadzenia sprawy pokazała mi kilka słów dowolnej treści, napisanych przez Zosię. Jeśli przenieśli ją do szpitalnego baraku, to mają z nią jakiś kontakt.

Trzy słowa napisane ołówkiem na skrawku niemieckiej gazety, które w jakiś czas potem przekazała mi pani M. K., na pewno nie były napisane przez Zosię. Usiłuję wierzyć, że to panią M. K. oszukano, a nie ona mnie.

W lutym 1943 roku siostra Zosi dostała wezwanie na Szucha do pokoju nr 101. To „zły pokój”, ostrzegali uprzednio wzywani do gestapo znajomi. Poszła z Zosią Chojnacką. Ja czekałem na placu Na Rozdrożu. Zawiadomili ją o śmierci matki i siostry. W ślad za tym przyszły oficjalne zawiadomienia. W roku 1943 gestapo zawiadamiało jeszcze rodziny o śmierci więźniów.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Początek roboty

Wyobrażałem sobie, że dostanę przydział organizacyjny i robotę nazajutrz po zameldowaniu się w Warszawie, a tymczasem od kilku dni czekałem bezczynnie. Moje natarczywe nalegania o kontakt z właściwą komórką „ciotka Antosia” zbywała lakonicznym – nie nudź, czytaj gazety, zdążysz. Miałem do niej o to żal. Niesłusznie. Wiosną 1942 roku wywiad AK przeżywał kolejną falę wpadek i aresztowań. Kontakty były pozrywane. Z trudem nawiązywano łączność. Uczyłem się okupacyjnej Warszawy. Z chodzenia po mieście, z lektury szmatławca, z gazetek, których dostarczał mi mój gospodarz. Mijani na ulicy żandarmi już nie robili na mnie wrażenia i – co było znacznie ważniejsze – ja na nich również. Już przestałem się bać, a jeszcze nie miałem okazji sprawdzić, jak się zachowam wobec niebezpieczeństwa.

Czekałem na przydział. Wszystko jedno jaki, byle prędko.

Dostałem wreszcie kontakt. Szczupła, przystojna, czarnowłosa dziewczyna o śmiejących się oczach. Podczas pierwszego z nią spotkania w mieszkaniu na Powiślu patrzyłem na nią jak urzeczony. Była pierwszą osobą z legendarnego wywiadu AK, którą spotkałem. Na przekór mej egzaltowanej wyobraźni wyglądała całkiem zwyczajnie. Trudno było rozpoznać w tej pogodnej, młodej dziewczynie – szefa łączności „Straganu”, Wywiadu Ofensywnego AK.

Podczas kilku pierwszych spotkań wiedziałem o niej tylko, że nazywa się „Wanda” (Wanda Ossowska), że chodzi w granatowym palcie, jest bardzo punktualna i że chwilowo nie ma dla mnie nic do roboty. Po latach wypomina mi, że mówiłem na nią „babsko”. – O, już babsko przyszło!

Próbowałem „suchej zaprawy”. Pierwszą okazją była praktyczna powtórka ćwiczeń porucznika Kobusa z otwierania zamków, w której przypadła mi rola skromnego asystenta. Przez „Jarmę” – „Maćka”dowiedzieliśmy się o wpadce jednego z naszych lokali na Polnej, w którym znajdowała się skrytka podłogowa z ważnymi materiałami. Trzeba było dostać się do zamkniętego na klucz mieszkania, odnaleźć i otworzyć skrytkę i wynieść jej zawartość. Z wstępnego rozpoznania wynikało, że gestapo jeszcze tam nie było. Ale mogło być w każdej chwili. Nie wiadomo było, czy dom nie jest obserwowany.

– A może byśmy tak spróbowali? Uzyskaliśmy zgodę na tę robotę, adres lokalu, opis skrytki i sposobu jej otwierania oraz kogoś do pomocy. Kolega z komórki specjalnej kontrwywiadu, z zawodu włamywacz. Uzgodniliśmy we trójkę plan działania, rozpoznaliśmy teren.

– Dajcie mi tylko obejrzeć ten zamek w drzwiach – prosił kolega-ekspert. Poszliśmy. Ani przed domem, ani na klatce schodowej nikogo podejrzanego nie zauważyliśmy. Po drugiej stronie ulicy była pusta przestrzeń Pola Mokotowskiego, co wykluczało możliwość obserwacji z domu naprzeciwko. Kolega-ekspert okazał się prawdziwym artystą w swym fachu. Ubezpieczałem go o dwa piętra niżej. Już po chwili zaprosił nas do otwartego mieszkania. Więcej czasu zabrało nam odnalezienie skrytki, choć wiedzieliśmy, w którym pokoju mamy jej szukać. Była pełna.

Drugą wprawkę – tym razem z dziedziny mych fałszerskich umiejętności – zawdzięczam „Wandzie”. Dziwnym trafem mój pierwszy fałszerski zabieg wykonany po skoku wiąże się z Matką Boską Częstochowską. Podczas jednego ze spotkań dostałem od „Wandy” – na szczęście – kartę pocztową z reprodukcją Częstochowskiej Madonny. Mam ją do dziś. Na odwrocie okrągła czerwona pieczęć: „Jasna Góra 27 lipca 1941 – Klasztor OO. Paulinów”.

Pokusa była zbyt silna. Obok autentycznej odbiłem własnoręcznie drugą pieczęć. Tylko kolor wypadł nieco ciemniejszy. Do dziś bardzo jestem dumny z tej jedynej „idealistycznej” pieczęci w mej fałszerskiej karierze. Przyniosła mi szczęście.

Nie omieszkałem pochwalić się moim dziełem przed „Wandą”. Może to zadecydowało o mojej następnej robocie. Dostałem do przedłużenia legitymację Ostbahn jednego z naszych „kolejarzy”. Od mojej pieczątki mogło zależeć jego życie.

Okres aklimatyzacji, sucha zaprawa i wyczekiwanie skończyły się, gdy przez „Wandę” zostałem wezwany na spotkanie z szefem. Elegancki szczupły pan, o suchej pociągłej twarzy i siwiejących włosach zaczesanych do tyłu. Szef II Oddziału (Wywiadu) Sztabu AK „Dzięcioł” – jak się dowiedziałem z powojennej lektury – podpułkownik Marian Drobik.

Byłem pierwszym skoczkiem ze Szkoły Oficerów Wywiadu w Londynie, z którym rozmawiał. Wypytywał o program szkolenia, ilość kandydatów na zrzut do kraju, stosunki londyńskie. Nie krył żalu, że w Londynie nie doceniają trudności i niebezpieczeństwa służby wywiadowczej w kraju, że pomoc Londynu jest niedostateczna.
– Daleko są od nas.
Gdy próbowałem oponować, podając jako jeden z argumentów choćby nasz skok, przytakiwał bez przekonania.
– Zobaczymy, co wy tu u nas w kraju będziecie warci.

Choć w czasie tego pierwszego spotkania „Dzięcioł” wydał mi się ostry, niemal opryskliwy, byłem po jego stronie. Czułem, że dyskutował nie ze mną, może nawet i nie z Londynem, ale ze zmęczeniem, niebezpieczeństwem, odpowiedzialnością za ciągłe wpadki i aresztowania.

Liczył na nasze wyszkolenie techniczne, którego bardzo potrzebował. Ustalił mój przydział i zakres roboty. Miałem dużo satysfakcji i jeszcze więcej emocji, gdy mi powierzył organizację i kierownictwo Wydziału Legalizacji i Techniki.

Dotychczas Oddział II nie posiadał takiej komórki, a potrzebował jej pilnie. W zakresie legalizacji, to znaczy fałszywych dokumentów, wywiad był obsługiwany przez centralną komórkę legalizacyjną „Park”. Doskonale zorganizowany i rozbudowany „Park”, przeciążony robotą, nie mógł sprostać trudnym i zawsze pilnym zapotrzebowaniom wywiadu.

„Dzięcioł” nie taił przede mną niebezpieczeństwa naszej służby. Ostatnio były liczne wpadki i aresztowania, niektóre komórki i siatki terenowe trzeba było montować od nowa. Określił główne zadania wydziału, który miałem zorganizować.

– Fałszywe dokumenty – zdobywanie, własna produkcja, wystawianie – zapewniające bezpieczeństwo i możność swobodnego poruszania się.
– Gdzie?
– Po Warszawie w dzień i w nocy, podczas łapanek i rewizji, po GG, a jeśli trzeba, to i po całej podbitej Europie.
– Skrytki do przechowywania trefnych materiałów i broni w lokalach, do przewożenia i przenoszenia, do przesyłania poczty.
– Raz na miesiąc wysyłamy pocztę do Londynu. Będziecie ją pakowali – dodał, uprzedzając moje pytanie.
– Szkolenie ludzi w technice wywiadu. Proste szyfry i atramenty sympatyczne. Takie na przykład, żeby się mogli nimi posługiwać kolejarze.

Nie obiecywał pomocy. Radził liczyć na własne siły. Wyjaśnił mi schemat organizacyjny i kryptonimy komórek, z którymi będę współpracował, oraz zasady funkcjonowania poczty. Dał mi kontakt na „Górskiego”, mojego bezpośredniego przełożonego, szefa „Straganu”, Wywiadu Ofensywnego.

– Wasz kryptonim „198” – „Kucharski”.
– Kiedy mam zacząć?
– Jak najprędzej. Łączność obowiązuje od jutra przez „Stragan”. Wasze życzenia?
Nie zgłosiłem żadnych. Byłoby ich zbyt wiele.
– Jak będziecie już gotowi, meldujcie pocztą. Meldujcie jak najprędzej.

Robota rozkręcała się powoli. Choć nie zdawałem sobie sprawy z zasięgu wywiadu AK i jego potrzeb legalizacyjnych, czułem, że jest ich bardzo dużo. A tymczasem sam robiłem niewiele. Dostałem lokal i łączniczkę. To już było coś. Lokal był na poddaszu na Krakowskim Przedmieściu przy Miodowej. Okno wychodziło na Św. Annę. Łączniczka miała pseudonim „Sława” – Janina Szybińska. Gładko uczesana, blada, o mocno nieraz podkrążonych oczach. Kaszlała długo i często. – Jak mnie żandarmi zatrzymają w łapance i legitymują – tłumaczyła mi, nadrabiając miną – zaraz zaczynam kasłać. Pomaga doskonale. Gdy ją po kilku miesiącach namawiałem na urlop i leczenie czy choćby wyspanie się i najedzenie, odmawiała. Nieśmiała wobec ludzi pchających się do tramwaju, odważna i spokojna wobec legitymujących ją żandarmów. Aresztowana w ulicznej łapance została wywieziona do Oświęcimia, który szczęśliwie przeżyła.

Nosiła szare, wiatrem podszyte paletko i dużą torbę, w której podwójnym dnie przenosiła pocztę. Taka torba stanowiła niemal etatowe wyposażenie łączniczek naszego Oddziału. Produkowała je jakaś nasza komórka i szczodrze zaopatrywała w nie łączniczki. Po pewnym czasie nauczyłem się rozpoznawać „konspiracyjne” torby i spotkawszy na ulicy, w tramwaju czy w sklepie znajomą torbę sprawdzałem, czy właścicielka „pasuje” do niej. Ponieważ gestapo mogło znać konspiracyjne torby równie dobrze jak ja, już wkrótce mogliśmy – dzięki pracowni „Pakulski” – zaopatrywać nasze łączniczki w inny model torby lub całkiem inne opakowania dla konspiracyjnej poczty.
Robota, jaką miałem w tym początkowym okresie, choć potrzebna, wydała mi się nudna. Byłem „skrzynką pocztową”. Pośredniczyłem w zamawianiu fałszywych dokumentów pomiędzy naszymi wydziałami a „Parkiem”. Byłem jeszcze na marginesie spraw wywiadu. Zazdrościłem „Parkowi” ich możliwości technicznych.

Ausweisy i inne dokumenty dostawałem od naszych komórek wywiadowczych rzadko. Ludzie widocznie nie mieli jeszcze do nas zaufania. Bali się ujawniać, przesyłając nam własne dokumenty. Jeśli nazwisko i adres były fałszywe, fotografia właściciela – była prawdziwa.

Przekazywanie do „Parku” zamówień i odbiór wykonanych tam dokumentów – choć wyznaczało mi chwilowo bardzo poślednią rolę – miało tę zaletę, że pozwalało na stopniowe opanowanie zadań legalizacyjnych i uczyło dobrej roboty, w której celował „Park”.

Stopniowo dostawałem blankiety i wzory najprostszych dokumentów. Robota stawała się bardziej samodzielna i ciekawsza. Dzięki naszej siatce kolejowej uzyskałem oryginalne blankiety legitymacji kolejowych Ostbahn i różnokolorowe znaczki, które naklejało się co kwartał na odwrocie legitymacji, przedłużając jej ważność. Nawet stare, już nieaktualne znaczki były bardzo przydatne. Naklejanie ich i odpowiednie podniszczenie legitymacji – wcale niełatwy zabieg, wymagający dużo cierpliwości – stwarzało pozory, że jest to legitymacja stara, już niejednokrotnie kontrolowana, automatycznie wzbudzająca u sprawdzającego mniej podejrzeń. Z dumą zawiadomiłem „Park”, że jeśli mają jakieś kłopoty z legitymacjami Ostbahn (były powszechnie używane, gdyż ułatwiały przejazdy koleją i chroniły przed wywózką do Rzeszy) – to „198” może im pomóc!

Moją specjalnością stały się również metryki urodzenia. Poważnym wzmocnieniem fałszywych dokumentów osobistych było posiadanie „prawdziwego” zameldowania. To znaczy takiego, które w przypadku sprawdzenia miało pokrycie w ewidencji ludności. Dzięki ludziom w Wydziale Ewidencji Zarządu Miejskiego, współpracującym z AK, istniała do dyspozycji organizacji pewna ilość „martwych dusz”.

Żeby wejść w skórę takiego legalnego poprzednika, trzeba było – poza ogólną zgodnością danych personalnych – mieć odpowiednio dostosowany odcinek meldunkowy i metrykę urodzenia. Imię, nazwisko i datę urodzenia dziedziczyło się po poprzedniku, odcinek meldunkowy załatwiali nasi ludzie w Wydziale Ewidencji, metrykę trzeba było dorobić. Żeby utrudnić sprawdzenie, były to z reguły metryki spoza Warszawy.

Ja sam, dzięki „ciotkom”,, zaraz po skoku wszedłem w skórę i dokumenty pana Stanisława Wszuckiego ( nawet imię się zgadzało!) urodzonego w roku 1912 w Wilnie, zamieszkałego od dawna w Warszawie. Odpowiednio podbudowany kompletem fałszywych legitymacji i kartą pracy przeprowadził mnie pan Wszucki skutecznie przez dwie łapanki.

Dostałem sporo różnych metryk in blanco z „Parku”, uzupełniłem kolekcję blankietów i pieczęci własnym przemysłem i aplikowałem je z powodzeniem. Podpisywałem proboszczów rozlicznych prowincjonalnych parafii, a nawet – obawiam się – że przysporzyłem im kilku świętych patronów, komponując okrągłe pieczęci. Najwięcej trudności miałem z wpisywaniem łacińskiego tekstu na formularze drukowane w tym języku. Łaciny nie uczono nas w Szkole Wywiadu, a z mojej szkolnej łaciny pozostało mi w pamięci „Exegi monumentum…” i kilka przysłów. Całkiem nieprzydatnych do fałszowania metryk. Chodziłem na korektę do zaprzyjaźnionego księdza w kościele Św. Anny. Pomagał mi chętnie i z góry obiecał rozgrzeszenie za wszystkie fałszerstwa.

Na spotkaniach z „Górskim”, szefem „Straganu”, meldowałem o moich potrzebach legalizacyjnych: fachowcy od produkcji fałszywych dokumentów, blankiety, pieczęcie. Szef obiecywał skontaktować mnie z ludźmi z naszego Oddziału, pracującymi w tej branży, to jest z komórką „Bradla” – Kazimierza Leskiego, ale szło to opornie. Poszczególne komórki niechętnie ujawniały swoje „chody”. Każda wpadka i skompromitowanie fałszywych dokumentów stwarzały zagrożenie dla ich posiadaczy i dla źródeł zaopatrzenia.

Wobec stale wzrastającego zapotrzebowania musiałem rozbudować mój chwilowo dwuosobowy wydział. Nie wiedziałem, gdzie szukać ludzi do takiej roboty. Kwalifikacje niezbędne w fałszerskim rzemiośle nie mieściły się w żadnym ze znanych mi i dostępnych zawodów. Postanowiłem rozejrzeć się wśród znajomych. Jak szybko się zorientowałem, większość z nich była w organizacji.

Pierwszą osobą, której zaproponowałem współpracę, był Jan Wojtowicz – „Wojtek”, znajomy sprzed wojny, chemik, fotograf-amator. Zaproponowałem mu współpracę w organizowaniu pracowni fałszywych dokumentów. Liczyłem, że moje wyszkolenie londyńskie i umiejętności kreślarskie uzupełnione jego chemią i zamiłowaniem do foto pozwolą na rozkręcenie roboty.
Drugim był Leon Putowski – „Pakulski”, do którego trafiłem przez jego brata Stefana, architekta. Zaproponowałem mu zorganizowanie pracowni technicznej.

Siedzieliśmy w warsztacie stolarskim na Chłodnej 5. Wśród narzędzi, suszących się desek, odnawianych mebli i rupieci. W pewnej chwili „Pakulski” znikł w jakimś zakamarku, z którego przyniósł kawałek drewna, niczym na pozór nie różniący się od wielu podobnych zalegających stolarnię.
– Przyjrzyj mu się.
A gdy nic szczególnego nie zauważyłem, wydobył z drewna-skrytki aparacik radiowy własnej roboty.
– Słychać Londyn doskonale – dodał z fałszywą skromnością. Wiedziałem, że połknął haczyk.

Wybór okazał się znakomity. „Wojtek” i „Pakulski” – pierwsi, których osobiście zaangażowałem do naszego wydziału, wnieśli do roboty nie tylko odwagę i zimną krew, ale równie cenną pomysłowość i wytrwałość. Razem przeszliśmy obok niejednej wpadki, przez niejedno zagrożenie. Razem z lokalu „Pakulskiego” przy Chłodnej 5 wyszliśmy 1 sierpnia 1944 roku na zbiórkę batalionu na cmentarzu Ewangelickim.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Spotkanie z żoną

Zaprowadziła mnie „ciotka Antosia”. Nie miała zaufania do mojej samodzielności na ulicy. Umówiony lokal, prywatne mieszkanie w rejonie placu Narutowicza. Chwilowy brak prądu – częsta uciążliwość w okupowanej Warszawie – wyreżyserował uroczystą oprawę tego spotkania. Półki pełne książek, owalny mahoniowy stół, dwie świece w wysokim srebrnym lichtarzu. Ich migotliwe płomienie odbijają się w okularach oczekującej mnie siwej pani.

Doktor Zofia Garlicka, matka Zosi, moja teściowa. Wybitny lekarz ginekolog, całym życiem oddana opiece nad matką i dzieckiem. Działaczka postępowych stowarzyszeń kobiecych i organizacji lekarskich, krajowych i zagranicznych. Inicjatorka i przewodnicząca Zrzeszenia Lekarek Polskich. A dla najbliższych Mata.

Niewiele zmieniła się przez dwa i pół roku wojny. Zeszczuplała. Ten sam mądry, przyjazny uśmiech i ciekawość z lekka przymrużonych oczu krótkowidza. Idąc na spotkanie, nie wiedziała, kogo zastanie. Ucieszyła się, że to ja jestem tym zapowiedzianym „panem, który przywiózł wiadomości od ojca Magdaleny”.

Niewiele było czasu do godziny policyjnej, a tyle chciałem się dowiedzieć, tyle wytłumaczyć już podczas tej pierwszej rozmowy. Czy mogę się spotkać z Zosią? Przed kim z najbliższych mogę się ujawnić? Czy mam prawo obciążać ich lękiem o mnie? Obsesyjnie bałem się, żeby na Zosię, na najbliższych czegoś nie naprowadzić. Bałem się nawet w myślach uzupełnić, że tym czymś byłoby gestapo.

Zosia i Magdalenka są zdrowe. Mieszkają razem na Topolowej. Nawet Astor, nasz pies, jest z nimi. Mata pracuje jako lekarz. Ma dużo roboty. Dają sobie radę.

Jakby chcąc mnie do reszty uspokoić, powiedziała, że nie będę pierwszym skoczkiem spadochronowym, który zjawi się na Topolowej. Przed dwoma miesiącami mieszkał tam przez kilka dni ranny cichociemny. Nie umiałem również z lakonicznych i spokojnych zdań Maty domyślić się, że nie będę jedynym zagrożeniem Topolowej.

Pytałem dalej o Zosię, o Magdalenkę, o przyjaciół, o psa. Tak bardzo potrzebowałem wiadomości o ich zwykłym dniu, którego nie umiałem sobie wyobrazić. Uzgodniliśmy, że z Zosią spotkam się nazajutrz o czwartej na rogu alei Niepodległości i 6 Sierpnia (obecnie Nowowiejska), na przystanku po stronie pomnika Sapera.

Wbrew napomnieniom „ciotki Antosi”, żeby nie wystawać zbyt długo na przystanku tramwajowym, bo to zwraca uwagę każdego „kapusia”, byłem w umówionym miejscu o kwadrans za wcześnie. Gdyby nie szaroniebieskie mundury niemieckich lotników skoszarowanych opodal na Suchej, licznie o tej porze dnia wychodzących na miasto, zdawałoby mi się, że jak za narzeczeńskich czasów czekam na Zosię, że jak zwykle trochę się spóźni i razem pójdziemy na korektę na Wydział.

Przyszła punktualnie. Wypatrzyłem ją z daleka. Miałem czas, by zapamiętać, jak była ubrana: kurtka z wielbłądziej wełny, przerobiona z podpinki mego palta, mały brązowy kapelusik i dobrze mi znana duża skórzana torba, którą razem zamawialiśmy u rymarza. Ona mnie poznała dopiero w ostatniej chwili. Moja jesionka od Czerwonego Krzyża w Londynie pasowała do warszawskiego tła.

Niepomni konspiracyjnych reguł chodziliśmy po znajomych ulicach opodal domu. O sobie mówiłem mało. Słuchałem. Była od dawna w ZWZ-AK, w komórce opieki nad „Dorszami”. Już od Maty wiedziałem, że to Anglicy, uciekinierzy z obozów oficerów i podoficerów, z którymi utrzymywała stały kontakt. Miała kilku podopiecznych, „Kenneth”, „Peter”, „Ronny”. Przyznawała, że po pierwszym okresie zapału, który ułatwiał lokowanie angielskich uciekinierów, gdy zagrożone lokale należało „palić”, coraz trudniej było znaleźć mieszkania dla Anglików. Mimo to Zosia była pełna optymizmu. A może tylko starała się mnie uspokoić? Chciałem tym jej opowiadaniem wypełnić lata rozłąki. Nie wszystko było dla mnie zrozumiałe. Pośród dobrze mi znanych osób i zdarzeń pojawiały się obce imiona, nazwiska, pseudonimy.

Najważniejsze dla mnie było to, co mówiła o sobie, o Magdalence, o Mokotowskiej. O najgorszej pierwszej zimie, gdy zawalił się świat, a w pokoju, gdzie mieszkała z Magdą, zamarzła woda zostawiona na noc. O aresztowaniu mego ojca i brata. O listach, które dostawała ode mnie przez okazje. O paczkach z Lizbony, których nadawcę rozpoznała bez trudu.

W korespondencji z moją matką i siostrą będzie utrzymywała je nadal w przekonaniu, że jestem w Anglii. Na Topolową przyjdę dopiero, gdy dostanę lepsze dokumenty, po uprzednim telefonicznym uzgodnieniu.

Odprowadziłem ją do rogu Wawelskiej. Dalej już nie chciałem z nią iść, choć było pusto na ulicy i ciemno. Śmiała się z moich lęków i ostrożności. Obiecałem sobie obejrzeć ją nazajutrz z daleka i po kryjomu, gdy będzie rano wychodziła na spacer z Magdalenką i z psem.

Poszedłem na Topolową któregoś wieczora. Magda spała z puchatym misiem w koszu od bielizny, który jeszcze przed jej urodzeniem mianowaliśmy łóżeczkiem. Ostatni raz widziałem ją w sierpniu 1939. Niemal trzy lata temu. To bardzo dużo w jej wieku. W moim także. Spała z nosem w poduszce. Była jeszcze wtedy poza wojną i gestapo.

W kilka dni później spotkałem się na Topolowej z podopiecznymi Zosi. Zależało jej na tym. Porucznik Christopher Silverwood-Cope – Kit, Anglik, i porucznik John Crawford, Szkot. Obaj nie mieszkali już od pewnego czasu na Topolowej, ale bywali tam często. Po mieście poruszali się sami. Po niemiecku mówili niewiele lepiej niż po polsku. Byli pod opieką odpowiedniej komórki AK. Chroniły ich cywilne ubrania, fałszywe dokumenty, głupota niemieckich żandarmów, życzliwość i spryt warszawskiej ulicy. Osłaniała ich odwaga setek Polaków, którzy zdając sobie w pełni sprawę z konsekwencji, nie zawahali się przyjąć ich pod swój dach, żywić, ubierać, leczyć.

Rozmawiałem nieraz z Matą i Zosią na temat ukrywających się Anglików. Obie zdawały sobie sprawę z możliwości i konsekwencji wpadki. Zosia uspokajała mnie. Obiecywała ograniczyć kontakty z Anglikami. Zapewniała, że przerzut Anglików za granicę ma nastąpić już wkrótce i że w okresie oczekiwania nie będą mieszkali na Topolowej. Ale oboje wiedzieliśmy, że sprawa przerzutu jest trudna, a przygotowania długotrwałe i że przy pierwszych trudnościach mieszkaniowych jej podopiecznych Zosia nie dotrzyma obietnicy.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

„Ciotka”

„Ciotka” – osoba, fach, instytucja konspiracyjna, najserdeczniejsze wspomnienia każdego cichociemnego skoczka. I nie wykuty jeszcze tytuł na pomniku bohaterów i na wielu wojennych mogiłach.

Z „ciotką” spotykał się każdy z nas zaraz po zgłoszeniu się na adres kontaktowy w Warszawie. „Ciotka” prowadziła do pierwszego „gorącego” konspiracyjnego mieszkania, ułatwiała pośredni kontakt z rodziną, zaopatrywała w pierwsze fałszywe dokumenty, uczyła abecadła konspiracyjnego życia w okupowanej Warszawie. Jednemu pomogła w pozbyciu się strachu odbierającego spokój, drugiego oduczyła niepotrzebnej, głupiej brawury. Za każdego nadstawiała karku.

Nazwa „ciotka” powstała i przylgnęła samorzutnie. Nazwisko fałszywe, często zmieniane – więc najprościej było „ciociu”. Umówić się przez telefon, zostawić wiadomość na „skrzynce”, rozmawiać idąc ulicą. Różne były organizacyjne „ciotki”, młode i starsze, pogodne i zatroskane. Ale wszystkie bezgranicznie odważne i całym sercem oddane swoim „ptaszkom”.

Moją „ciotką” była Michalina Wieszeniewska – „Antosia”. Korpulentna, w wieku w sam raz na ciotkę. Pod jej opieką cała nasza szóstka „Kołnierzyków” przeszła szczenięce dni aklimatyzacji. Lubiła słuchać „nieprzyzwoitych” kawałów, pić mocną kawę i nawet w najgorszych opresjach nie traciła pogody ducha. Na dnie przepaścistej torby – wypchanej damskimi fatałaszkami – nosiła gazetki, zrzutowe pistolety, rewolwery i grypsy.

W zasadzie miała się nami opiekować tylko w pierwszym okresie po skoku, do czasu otrzymania przez nas przydziałów organizacyjnych. Wbrew instrukcji nie rozstaliśmy się z „ciotką Antosią”. Na „wszelki wypadek” mieliśmy z nią stale organizacyjny kontakt i alarmowy telefon lub „skrzynkę”. Niejeden raz potrzebowaliśmy jej pomocy.

– Nie masz butów? Nie możesz chodzić w tak podartych i ubłoconych spodniach!
Byłem już dwa i pół roku po skoku. Zginęła połowa „Kołnierzyków”. Ruiny Warszawy dopalały się. Ale dla „ciotki Antosi” byłem niezmiennie jednym z jej pierwszych cichociemnych „ptaszków”.

Nie zdążyła mi przynieść obiecanych butów i spodni. Z jednym ze swoich „ptaszków” dołączyła do batalionu „Czata 49”, który po przejściu kanałami ze Starówki szedł właśnie na Czerniaków. W nocy z 19 na 20 września udała się nad Wisłę, by przewieźć rannego „ptaszka” na tamten brzeg. Poległa, rozerwana pociskiem artyleryjskim koło statku „Bajka”.

Nie zidentyfikowano jej mogiły.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Pierwszy dzień w Warszawie

Wyszliśmy z Dworca Głównego w Aleje Jerozolimskie. Skręciliśmy w Marszałkowską w kierunku placu Zbawiciela. Byłem znowu u siebie. Szliśmy Marszałkowską.

Po skoku, w drodze na stację w Wyszkowie, uzgodniliśmy, że w Warszawie pójdziemy na różne adresy kontaktowe: my dwaj z „Dżulem” na Puławską, pozostała czwórka na Natolińską. Szliśmy wolno, jak najwolniej. Żeby się móc napatrzeć, nasłuchać, nasiąknąć. Szedłem znajomą ulicą.

Był początek marca. Już nie zima i jeszcze nie wiosna. Wydało mi się brudno i biednie. Jedyną kolorową plamą w zmęczonej szarzyźnie ulicy był jadowicie zielony patrol żandarmów, idących środkiem chodnika. Serce mi biło, gdy ich mijałem. Mieli przeegzaminować na warszawskiej ulicy moje starannie dobierane w Londynie ciuchy. Ani spojrzeli na mnie.

Przyglądałem się ludziom. Jeszcze nie jeden z nich, ale już nie obcy przybysz. Wydali mi się zmęczeni, jakby się gdzieś śpieszący. Nieoczekiwanie wśród pozornie jednakowych i szarych przechodniów zauważyłem warszawską modę. Przekorną, wojenną modę, która usiłowała wykpić i przesłonić biedę. Dziewczyny w zgrabnych pantoflach na drewnianych podeszwach, z eleganckimi, mocno wypchanymi torbami, tylko że z papierowego płótna. Chłopcy w niby sportowych kurtkach, które mimo „cywilnych” guzików aż nadto przypominały wojskowe płaszcze. W miejscu dawnych wystawowych szyb tkwiły małe okienka w niezdarnych drewnianych futrynach.

Zanim przeczytałem pierwszy plakat, uderzyły mnie jego dwujęzyczne napisy. Obok plakatów drobne ogłoszenia. Na postrzelanych tynkach, na słupach przystanków tramwajowych. Małe karteczki, pisane odręcznie lub na maszynie, wyblakłe od słońca i deszczu, postrzępione od wiatru.

Na jezdni mało osobowych samochodów, za to dużo nowych dla mnie pojazdów: rowerowych riksz. Stare warszawskie tramwaje, dziwnie nierówno wypełnione. Zatłoczone w części przeznaczonej dla Polaków i niemal puste, przezroczyste w części wydzielonej tabliczką: „Nur für Deutsche”.

Inny wydał mi się dźwięk ulicy, bez samochodowych klaksonów, wypełnionej stukotem drewnianych podeszew, dzwonkami rowerów i pokrzykiwaniem zdyszanych rikszarzy. Najdziwniejsze zaś było to, że wszyscy dookoła mówią po polsku.

Z daleka, przed nami, widać było znajomą sylwetkę kościoła Zbawiciela, dziwnie asymetryczną, ze spaloną iglicą na jednej z wież.

Choć szliśmy możliwie najwolniej, w końcu jednak doszliśmy na Puławską 24. Nowoczesny, duży dom „Wedlowski”, zbudowany w latach trzydziestych. Sprawdziliśmy nazwisko i numer mieszkania na liście lokatorów. Zgadzało się. Już to dodało mi otuchy. Zadzwoniłem.

– Panowie do kogo? – zapytał nieufny głos przez szparę w drzwiach zamkniętych na łańcuch.
– Przywożę herbatę od wuja Władysława – wyrecytowałem półgłosem hasło wyuczone na lotnisku przed skokiem. Teraz na warszawskiej klatce schodowej wydało mi się sztuczne. Ale było skuteczne.

Mieszkanie wydało mi się zbyt dostatnie, gospodarze zbyt dobrze ubrani. Nie pasowali do mojej egzaltowanej wyobraźni. Pasowali za to doskonale do okupacyjnej Warszawy, gdzie powierzchowny sąd o ludziach niejednego wyprowadził w pole.

Czekałem na konspiracyjno-patriotyczny biuletyn, a gospodarz poczęstował nas angielską herbatą, suszoną kiełbasą, domowymi konfiturami i barwną opowieścią o codziennym życiu w Warszawie. Gęsto przeplataną wiadomościami z „gazetek”, ostatnimi komunikatami BBC i informacjami z czarnego rynku. Nie wydał mi się dostatecznie wzruszony ani naszym skokiem, ani nawet trzema lotami, o których nie omieszkałem wspomnieć. Cieszył się z naszego przybycia jak z dobrego kawału, który wspólnie zrobiliśmy Niemcom.

Byłem tym pierwszym spotkaniem speszony. Spodziewałem się bohatera, a przywitał mnie zwyczajny, pogodny facet, żeby nie powiedzieć – cwaniak. Jeszcze wówczas nie wiedziałem, jak w okupowanej Warszawie te dwa pojęcia były sobie bliskie, jak znakomicie się uzupełniały.

Widać było, że żył dostatnio. Mogłem się domyślać, że „handlował”. A przecież nie trafiłem do niego jako sprzedawca waluty czy towarów z zagranicznych paczek, ale jako cichociemny spadochroniarz. Towar znacznie bardziej trefny niż „twarde”, „świnki” i „zielone”. A jednocześnie to jego imię, nazwisko i adres nie osłonięte żadnym szyfrem czy pseudonimem zabrałem ze sobą z Londynu jako przepustkę do konspiracyjnej Warszawy. Dobrze wiedział, na co się dobrowolnie narażał jako „kontakt’ dla dalekich, nieznanych spadochroniarzy. Ale na pewno by mnie wyśmiał, gdybym mu wspomniał o odwadze, patriotyzmie.

– Mam dwadzieścia deka herbaty do sprzedania – zawiadomił kogoś telefonicznie nasz gospodarz w trakcie śniadania.
– Zaraz przyjdzie po was „ciotka” – oświadczył nam po krótkiej rozmowie.
„Ciotka” – osoba, fach, instytucja konspiracyjna, najserdeczniejsze wspomnienia każdego cichociemnego skoczka. I nie wykuty jeszcze tytuł na pomniku bohaterów i na wielu wojennych mogiłach.

Z „ciotką” spotykał się każdy z nas zaraz po zgłoszeniu się na adres kontaktowy w Warszawie. Moją „ciotką” była „Antosia”. 4 marca 1942 roku, pierwszego dnia mego pobytu w Warszawie, szliśmy we dwoje do mego pierwszego konspiracyjnego mieszkania na ulicy Noakowskiego. „Ciotka” była na kredyt z nas dumna. Szczęśliwa, żeśmy przylecieli, odnaleźli placówkę i zgłosili się na adresy kontaktowe.
– Pamiętaj, nazywam się „ciotka Antosia” – instruowała mnie, gdyśmy szli, czule trzymając się pod rękę.
Pamiętam.

Państwo Wolscy (?), gospodarze mego pierwszego mieszkania na Noakowskiego, przyjęli mnie z pełną życzliwości dyskrecją. Wiedzieli o mnie dostatecznie dużo, by nie zadawać pytań i odpowiadać cierpliwie na moje drobiazgowe indagacje.

Nie mogłem usiedzieć w domu. Ledwo się za „ciotką” drzwi zamknęły, wyszedłem, by sprawdzić na ulicy moją nową osobowość. Kupiłem „Nowy Kurier Warszawski”, poszedłem do fryzjera na Hożej. Pasowałem do warszawskiej ulicy. Chyba tylko emocja, jaką odczuwałem przy mijaniu kilku pierwszych umundurowanych Niemców, odróżniała mnie od reszty przechodniów. Ale o tym wiedziałem tylko ja.

Z mego pierwszego mieszkania na Noakowskiego najlepiej zapamiętałem okno w moim pokoju. Wysokie, dwuskrzydłowe, z oberluftem i lufcikiem, jak przystało na okno w przedwojennej kamienicy. Tyle że zamiast jasnej rolety rolka czarnego papieru zawiązywana sznurkiem. „Verdunklung” – wojenne zaciemnienie przeciwlotnicze. Okno wychodziło na ulicę. I to sprawiło, że prostokątny obraz wycięty w ścianie pokoju tak mocno utkwił mi w pamięci. Jak urzeczony gapiłem się na ulicę. Na pierwszy rzut oka wrzesień 1939 i pierwsze lata okupacji nie wprowadziły na niej wyraźnych zmian. Dookoła domy stały nienaruszone. Nietrudno było jednak rozpoznać ślady wojny. Blaszane rury od piecyków dymiące gdzieniegdzie w oknach, budka wartownika przy wejściu na teren Politechniki, drogowskazy pełne niezrozumiałych skrótów, wypisanych arogancką, kanciastą czcionką. Wśród przechodniów różnokolorowe, obce mundury. Sprawdzałem ich przynależność, wyuczoną w szkole w Londynie. Na jezdni nieliczne wojskowe samochody, dorożka i rowerowe riksze. Z góry widać było, jak pedałujący z trudem rikszarz przechyla się miarowo w obie strony na rowerowym siodełku. Ludzie spiesznie wracali do domów przed godziną policyjną. Latarnie uliczne osłonięte zaciemnieniem przeciwlotniczym rzucały ciasne krążki światła na zabłoconą ulicę. Tylko drzewa pozostały niezmienione.

Po kolacji gospodarz przyniósł z głębi mieszkania radio i wysłuchaliśmy komunikatu z Londynu. Czterdzieści osiem godzin temu słuchałem tej audycji na stacji wyczekiwania, wczoraj na pokładzie halifaxa… Po wiadomościach: „Czerwone jabłuszko przekrojone na krzyż”. Następny bombowiec z kolejną ekipą cichociemnych czy zapowiedź spokojnej nocy dla wyczekujących placówek?

Długo nie mogłem zasnąć. Wsłuchiwałem się w odgłosy miasta, w melodię wielopiętrowej kamienicy. Nie wypełniał jej, jak dawniej, program radiowy przenikający z natarczywą punktualnością klatki schodowe, stropy, ściany. Wydała mi się głucha. Każdy przejeżdżający ulicą samochód po godzinie policyjnej budził niepokój.

Gwizd dalekiej kolei, którą noc niespodziewanie ujawnia w mieście, zabrzmiał mi znajomo.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Skok – Przyjęcie cichociemnych

Luty 1967 – dwadzieścia pięć lat po skoku. W Pracowni Urbanistycznej Warszawy, gdzie pracowałem od 1946 roku, sekretarka przełączyła telefon do mnie:

– Pan Urbaniak z Elektrimu do pana inżyniera.
– Nie znam.

Zacząłem rozmowę z nieznanym mi prokurentem Centrali Handlu Zagranicznego, ale już po dwu zdaniach wiedziałem, że rozmawiam z porucznikiem ,,Trzaską” z AK, dowódcą placówki, która w nocy z 3 na 4 marca 1942 na zrzutowisku ,,Pole” pod Wyszkowem przyjmowała nasz zrzut. Przeczytał w kolejnych kilku numerach ,,Życia Warszawy” moje wspomnienia Cichociemny skok – teraz dzwonił do mnie. Spotkaliśmy się nazajutrz. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem, dwaj starsi panowie. A może to nieprawda, że minęło już dwadzieścia pięć lat? Może dla nas obu jest znowu marcowa, księżycowa noc 1942 roku…

Tylekroć nasłuchiwali na próżno, leżąc na śniegu. Daleki odgłos zdawał się narastać. ,,Trzaska” spojrzał na zegarek. Za dziesięć pierwsza. Światła sygnalizacyjne mieli wystawić dopiero o pierwszej.

– Lecą!

Huk czteromotorowego bombowca wypełnił niebo i pole, las i drogę. Zobaczyli go, gdy wyskoczył sponad chałup Łosinna. Przeleciał nad ich głowami i poleciał dalej szerokim łukiem za Bug. Wydał im się ogromny na tle wygwieżdżonego nieba. Wybiegli na polanę. Nie potrzebowali sprawdzać swoich pozycji. Ćwiczyli to ustawienie wielokrotnie po nocy. Najbliżej rozwidlenia dróg, tyłem do Wyszkowa, stanął ,,Trzaska”, przed nim w linii prostej „Palmir” i ,,Ali”, w prawo od ,,Alego” – „Żyłka”, w lewo ,,Zawieja”. Zapalili trzymane w ręku latarki, kierując je w górę. Światła tworzyły znak w kształcie litery ,,T”. Żeby tylko bombowiec nadleciał jeszcze raz, żeby zobaczył!

Rozkaz przygotowania odbioru zrzutu spadochronowego dostali porucznik ,,Trzaska” i podporucznik ,,Żyłka” we wrześniu 1941 roku. Trzeba było dobrać ludzi, którzy wezmą bezpośredni udział w akcji, wybrać miejsce zrzutu, przygotować schowki na sprzęt. Ludzi obeznanych z tego rodzaju bojową akcją nie było. To miał być ich pierwszy zrzut, a w ogóle jeden z pierwszych zrzutów w okupowanej Polsce. Z wybraniem ludzi nie mieli trudności. Odpowiednich i chętnych do tej niebezpiecznej akcji było w miejscowym oddziale ZWZ-AK aż nadto. Więcej, niż mogli przyjąć.

Wybrali miejsce zrzutu: polany należące do wsi Łosinno, w odległości siedmiu kilometrów na północo-zachód od Wyszkowa. Osłonięte od szosy zagajnikiem, niezbyt odlegle od stacji kolejowej, co ułatwiało dalszy przerzut skoczków, opodal dużego obszaru lasów, co w przypadku walki z Niemcami umożliwiało dogodny odskok. Schowki na sprzęt spadochronowy wykopało w zagrodach dwóch żołnierzy AK zamieszkałych w sąsiedniej wsi Wilki Stare. Solidne, głębokie, obudowane od dołu, ze starannie zamaskowanymi włazami. Zabrało im to sporo czasu, bo trzeba było, nie zwracając niczyjej uwagi, wywieźć z każdego schowka po kilka kopiastych wozów ziemi.

Nastały długie tygodnie oczekiwania, które wykorzystali na ćwiczenia nocne: alarm drużyny mającej wziąć udział w akcji, marsz na pozorowany punkt zrzutu, ustawienie świateł. W pierwszych dniach lutego 1942 roku dostali telefoniczny rozkaz alarmowy: czuwanie codzienne od 23.00 do 3.00. Przez wiele nocy z rzędu leżeli w polu, na śniegu. Nasłuchiwali. Cisza.

27 lutego delegat KG przywiózł im odbiornik radiowy, podał ,,ich” melodię i godziny nasłuchu. Jeśli po komunikacie polskim z Londynu o 15.15 usłyszą melodię ,,Bartoszu, Bartoszu, oj nie traćwa nadziei” – oznacza to gotowość skoczków, powtórzenie melodii o 21.15 – wylot skoczków, nadanie jej po raz trzeci o 23.15 – samolot nie powrócił do bazy, mają oczekiwać na punkcie zrzutu.

Można sobie wyobrazić rozczarowanie, gdy przez tydzień nie usłyszeli ,,swojej” melodii.

3 marca rano przybyli do ,,Trzaski” dwaj delegaci KG i zarządzili ponownie alarm. Złapali komunikat BBC o 15.15. Słyszalność była bardzo dobra. Czekali z zapartym tchem na zapowiedź spikera: ,,Na zakończenie nadajemy: «Bartoszu, Bartoszu…»” Ich melodia! Nareszcie! Gdy powtórzono ją o 21.15, ,,Trzaska” zarządził alarm: ludzie wyznaczeni do odbioru, czujki, osłona, dwie podwody. Zbiórka u ,,Trzaski”. O godzinie 23.30 wyszli parami na miejsce zrzutu.

Z 3 na 4 marca na polu pod Wyszkowem miały się spotkać nasze drogi. Szliśmy do tej nocnej chwili, do tego wybielonego śniegiem pola każdy inaczej. Nic o sobie nie wiedząc, wypełnialiśmy kolejne ogniwa precyzyjnego planu. Gdy porucznik ,,Trzaska”, wówczas nauczyciel we wsi Łosinno, dostał rozkaz przygotowania odbioru skoczków, byłem na przeszkoleniu w Małpim Gaju w Largos, gdy meldował zakończenie przygotowań, kończyłem szkolenie spadochronowe w Ringway. Gdyśmy pojechali na ,,Siedemnastkę”, dostali rozkaz czuwania. 3 marca, choć nadal nie znaliśmy się, sprzęgły się nasze losy. Na tę noc staliśmy się ,,ich” skoczkami, oni ,,naszą” placówką, gdy załadowaliśmy się do halifaxa, a im powtórzono melodię. Od tej chwili mogła nas rozdzielić już tylko niemiecka artyleria przeciwlotnicza, nocne myśliwce, oblodzenie i mgła.

Nadlatywaliśmy. Nie zauważyliśmy latarek sygnalizacyjnych. ,,Zaświeciliśmy światła – zapisał w dwadzieścia pięć lat później ,,Trzaska” – których niestety z tak znacznej odległości lotnicy nie dojrzeli i w dalszym ciągu latali sobie w kółko nad otaczającymi polanę lasami.”

Jak bardzo musieli chcieć, byśmy wreszcie zobaczyli ich sygnały! ,,Nagle samolot zatoczył większy krąg – pisze ,,Trzaska” – i spostrzegłszy rozstawione przez nas światła, dał nam pierwsze porozumiewawcze znaki i poleciał gdzieś na południe, za Bug. Za kilkadziesiąt sekund powrócił wyraźnie na kierunek świateł i wygarnął najpierw «paki», a potem ludzi.

Cichociemny los był łaskawy tej marcowej nocy i dla skoczków, i dla placówki odbioru. Choć im nie oszczędził dalszych emocji.

,,Trzaska” rad, że akcja zakończyła się szczęśliwie, wrócił do domu w Łosinnie około godziny 5.30. Jakie było jego zdziwienie, gdy zastał tam spadochron, cztery colty, ,,gwoździe” i dwa pasy ze złotymi dolarami. Według relacji matki, jedynej osoby, która tej nocy była w domu, przyniósł je ,,Leon”, delegat KG, oświadczając, że zabiorą to później. Nie minęły dwie godziny, gdy wpadł do mieszkania ,Jurand” z wiadomością, że do wsi przyjechali Niemcy i po kolei rewidują każdą chałupę. O szybkim ukryciu bagażu nie było mowy, pozostawała im tylko walka. Sprawdzili, czy wszystkie cztery colty są załadowane, i czekali. Niewielkie mieli szanse. Uratowała ich – i całą wieś – matka. Starsza pani, świetnie mówiąca po niemiecku, wyszła przed dom i stojąc w furtce, spokojnie rozmawiała z Niemcami.

– Czy słyszała w nocy samolot?
– Tak. Słyszała i widziała, bo latał długo i ludziom spać nie dawał. Nawet pan nauczyciel wyszedł i patrzył na samolot – dodała, stwarzając tym alibi dla syna. Żandarmi, sądząc, że mają do czynienia z volksdeutschami, poszli dalej.

Gdy zjawiła się druga fala Niemców, byli już spokojni. Przedtem sprowadzili sanki pełne baniek z mlekiem, do których załadowali cichociemny bagaż. Zdążyli nawet zaplombować wszystkie bańki ,,Mölkerei-Wyschkow”. Obyło się bez rewizji w chałupie, bo Niemcy spieszyli się do lasu w poszukiwaniu spadochroniarzy.

W kilka dni później ,,Trzaska” osobiście przewiózł do Warszawy naszą faszerowaną pocztę. Mimo, że mróz był siarczysty, całą drogę jechał na buforach, bo się bał, że w zatłoczonym przedziale ktoś mógłby się zbyt serdecznie przytulić do pudełka.

Pozostało jeszcze odwiezienie do Warszawy zrzutowej broni i osobistych drobiazgów należących do skoczków. I właśnie w trakcie tego stosunkowo łatwego transportu znajdą się o krok od wpadki.

W dwa tygodnie po zrzucie i zamelinowaniu sprzętu ,,Trzaska” z ,,Romanem” i ,,Żyłką” udali się do schowka, aby go uporządkować, poskładać spadochrony, posegregować broń, amunicję i pozostawione przez skoczków osobiste drobiazgi.

Pierwsze dwa colty z amunicją zabrał ,,Roman”, wracając z Wyszkowa do Warszawy. Dojechał szczęśliwie. 31 marca załadowali resztę rzeczy. Dwie teczki z osobistymi rzeczami cichociemnych mieli pod opieką ,,Bodo” i NN, dwie bardzo ciężkie – bo każda z czterema coltami i amunicją, nieśli ,,Trzaska” i ,,Roman”. Colty były gotowe do strzału, każdy z pociskiem wprowadzonym do lufy.

Dojechali do Warszawy. Ustalili, że do lokalu kontaktowego na Wspólnej 56 będą szli parami w odległości 20 kroków – pierwsi ci dwaj z prywatnymi rzeczami. Gdy mijali pocztę przy ulicy Poznańskiej, u wylotu Żurawiej zatrzymał się nagle przy krawężniku samochód osobowy z żandarmami uzbrojonymi w pistolety maszynowe.

Nie pozostawało chłopcom nic innego, jak obojętnie iść dalej. Niemcy zatrzymali pierwszą parę idących, wsadzili ich do samochodu! Odjechali. Ponieważ zatrzymani nie znali adresu punktu kontaktowego, ,,Trzaska” zdecydował, że mogą tam pójść.

Po opróżnieniu teczek wrócili w towarzystwie dwóch łączniczek inną drogą na Dworzec Główny. W holu dworca nieoczekiwanie zauważyli już z daleka obu zatrzymanych uprzednio kolegów. Nie podeszli do nich bojąc się, że są ,,wystawieni na wabia”. Przez jedną z łączniczek nawiązali z nimi kontakt. Okazało się, że Niemcy zrewidowali teczki zatrzymanych, nie znaleźli ani broni, ani szmuglowanej żywności, zwolnili zatrzymanych. Ciuchy ich nie interesowały.

Przezorny ,,Trzaska” zachował jednak nadal ostrożność i do Wyszkowa wracali oddzielnie.

W dniu 1 VI 1942 komendant główny POZ, porucznik Mieczysław Morawski – „Szeliga” wyróżnił podporucznika ,,Trzaskę” „za wyjątkową i ofiarną pracę w konspiracyjnej służbie wojskowej”.

W dwudziestopięciolecie skoku dostałem od porucznika „Trzaski” notatkę: , „Przyjęcie cichociemnych” wraz z odrysem mapy, wskazującym miejsce naszego lądowania. Umówiliśmy się, że pojedziemy razem na miejsce zrzutu, że spojrzymy znowu najpierw na niebo, a potem na pole i las. Ale tym razem cichociemny los już nam nie sprzyjał. W przeddzień umówionego wyjazdu porucznik „Trzaska”, pan Stanisław Urbaniak, umarł nagle na serce. Została mi jego notatka sporządzona 4 marca 1967 roku.

 

Pomnik cichociemnych w Łosinnie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Skok – Przepustka do Warszawy

Miejsce zrzutu na dziś… – major z „Szóstki” chwilę się zawahał, jakby do ostatniej chwili ważył decyzję – polana wśród zagajników, siedem kilometrów na północo-zachód od Wyszkowa. – Wskazywał na rozłożonej na stole mapie. Starałem się nauczyć tego wycinka mapy na pamięć. Zapamiętać każdą kreskę i znak, żeby ją później zamienić na śnieg, na lasy, na drogę. Opodal naszego miejsca skoku charakterystyczne rozwidlenie dróg, dalej zabudowania wiejskie wzdłuż drogi. Na północ ciągną się lasy. Gdybyśmy nie odnaleźli placówki i stracili po skoku poczucie kierunku, pozostanie nam niezawodny znak w terenie: zamarznięta rzeka. Bug płynie o kilka kilometrów na południe od miejsca zrzutu. Nie powinniśmy zabłądzić nawet w ciemną noc.

– Znak rozpoznawczy placówki oczekiwania – ciągnął dalej major – pięć białych świateł ustawionych w formie litery T, w odstępach dziesięciu metrów jedno od drugiego.

Melodia zapowiadająca nasz lot została nadana po dzisiejszym popołudniowym komunikacie. Alarm dla placówki nadano również. Światła rozpoznawcze powinny się palić od pierwszej do trzeciej nad ranem. Brak świateł w tym czasie oznacza zagrożenie rejonu. Nie wolno nam wówczas skakać.

– Jeśli placówka was odbierze, to dadzą wam pieniądze, jakie kursują w GG i zorganizują wszelką pomoc. Pocztę i pieniądze dla organizacji oddacie delegatowi Komendanta AK, jeśli będzie na placówce, lub dowódcy placówki. W razie nieodnalezienia placówki pieniądze i pocztę zakopać i oznaczyć miejsce. Po przybyciu do Warszawy meldować się pojedynczo lub grupkami pod jednym
z dwóch adresów. – Major ściszył głos, jakby tu na lotnisku polowym w Anglii chciał osłonić tajemnicę warszawskich adresów i haseł. – Nie wolno zabierać ze sobą żadnych drobiazgów ani notatek. Nieprzestrzeganie tego zakazu kosztowało już życie wielu ludzi.

Powtarzałem w myśli hasła, adresy, nazwiska. Uczyłem się tych kilku słów przepustki do Warszawy. Major sięgnął tymczasem do sporego worka, który przywiózł ze sobą i rozpoczął wydawanie pieniędzy i poczty. Każdy z nas dostał szeroki pas z grubego płótna, zawieszony na parcianych szelkach, z wszytymi dolarami. W każdym pasie było 3600 złotych dolarów. Poczułem wówczas dosłownie, co to znaczy „ciężka forsa”.

Bagaż każdego z nas uzupełniały dwie blaszane puszki z papierowymi dolarami – po dziesięć tysięcy każda – tak zwane „gwoździe”. Gdyby trzeba było puszki ukryć, dla ułatwienia ich późniejszego odnalezienia był przylutowany do każdej drut trzymetrowej długości, zakończony sporym gwoździem. Stąd nazwa puszki. Po zakopaniu puszki możliwie głęboko w ziemi należało wbić gwóźdź w najbliższe drzewo dla oznaczenia miejsca.

Znacznie więcej emocji niż złotem faszerowany pas i dolarowe „gwoździe” dostarczała poczta, którą mieliśmy zabrać dla Komendanta AK. – Konstrukcja pudełka jest prosta i zabezpiecza w pełni przed niepowołanym otwarciem i wydobyciem przesyłki. W środku znajduje się bomba z zapalnikiem natychmiastowym, dookoła której nawinięta jest taśma filmowa z fotografią, zaszyfrowanego tekstu. Pudełko składa się z dwóch metalowych skrzyneczek, jedna w drugiej, z niewielkim odstępem między ściankami. Każde zetknięcie się ścianek, a więc próba przecięcia, przebicia lub mocne uderzenie powoduje zwarcie i wybuch. Żeby otworzyć pudełko, trzeba uprzednio odkręcić śruby w denku. Jest jedno jedyne ustawienie śrub, które umożliwia otwarcie pudełka.

Objuczyłem się złotonośnym pasem, zapakowałem „gwoździe”, pokwitowałem otrzymany bagaż. Wciągnąłem moją jesionkę od Cichockiego, na to biały kombinezon, ochronny hełm i oporządzenie. Sztywny, nieruchawy czekałem.

– „Kołnierzyki”, do samolotu!
Usłużne dżipy podwiozły nas do halifaxa. Polecieliśmy inaczej niż zwykle. Zaraz po wyjściu nad morze zeszliśmy nisko i nad Danią lecieliśmy już lotem koszącym. Nisko lecący bombowiec potrafi całkowicie zaskoczyć i aparaty pomiarowe, i przeciwlotnicze baterie.

– Jesteśmy nad Polską – usłyszałem po kilku minutach w intercomie. Wlecieliśmy po wyznaczonym kursie na Koszalin, gasząc po drodze światła nielicznych miast, w których zdążyli zapowiedzieć alarm lotniczy na naszą intencję.

Nabieraliśmy niezbędnej do skoku wysokości 300 metrów. Złapaliśmy białą wstęgę zamarzniętego Bugu i jak po szynach trafiliśmy na Wyszków. Za miastem pilot położył maszynę na skrzydło, robił ostrożny wiraż.

– Przygotować się do skoku!
Nałożyłem hełm ochronny, starannie zawiązałem tasiemki pod brodą. Przesunąłem pistolet do przodu.

Przyszła wreszcie kolej na wykidajłę. Otworzył dziurę, sprawdził po raz ostatni, czy linki naszych spadochronów są przypięte do samolotu. Patrzyliśmy w dziurę jak urzeczeni. Na dole było biało i mroźno. Czarna połać lasu, przecięta drogą. Mignęły jakieś chałupy, szmat pola, zagajniki. Szukaliśmy naszych rozstajnych dróg, polany i świateł. Ostry zakręt w lewo. Lecimy wzdłuż drogi. Według mapy byliśmy już nad rejonem zrzutu. Zrobiliśmy znowu rundę dookoła. Nalatywaliśmy na cel. Przez dziurę widać było spory szmat ziemi. Wydało mi się, że rozpoznaję wyraźnie naszą polanę i drogi, których tak pilnie uczyłem się na lotnisku. Świateł nie było. Lecieliśmy z wiatrem i po prostu przylecieliśmy o kilka minut za wcześnie.

– Poczekamy na nich – wyjaśnił nawigator. Lataliśmy sobie w kółko nad zagajnikami, hukiem czterech motorów budząc skutecznie wszelkie żywe istoty w promieniu wielu kilometrów. Z żandarmerią włącznie.

– Światła! Są! – wrzasnął „Gzyms”, stojący obok dziury. Pilot wyrzucił kontenery z komory bombowej. Za następnym nawrotem – my. Nawigator, radiotelegrafista i mechanicy przyszli się z nami pożegnać.
– Pozdrówcie Warszawę!

Staliśmy jak najbliżej dziury. Jedynka – „Róg” siedział z nogami spuszczonymi do dziury. Tuż obok niego „Gzyms” – dwójka. Nawigator zapalił zielone światło.
– Gotowi! Go!
„Róg”, „Gzyms”, „Czarka”. Tak samo jak w Ringway. Teraz ja.

– Zachciało ci się Polski, gówniarzu! – krzyknął mi nad uchem „Dżul”.

Skoczyłem niemal na plecy „Czarki”.

Zdążyłem jeszcze usłyszeć chlaśnięcie o brzuch samolotu linki wyciągającej spadochron. Wyrzuciło mnie, przekoziołkowałem. Poczułem ostry pęd zimowego powietrza. Nie zdążyłem pomyśleć, czy się spadochron otworzy, gdy mną szarpnęło. Płachta złapała powietrze. Kiwnęło mną jeszcze kilka razy, po czym linki spadochronu ustawiły mnie pionowo. Znów siedziałem wygodnie w taśmach.

Powinienem być wzruszony, a byłem zachwycony. Niemal abstrakcyjnym zachwytem wobec wygwieżdżonego nieba, zalanej światłem księżyca polany, małych sosenek pod grubymi czapami śniegu, wobec ciszy.

Samolot nadleciał raz jeszcze. Na pożegnanie pokiwał skrzydłami, mrugnął światłami i zniknął za lasem. Polecieli upozorować gdzieś inny zrzut. Została po nich cisza i sześć białych spadochronów rozstawionych schodkami równo na niebie.

Ustawiłem parasol, żeby wylądować przodem do kierunku opadania. Wyjąłem rewolwer.

Na śniegu ląduje się znakomicie. Odpiąłem spadochron. Nie zdążyłem go jeszcze złożyć, gdy z zarośli o kilkadziesiąt kroków przede mną ktoś wyskoczył i pędem puścił się do mnie. Bardziej chyba dla fasonu niż z istotnej potrzeby zatrzymałem go wyciągniętą lufą rewolwerową – zgodnie z instrukcją – o kilka kroków przede mną.

– Stój! Ręce do góry! Zbliżyć się dla podania hasła! Stanął. Cisza. Ani słowa. Zrobiło mi się głupio. Czekali tu może od wielu tygodni, zanim nadleciał czarny bombowiec i wypluł białe parasole. A teraz trzymałem go na muszce, z rękoma do góry – bo ze wzruszenia zapomniał hasła.

– Chodź! – powiedziałem zawstydzony, opuszczając rewolwer, gdy stał nadal przede mną, nie wiedząc, co robić. Wycałowaliśmy się. Nieogolony był i wzruszony bardzo. To był ich pierwszy zrzut. Razem dygowaliśmy spadochron do placówki czekającej na skraju lasu. Częstował mnie papierosami, wypytywał.

Placówka. Pierwsi żołnierze AK, jakich zobaczyłem. Przyglądałem im się z nabożnym zachwytem. Nie wyglądali ani bohatersko, ani tajemniczo. Zwyczajnie, dosyć biednie. Gdybym ich spotkał we wsi, w Wyszkowie na rynku, nie zwróciłbym na nich uwagi. Ale dzisiejszej nocy widać było wyraźnie, że nie przyszli tu ani „za słoniną”, ani „za drzewem”. Zza pasa sterczą dwa niemieckie granaty na drewnianych trzonkach, z kieszeni starego płaszcza wystaje kolba długiego nagana.

Musieliśmy się spieszyć. Kilkuminutowe krążenie czteromotorowego bombowca rozbudziło i zaalarmowało całą okolicę. Co prawda, byliśmy ubezpieczeni wysuniętymi czujkami i sami dobrze uzbrojeni, a żandarmi niemieccy woleli w nocy do lasu nie wchodzić, ale trzeba było jak najszybciej odskoczyć, żeby nie zdekonspirować ostatecznie miejsca zrzutu. Żołnierze z placówki ściągali do lasu zrzucone zasobniki, wspólnie składaliśmy spadochrony i nasze ochronne kombinezony, żeby je jak najszybciej stąd wywieźć. Przekazaliśmy delegatowi z Warszawy przywiezione dla organizacji pieniądze.

Część broni wręczyliśmy placówce. Dali nam okupacyjne złotówki i papierosy. Przywieźli nawet dla nas kilka egzemplarzy „Nowego Kuriera Warszawskiego”. Z takim bagażem w kieszeniach wyglądaliśmy znacznie bardziej miejscowo. Życzyliśmy placówce jeszcze wielu zrzutów.

Szliśmy do Wyszkowa. Śnieg skrzypiał pod nogami. Było nam wesoło. Głupi mają szczęście. Gwiżdżąc Tipperary, doszliśmy całą szóstką wraz z dowódcą placówki bez przeszkód pod adres w Wyszkowie, a stamtąd na stację.

W szkole wywiadowczej w Londynie i na cichociemnych kursach uczyłem się o stosunkach panujących w okupowanej Polsce. Studiowałem meldunki, referaty, czytałem codzienną prasę niemiecką i nielegalne gazetki z Warszawy, słuchałem ludzi, którzy przyjechali z kraju do Londynu. Na stacji w Wyszkowie uzupełniałem moje teoretyczne wiadomości. Czekaliśmy godzinę, nie więcej. Nie się tam wówczas specjalnego nie działo. Przypuszczam, że dla czekających w poczekalni kolejowej była to dobra, spokojna noc. Nie było w Wyszkowie rewizji, wrzasków, bicia, strzelaniny. Mnie ta godzina nauczyła więcej okupacyjnej prawdy niż londyńskie wykłady.

W poczekalni był tłok i zaduch. Niewielką salkę i przylegający bufet zalegał tłum czekających na pociąg. Szary, wymizerowany, zmęczony. Było zimno. Ale mimo powybijanych szyb śmierdziało mięsem szmuglowanym pod kieckami, kartoflami w plecakach, mokrymi ubraniami i biedą. Obok wiejskich bab z koszykami kurczaków, troskliwie pookrywanych płachtami, lub uginających się pod ciężarem baniek z mlekiem, wypełniał poczekalnię tłum miejskiej biedoty. Kurtki uszyte z farbowanych koców, za ciasne palta, nie pasujące do właścicieli, właściciele nie pasujący do za dużych butów na drewnianych podeszwach. Ludzie byli znużeni. Mimo to nie odpoczywali. Rozmawiali półgłosem. Czułem ich napiętą uwagę wobec niebezpieczeństwa.

W poczekalni na stacji w Wyszkowie, 4 marca 1942 roku, trzeciego roku wojny, po raz pierwszy zobaczyłem Niemca – wroga. Środkiem sali chodził żandarm z psem na krótkiej smyczy. Ubrany był w długi płaszcz i stalowy hełm. Żandarm był starannie ogolony, miał wyczyszczone długie czarne buty, automat przewieszony przez plecy. Duży pies o lśniącej, czarnej sierści i żółtym pysku trzymał się nogi swego pana. Chodzili miarowym krokiem środkiem sali, pustym korytarzem wyznaczonym wśród tłumu przez strach i nienawiść. Trzymali nas w napięciu. Byli świadomi swej władzy. Stałem blisko. Już nie byłem obojętnym widzem. Czułem się cząstką tłumu. Liczyłem kroki żandarma. Dwanaście w przód, dwanaście z powrotem.

Kupiliśmy bilety, rozdzieliliśmy się i parami załadowaliśmy się do ciemnych przedziałów pociągu, który nadjechał wśród kłębów pary buchającej z lokomotywy. Żandarm i pies wyszli na peron. Żandarm spuścił psa ze smyczy, zdjął z pleców automat. Pociąg ruszył.

Lekcja, jakiej mi udzielono w zatłoczonym przedziale na trasie Wyszków-Warszawa podczas mej pierwszej nocy w Polsce, była lekcją optymizmu i zaradności. Początkowo były to komunikaty zawodowe, wymiana aktualnych doświadczeń. Wczoraj czarni brali słoninę. Z pospiesznego z Małkini wygruzili wszystkich z bańkami w Tłuszczu. Najlepiej wyskoczyć, jak maszynista zwolni pod sygnałem, ale trzeba się wtedy cofnąć wzdłuż torów, bo przy przejeździe lubią czekać z psami. Wkrótce rozmowa zeszła na bieżące wydarzenia polityczne. Ktoś jadący z Wyszkowa powiedział o naszym zrzucie. Kilka osób uzupełniło wiadomość. Okazało się, że pasażerowie z Wyszkowa wiedzieli o samolocie i spadochroniarzach.

W Tłuszczu nie brali. Pod sygnałem nikt nie wyskakiwał, bo maszynista nie zwolnił. Dojeżdżaliśmy.

O siódmej wieczorem 3 marca 1942 roku załadowałem się na lotnisku pod Londynem do halifaxa. O siódmej rano 4 marca wyładowałem się z pociągu. Przeczytałem na dworcu napis: Warschau – Hauptbahnhof.

Ale to była moja Warszawa.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Skok – Halifax nr 9618

27 lutego 1942 roku rozpoczął się mój drugi cichociemny lot do Polski. Dochodziła godzina 18. Byliśmy w mesie na lotnisku. Tym razem szczęście nam dopisało. „Czerwony otok” przywiózł „operation today” nie tylko dla nas. Tej nocy po raz pierwszy w cichociemnej akcji miały lecieć do Polski dwa samoloty jednocześnie. My, „Kołnierzyki”, byliśmy pierwsi w kolejce, w kilka minut po nas miała lecieć szóstka „Krawatów”. Oprócz lotów do Polski z tego samego lotniska miały wystartować samoloty ze skoczkami norweskimi, francuskimi i holenderskimi.

Wylecieliśmy o 18.50. Jako uczestnik drugiego lotu bezceremonialnie odpiąłem spadochron zaraz po starcie i poszedłem do załogi. Antek Voellnagel, kapitan-nawigator, był moim kolegą ze szkolnych lat. Puścił mnie do swego pomieszczenia nawigacyjnego obok pilotów, gdzie przez okno roztaczał się wspaniały widok. Ciemnogranatowe morze i daleko przed nami cienko zarysowana jasna obwódka brzegu. Jak wielka kolorowa mapa.

Antek chodził do „Zamoyskiego”, ja do „Mazowieckiej”. Przypomniałem mu, jak wygraliśmy z nimi mecz hokejowy. Chwilowo mieliśmy jednak inny, bardziej aktualny temat. Coś się zaczynało dziać.

Pierwsze obudziły się czujne reflektory przeciwlotnicze. Białymi mackami zamiatały niebo daleko przed nami. Potem włączyła się artyleria przeciwlotnicza. Halifax, czteromotorowy bombowiec, nie nadaje się do akrobacji. Przy tym jest stosunkowo powolny. Nie lada trzeba sztuki, a i trochę szczęścia nie zawadzi, żeby go przeprowadzić przez kurtynę ze światła i ognia.

Stałem za fotelem pierwszego pilota. Wydał mi się równie spokojny jak przed godziną, gdy słuchał muzyki tanecznej z Londynu. Może tylko bardziej pochylił się do przodu, może mocniej zacisnął ręce na wolancie. Złapała nas artyleria. Poczuł to pilot. Jeden silnik mieliśmy postrzelony. Szliśmy jednak dalej na dużej wysokości. Artyleria i reflektory pozostawały stopniowo coraz dalej za nami. Trzymaliśmy kurs na wschód.

Ogarnęła nas głucha cisza. Zgubiliśmy szczekliwe detonacje i grzechot odłamków. Szum motorów wydawał się teraz ledwie dosłyszalny. Reflektory zrezygnowały również. Lecieliśmy w ciszy i w poświacie księżyca.

– Jesteśmy nad Bałtykiem – ustalił wkrótce nawigator. Wszyscy przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy głodni. Jedliśmy kanapki, popijając kawę z termosów. Nawet na trzech motorach mogliśmy lecieć dalej. Ale upomniał się o nas wiatr i mróz. Oblodzona maszyna stawała się coraz cięższa, traciła szybkość i wysokość. Naradzali się długo. Odpowiedni zapis w dzienniku pokładowym brzmi lakonicznie:
„Silny ogień artyleryjski nad Syltem, oblodzenie. Godz 21.30 – return to base.”

Już po północy nadlecieliśmy nad lotnisko. Wyszła nam na spotkanie mgła. Taka przysłowiowa angielska mgła, w najlepszym, białym, lepkim gatunku. Że lądowanie bombowca przy takiej widoczności z tysiącami litrów niewypalonej benzyny w zbiornikach i setkami kilogramów materiałów wybuchowych w kontenerach nie jest łatwe, przekonaliśmy się jeszcze krążąc w górze. Nagły błysk z dołu i huk przebił się przez szum silników. Na ziemi dowiedziałem się, że dwa samochody malowane w biało-czarne pasy, które towarzyszyły nam przy lądowaniu, jadąc na pełnym gazie wzdłuż runwayu, to była straż ogniowa i pogotowie ratunkowe.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Skok – Trzysta metrów od Polski

Gdy wreszcie po sześciu tygodniach oczekiwania, 25 lutego 1942 roku, por. Clauber zapowiedział kolejne alarmy i wyjazd na lotnisko, Janek Rogowski namawiał, żeby nie brać spadochronów, bo i tak wrócimy. Wzięliśmy jednak.

– Operation today – zapowiedział, wchodząc do mesy Anglik z czerwonym otokiem. Today – to znaczy dziś.

Dookoła był spokój. Lecieliśmy samotnie prowadzeni przez nasz spadochroniarski księżyc. Głuche dudnienie motorów przenikało przez słuchawki intercomu. Oparłem się wygodnie o miękki tornister spadochronu. Siedzieliśmy na podłodze samolotu z nogami wyciągniętymi przed siebie, obładowani sprzętem i uzbrojeniem, ociężali i nieruchawi, w białych grubych kombinezonach ochronnych naciągniętych z trudem na cywilne ubrania i zimowe palta. Naprzeciw mnie numery nieparzyste: pierwszy od strony dziury jedynka: Zygmunt Milewicz – „Róg”, obok niego trójka: Janek Rogowski – „Czarka”, i piątka: Janek Kochański – „Jarma”. Po mojej stronie numery parzyste: dwójka: Franciszek Pukacki – „Gzyms”, czwórka: ja – „Burek”, i szóstka: Bogdan Piątkowski – „Mak”, a dla przyjaciół „Dżul”, dowódca drużyny.

Siedzieliśmy ciasno jeden obok drugiego, jak najbliżej dziury wyciętej w dnie samolotu, tuż za komorą bombową. Dziura była szczelnie zakryta klapą i fizycznie niczym nie zdradzała swego istnienia. Mimo to przykuwała uwagę. Czułem jej obecność. Dispatcher – wykidajło otworzy ją dopiero w ostatniej chwili nad rejonem zrzutu. Przez nią zobaczę tam w dole kawałek Polski. Znany mi dotychczas jedynie z mapy. Będzie biało, bo w Polsce leży śnieg.

– Teraz wyjście już tylko przez dziurę! – oświadczył „Dżul”, gdyśmy w samolocie kołowali na start.

W mesie oficerskiej polowego lotniska w Anglii uczyłem się nazwisk i adresów: Natolińska 6 m. 17, Puławska 24 m. 23. Imię i nazwisko, numer domu i mieszkania. Nie osłonięte żadnym szyfrem ani kryptonimem wyłoniły się z warszawskiego oddalenia w całym lakonicznym bohaterstwie. To byli prawdziwi, żywi ludzie. Do swych codziennych trosk i lęków, do grozy łapanek i aresztowań dodali jeszcze dobrowolnie i świadomie ryzyko ujawnienia ich udziału w tropionej zawzięcie przez gestapo akcji zrzutów. Wiedzieli, co im grozi. Oddawali życie swoje i swych najbliższych do dyspozycji nieznanych spadochroniarzy. Odczułem wówczas prawdziwą miarę warszawskiego bohaterstwa.

Nie wiem, jak długo spałem. Obudził mnie natarczywy głos w intercomie. Gdy powtórzył po raz drugi, zrozumiałem, że to do nas.
– Wołam dowódcę skoczków! Wołam dowódcę skoczków! – Over – powtarzał nawigator. Siedzący obok mnie „Dżul” widać również drzemał, szturchnąłem go w bok. – Tu dowódca skoczków, słucham! – odezwał się.

Spojrzałem na zegarek. Dochodziła północ. Byliśmy już chyba nad Polską. Rozbudziła się cała nasza szóstka. Z początku nie bardzo rozumiałem, o czym mówi głos w intercomie. – Słaba widoczność. Chmury. Astronawigacja niemożliwa. – Pisk w słuchawkach przerwał rozmowę. – Słucham! Słucham! – upominał się „Dżul”. Nawigator tłumaczył, powtarzał. Spośród technicznych zwrotów dotarła do mnie nieoczekiwana prawda. Lecieliśmy na kurs, ale raczej na wyczucie, na nos. W takiej sytuacji nawet drobna zmiana kierunku, niewielki błąd w obliczonej poprawce na wiatr, zwielokrotniony odległością 1500 kilometrów, może spowodować wielokilometrowe przesunięcie od zamierzonego celu. Przy słabej widoczności nawigator nie mógł ustalić naszej pozycji. Gdzie jesteśmy? Nie wiedział. Równie dobrze w rejonie Grudziądza, jak Grójca. Wiedział natomiast, że po dziesięciu minutach lotu będzie musiał zawracać.

Zawracać? Takiej możliwości nie braliśmy w ogóle pod uwagę. Dotychczas żadna ze spadochronowych drużyn nie zawróciła z drogi. Nie musieliśmy się nawzajem przekonywać. Na pewno jesteśmy nad Polską. Skaczemy bez świateł oczekującej placówki. Damy sobie radę. Tylko nie wracajmy! Zjawił się dispatcher. Jako ostatni argument w dyskusji odsłonił dziurę. Gęsta, nieprzenikniona mgła, rwąca się płatami. Tylko migające gdzieś tam w dole czubki sosen przypominały o szybkości lotu. Byliśmy nad jakimś lasem. Więcej nie było widać. Nawigator nadal nie mógł ustalić pozycji.
– Nie wracajmy!

Ale nawigator miał swoje wyraźne instrukcje. Lecieliśmy jeszcze kilka minut. Dalej na wschód. Potem dispatcher zamknął klapę. Gdyśmy po dziesięciu godzinach lotu wrócili na lotnisko w Anglii, trudno było o własnych siłach wyjść z samolotu.

– Nie przejmujcie się tak – pocieszał nas wykidajło, wyładowując nas z samolotu.- Dziś wychodzicie przez drzwi, jutro was wysadzę dziurą.

Perkins czekał na lotnisku. Chwalił rozsądną decyzję powrotu. Nikomu nie życzę okazji do takiego rozsądku. Oszczędził nam wstydu powrotu na „Siedemnastkę”, zapowiadając jeszcze na lotnisku „żółty alarm” na następny dzień.

Przelecieliśmy 3000 kilometrów, oddychaliśmy już polskim powietrzem. A zabrakło nam ostatnich 300 metrów.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Skok – Żółty alarm

Wróciliśmy właśnie z rannego strzelania, gdy wszedł porucznik Clauber i bez zwykłych uprzejmych uwag o pogodzie zapowiedział krótko: „Yellow warning for «Collars»” – Żółty alarm dla „Kołnierzyków”.”Żółty alarm”, to znaczy całkowita gotowość do skoku. Więc to już dziś wieczorem.

Od kilku dni byłem w „Siedemnastce”. Taki bowiem kryptonim nosiła nasza stacja wyczekiwania. Pensjonat nie pensjonat, wojsko nie wojsko, raczej dziwny, trochę surrealistyczny film. Dziwne były w nim i dekoracje, i aktorzy. Dekoracje – solidne, dwieście lat temu zbudowane z szarego piaskowca, z sięgającymi pod sufit osmalonymi kominkami. Z przepisowymi zbrojami, z meblami robionymi na zamówienie przez samego pana Chippendala, z galerią portretów wątpliwych przodków i kolorową kolekcją niewątpliwych zwycięzców derby. Lordowska rezydencja „gdzieś w Anglii” oddana na czas wojny do użytku cichociemnych.

W bibliotece obok wielkiego pożółkłego ze starości globusa, pamiątki po pradziadku-admirale, leżą na podłodze starannie poukładane spadochrony. Z kilku półek uprzątnięto książki z czerwono-złotymi grzbietami, żeby zrobić miejsce dla oksydowanych czarnych pistoletów maszynowych i rewolwerów. Wśród chippendalowskich foteli rozpostarł się stół do ping-ponga, na przyłbicy któregoś z rycerskich przodków przyklejono maszynopis z rozkładem zajęć. Dookoła domu park. Pod drzewami, na nieskazitelnych do niedawna trawnikach stoi zaparkowana kolumna wojskowych łazików, tuż obok zacisznego, wysłonecznionego rozarium – strzelnica obłożona workami z piaskiem.

Wojenna poprawka 1941 roku nie pasowała do pałacowych wnętrz i parkowych perspektyw z osiemnastego wieku. Jeszcze mniej pasowaliśmy do tych dekoracji my, angielsko-polscy wojenni lokatorzy „Siedemnastki”. Zamiast lordowskich mości panował na stacji sprawiedliwie i trunkowo major Perkins. Zastępował go w urzędzie i przy bufecie porucznik Clauber, z cywila ubezpieczeniowiec, z wojska również „dwójkarz”, przydzielony do polskich spadochroniarzy.

Angielskich mieszkańców „Siedemnastki” uzupełnialiśmy my, polscy spadochroniarze, oczekujący na swój lot. Jeśli zielone angielskie mundury i battledressy niezbyt pasowały do pałacowych wnętrz, to nasze warszawskie ciuchy wyglądały na tle gobelinów i sztychów wręcz szokująco. Nie psuło nam to jednak humoru, zwłaszcza że jak dotąd cichociemni lokatorzy nie pozostawali długo na stacji. „Jackety” i „Shirty” – ekipy naszych poprzedników, odleciały w ciągu tygodnia. Teraz my, „Kołnierzyki”, byliśmy na wylocie. Mieliśmy przed sobą kilka księżycowych nocy gotowości do skoku. Potem groziła nam dwutygodniowa przerwa i znowu dwa tygodnie gotowości bojowej. W owym czasie, a nasz lot miał być dopiero piątym kolejnym cichociemnym zrzutem, koniecznym warunkiem lotu do Polski i trafienia na oczekującą placówkę była pogoda i dobra widoczność, osiągalna jedynie podczas drugiej lub trzeciej kwadry księżyca.

Program zajęć na stacji sprowadzał się właściwie do jednego: czekać. Ale nawet ta prosta czynność nie była taka łatwa. Codziennie, budząc się rano, nie wiedziałem, czy dziś wieczorem pojadę do kina, czy polecę do Warszawy. Żeby nam się to czekanie zbytnio nie dłużyło, tośmy strzelali, ile wlazło, i codziennie chodzili po dwadzieścia kilometrów. Ponieważ nie mieliśmy już żadnych angielskich dokumentów, a wyglądaliśmy jak na stosunki angielskie mocno podejrzanie, ten codzienny spacer oprócz treningu dostarczał nam ponadto trochę emocji: nie dać się złapać.

Zostały nam tylko jeszcze dwie księżycowe noce. I właśnie następnego ranka porucznik Clauber zapowiedział nam „żółty alarm”. Byłem gotów od dawna. Sprawdziłem jeszcze raz ubranie, ekwipunek, broń.

– Czy ktoś chce zmienić spadochron? – zapytał Clauber zgodnie z cichociemną tradycją która zezwalała skoczkowi na zmianę spadochronu bez podania powodu. Spojrzałem na leżący obok mnie brązowy pakunek. Tyle razy sprawdzałem działanie klamry, regulowałem długość taśm. Chyba się otworzy? – Nie zmieniam.

Po obiedzie major Perkins odebrał telefoniczne potwierdzenie wieczornego lotu. „Red warning” – „Czerwony alarm”. Jedziemy na lotnisko. Po raz pierwszy „naprawdę” ubraliśmy się w białe kombinezony ochronne. W Polsce leżał śnieg. Spadochrony i grube gumowe hełmy ochronne założymy na lotnisku. Załadowaliśmy na łaziki siebie i bagaż. Żegnaj, „Siedemnastko”!

Trzydzieści kilometrów do lotniska przejechaliśmy szybko i w milczeniu. Za dwie godziny mamy lecieć do Warszawy. Tyle było wtedy do powiedzenia samemu sobie. Zrobiło się ciemno.

Polowe lotnisko wyłoniło się nagle zza zakrętu. Łysina bez drzew, pokrajana długimi, sztywnymi pasami betonu, wyznaczona niebieskimi, pełzającymi światełkami. Barak dowództwa, kilka zaparkowanych samochodów, działa przeciwlotnicze pod siatkami maskującymi, dalej czteromotorowy halifax. Nasz samolot. Po ciemku wydawał mi się jeszcze większy niż za dnia. Rozgrzewał silniki. Wszystkie cztery chodziły na niskich obrotach. W mesie oficerskiej czekała na nas kolacja i załoga samolotu. Zrobiło mi się raźniej. Znowu obowiązywał spadochroniarski fason. Śmiałem się jednak za głośno, mówiłem za dużo. Wyraźnie nadrabiałem miną. Miałem nieliche emocje.

Przymierzałem spadochron. Po raz nie wiem który upewniłem się, że taśmy mają odpowiednią długość, że klamra odpinająca działa, że rewolwer łatwo wyciąga się z kabury.

Silniki samolotu zagłuszały widać odgłos podjeżdżających samochodów, bo nagle w otwartych drzwiach ukazał się angielski oficer z czerwonym otokiem na czapce i znajomy major Jaźwiński z „Szóstki”. Wiedzieli dobrze, jak bardzo ich wyglądaliśmy. Tylko przypiąć spadochrony i założyć hełmy ochronne.

– No operation today – oświadczył lakonicznie Anglik. No operation today – nie lecicie dziś – powtórzył ciszej zakłopotany naszym ponurym milczeniem.

Powtarzałem bezmyślnie: – Nie będę jutro rano w Warszawie, nie będę jutro rano w Warszawie… – Wracaliśmy do bazy. Byłem całkowicie zrezygnowany. Uświadomiłem sobie, że chociaż się tego skoku bałem, to znacznie bardziej boję się teraz powrotu do wygodnego łóżka na stacji, do ping-ponga, do czekania.

To był dopiero początek naszego pecha. Wyraźnie nam się nie wiodło. Trzykrotnie zapowiadał nam Clauber żółty, a potem czerwony alarm. Trzykrotnie jechaliśmy na lotnisko, za każdym razem przekonani, że to już. I za każdym razem ten sam Anglik z czerwonym otokiem na czapce w ostatniej chwili zdążył powtórzyć swoje: „No operation today”.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Kurs odprawowy

Gdy meldowaliśmy się z Jankiem Kochańskim w bazie skoczków spadochronowych VI Oddziału Sztabu, dwa pytania nurtowały nas przede wszystkim: z kim i kiedy będziemy skakać. Drużyna cichociemnych składa się z sześciu skoczków. Pozostałych czterech mieliśmy poznać w bazie.

To niebagatelna rzecz dobór towarzyszy do takiej podróży. Technika drużynowego skoku, nawet z nieznanymi kolegami, nie nastręczała trudności. Wszyscy mieliśmy za sobą przeszkolenie w Małpim Gaju i w Ringway, reprezentowaliśmy zapewne te same umiejętności, tę samą gotowość do skoku. Ale prawdziwy egzamin rozpocznie się w powietrzu, gdy samolot mrugnie na pożegnanie światłami pozycyjnymi i odleci, a ziemia zacznie się gwałtownie zbliżać. Tym razem to już zmarznięta polska ziemia. Czy trafimy na placówkę? Jak wylądujemy? Czy się poznajdujemy po skoku? Jak się dostaniemy na lokal kontaktowy w Warszawie? To wszystko zależało w znacznej mierze od współdziałania drużyny.

Nie wiem, czy to tylko zbieg okoliczności, czy jakaś życzliwa sztabowa dusza sprawiła, że w dużym pokoju z sześcioma łóżkami, który czekał na nas w bazie skoczków, dwa łóżka zastałem zajęte przez „Dżula” i Janka Rogowskiego, moich przyjaciół z 1 baterii w St. Andrews.
– Zamelduj się swemu dowódcy – powitał mnie „Dżul”.

Pozostałych dwóch członków naszej drużyny poznałem jeszcze tego samego dnia. Znałem ich już uprzednio z kursów dywersyjnych: porucznik Zygmunt Milewicz, dyrektor jednego z warszawskich banków, który mimo swych czterdziestu kilku lat świetnie przeszedł uciążliwą zaprawę spadochronową, i Franciszek Pukacki, podchorąży zawodowy jednego z poznańskich pułków piechoty, awansowany na podporucznika.

Choć jeszcze nie byliśmy nawet na stacji wyczekiwania, wszystkie moje obawy i niepokoje pierzchły, gdy spotkałem „Dżula” i Janka. Na pewno dolecimy bez przeszkód, placówka będzie na nas czekała, będzie pełnia księżyca i puszysty śnieg.

Odpowiedź na drugie pytanie: kiedy będziemy skakać, nie była prosta. Kolejność skoku poszczególnych drużyn była z góry ustalona. Ale termin skoku zależał od księżyca, chmur, wiatrów, niemieckiej artylerii przeciwlotniczej i nocnych myśliwców, gotowości placówki w kraju, łapanek, żandarmerii i gestapo. I wielu innych okoliczności. Najmniej od skoczków. Drużyna oczekująca na skok, pierwsza w kolejce i druga, zapasowa, była „gdzieś w Anglii” na stacji wyczekiwania. Stamtąd jechało się już bezpośrednio na lotnisko. Trzecia w kolejności drużyna czekała w Londynie w bazie VI Oddziału Sztabu.

Z chwilą zameldowania się w bazie każdy z nas tracił osobowość, nazwisko, adres. Drużyny dostawały kryptonimy, poszczególni skoczkowie kolejne numery, w zależności od ustalonej zawczasu kolejności skoków. Dowódca drużyny skakał pierwszy lub ostatni.

Dzięki konfekcyjnym upodobaniom kogoś ze sztabu panowała wówczas moda na ubraniowe kryptonimy spadochronowych drużyn. Andrzej Świątkowski skakał w zespole „Jacket” – „Kurtka”, po nim czekała swej kolejki ekipa „Shirt” – „Koszula”, a my dostaliśmy kryptonim „Collar” – „Kołnierzyk”, po nas skakały „Boots” – „Buty”. Przy ustalaniu dalszych kryptonimów włączył się widocznie lekarz, bo kilka kolejnych drużyn miało medyczne nazwy: „Reumatyzm”, „Wietrzna ospa”, „Odra”. Zostałem czwartym „Kołnierzykiem” – „Collar” nr 4.

Do wyjazdu na stację oczekiwania mieliśmy co najmniej kilka dni. Tymczasem w bazie przechodziliśmy kurs odprawowy. Obejmował on najaktualniejsze wiadomości o bytowaniu w kraju pod okupacją, zapoznawał z obowiązującymi przepisami policyjnymi w Generalgouvernement, ułatwiał przygotowanie niezbędnej „legendy” na wypadek indagacji, przyzwyczajał do nowej osobowości i dokumentów. Poza tym kompletowaliśmy wyposażenie. Wyposażenie skoczka spadochronowego jest z konieczności bardzo ograniczone. Żadnych dodatkowych bagaży. Tylko to, co można włożyć na siebie.

Dostaliśmy dokumenty i pobory wypłacone z góry. Dokumenty nie były najlepsze. Brak było w Londynie aktualnych informacji i wzorów z kraju. Musiał nam wystarczyć przedwojenny dowód osobisty – drukowany zresztą w Londynie – na dowolnie wybrane imię i nazwisko. Pomny zasady, by zatrzymywać prawdziwe imię, co ułatwia przyzwyczajenie się do nowej skóry, skakałem do Polski jako Stanisław Brzózka, technik budowlany.

Dokumenty Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza z zasobu Studium Polski Podziemnej w Londynie

Poważny kłopot mieliśmy z doborem ubrania, żeby je w Londynie dopasować do wyglądu warszawskiej ulicy 1941 roku. Najcenniejszą częścią mej garderoby była mocno wytarta na łokciach, ale autentyczna jesionka firmy „St. Cichocki – Warszawa”, którą dostałem via Polski Czerwony Krzyż. Resztę musiałem kupić. Doprowadziło mnie to do nieprzewidzianej scysji z przedstawicielem firmy „Fortnum and Mason – by appointment of His Majesty” – „Dostawców Jego Królewskiej Mości”. Kupowałem u nich buty. Jak najlepsze, choćby najdroższe, możliwie typowe buty. Sprzedawca w pełni szanował mój wybór, zwłaszcza że bardzo wysoka cena nie wzbudzała mych zastrzeżeń. Nieporozumienie wynikło wówczas, gdy uprzejmie poprosiłem, by usunięto z butów wszelkie znaki firmowe. Od stu lat istnienia sławnej firmy byłem pierwszym chyba klientem, który wysuwał tak dziwne i niemal aroganckie życzenia. Był zgorszony.

Wielokrotnie przymierzaliśmy zakupione londyńskie ciuchy i ocenialiśmy nawzajem, jak będą pasowały do Marszałkowskiej. Starannie wypruwałem wszelkie „Made in England” i znaki firmowe, które w przypadku rewizji mogłyby mnie wsypać. Przeglądałem każdą sztukę ubrania, każdą koszulę, likwidując wszelkie ślady angielskiego pochodzenia. Sprawdzano potem mój ekwipunek na stacji wyczekiwania. A mimo to, w pięć lat później, ubierając Magdalenkę w mocno przyciasny już wówczas sweterek, który skacząc do Polski przywiozłem dla niej przytroczony na plecach, odkryłem nieco wypraną, ale dostatecznie czytelną etykietę „Pure Wool” – czysta wełna.

Poza wyposażeniem osobistym skoczek otrzymywał kombinezon w kolorze ochronnym (myśmy skakali w białych), gumowy hełm ochronny, bandaże elastyczne, gumowe wkładki do butów amortyzujące skok, skórzane rękawiczki, dwa pistolety i po 50 pocisków, składany nóż, kompas, scyzoryk, łopatkę aluminiową, małą manierkę z alkoholem i truciznę. Można było odmówić wzięcia trucizny. Nie odmówiłem.

Dostawaliśmy cyjanek potasu w ochronnym opakowaniu. Płaska pastylka, niewielka, by ją łatwo było mieć zawsze przy sobie, ukryć przed pierwszą rewizją, zachować ostatnią szansę. Nosiłem ją przy sobie od chwili skoku do pierwszej zbiórki w Powstaniu. Pomagała mi świadomość, że działa niezawodnie.

Święta Bożego Narodzenia 1941 roku spędziliśmy w gronie spadochroniarzy w bazie VI Oddziału w Londynie. Była choinka i polskie kolędy. 27 grudnia pojechaliśmy do stacji wyczekiwania. „Jackety” zrobiły nam miejsce. Tej nocy skakali do Polski. Dołączyłem do cichociemnych.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Czy chce pan lecieć?

– Porucznik Jankowski proszony jest do kierownika szkoły – zawiadomił mnie sierżant „Brzęczyk”, wchodząc na kolejne ćwiczenia z nadawania alfabetu Morse’a. Byliśmy już kilka tygodni po kursie spadochronowym, mieliśmy za sobą kilkudniowe przeszkolenie dywersyjne w polskim ośrodku cichociemnych.

Pułkownik usadowił się wygodnie za biurkiem i zaczął mi się przyglądać. To przyglądałem mu się i ja. Jakiś życzliwy telefon przerwał przedłużające się milczenie. Lakoniczna rozmowa pułkownika nie wniosła nic nowego.
– Jak treningi wioślarskie?

Po czym już nie wytrzymał i nie czekając na odpowiedź, zadał mi pytanie, na które czekałem od wielu miesięcy:
– Czy chce pan lecieć?

Miał podać do „Szóstki” nazwiska dwóch kandydatów z naszej szkoły do służby w kraju. Zrzut miał nastąpić możliwie jak najprędzej. Zaproponował mnie pierwszemu, prosił, bym mu wskazał drugiego kandydata, z którym mielibyśmy skakać.

Nie potrzebowałem potwierdzać, że chcę lecieć. Wiedział o tym równie dobrze jak ja. Siedziałem oniemiały. Już, zaraz, jak najprędzej. I to właśnie ja. Po to przyszedłem do szkoły, to mi obiecał pułkownik podczas naszej pierwszej rozmowy w Szkocji. Nie potrzebowałem się długo zastanawiać, z kim chciałbym skakać, z kim chciałbym startować do roboty w kraju. Dokonywałem w myślach takiego wyboru już nieraz. Zaproponowałem Janka Kochańskiego. Wiedziałem, że będziemy się uzupełniali, że będę mógł na niego liczyć, że i on bardzo chce lecieć do Warszawy. Jego spokój i pewność siebie, bojowość granicząca z brawurą, doskonała forma fizyczna, a do tego jeszcze wesołość i poczucie humoru dodawałyby mi otuchy na drogę.

Pułkownik aprobował kandydaturę Janka, po czym już we trójkę uzgadnialiśmy program ostatnich tygodni w szkole i „legendę” naszego nagłego odejścia. Na zakończenie pułkownik wrócił do postawionego na wstępie pytania. Każdy z nas miał oficjalnie potwierdzić, że chce skakać do Polski.

– To niebezpieczna służba – ciągnął pułkownik, jakby chciał przekazać nam swe niepokoje i zostawić otwartą furtkę. – Podczas pobytu w kraju na żadną pomoc stąd nie możecie liczyć. W razie wpadki – jeśli się o tym dowiemy – odnotują to w waszych kartotekach w „Szóstce”. Nic więcej. Możecie odmówić lotu do Polski. To jest służba wyłącznie ochotnicza. Jeśli odmówicie, nikt poza mną nie będzie o tym wiedział. Dostaniecie inne przydziały. Żywot oficera wywiadu zrzuconego na spadochronie jest podczas wojny krótki. Według statystyki, którą prowadzą Anglicy, nie trwa dłużej niż sześć miesięcy.

Potwierdziliśmy obydwaj. Chcemy lecieć jak najprędzej.

W dwa lata później dotarł do mnie w Warszawie meldunek o aresztowaniu Janka Kochańskiego przez gestapo. Był trzecim z naszej drużyny, który zginął. Przypomniała mi się wtedy ta angielska statystyka.

Mieliśmy być za dwa tygodnie gotowi do odejścia do bazy cichociemnych skoczków VI Oddziału. Tam miał się urwać nasz ślad. Niewiele miałem w Anglii osób, z którymi przyszło mi się żegnać.

Po powrocie do szkoły wpadłem znowu w wir zajęć. Szlifowano mnie na wszystkie strony. Sierżant „Brzęczyk” uważał, że moje losy zależeć będą wyłącznie od podwyższenia szybkości odbioru o dalsze dziesięć znaków Morse’a, doktor Hartman uzupełniał recepty, porucznik Kobus starał się utwierdzić moje zaufanie do wytrychów. A mnie to wszystko wydawało się odległe, jakby „na niby”. Myślami byłem w Warszawie.

Byliśmy z konieczności szkoleni na wyrost, by w razie potrzeby móc spełnić bardzo różnorodne i zmienne zadania, z jakimi stykał się oficer wywiadu AK w kraju.

Nie miałem okazji do zastosowania całej mej wiedzy i umiejętności nabytych w szkole. Nie na wiele przydały mi się zapamiętane schematy organizacyjne jednostek Wehrmachtu i Luftwaffe. Zawiodłem nadzieje sierżanta „Brzęczyka”, bo nie nadałem ani jednej litery Morse’em. Nie otworzyłem ani jednego cudzego zamka, do czego sposobił mnie porucznik Kobus. Natomiast w chemii, fotografii i „kaligrafii” byłem wdzięcznym uczniem mych londyńskich profesorów, organizując w Warszawie pracownie fałszywych dokumentów dla potrzeb wywiadu AK.

Bardziej od technicznych umiejętności przydała mi się ogólna znajomość wywiadowczego rzemiosła i jego rygorów. Zasada analizowania poszczególnych sytuacji, szukania powiązań, reguła, że nie istnieją sprawy drobne i nieważne, które wolno lekceważyć. Może to właśnie przyczyniło się w jakimś stopniu do faktu, że nasza komórka, Wydział Legalizacji i Techniki II Oddziału Sztabu KG AK, który był solą w oku gestapo, przeszedł dwuipółletni okres konspiracyjnej pracy z tak małymi stratami. Ale nawet najbardziej skrupulatne przestrzeganie szkolnych reguł nie na wiele by mi się przydało, gdyby nie ten łut szczęścia, który mi towarzyszył.

Ostatniego dnia przed odejściem na kurs odprawowy 11 grudnia 1941 roku zostaliśmy obydwaj z Jankiem Kochańskim zaprzysiężeni. Pułkownik z VI Oddziału Sztabu czytał tekst przysięgi, który powtarzaliśmy za nim:
„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej kładę rękę na ten święty Krzyż, znak męki i zbawienia, i przysięgam, że będę wiernie i nieugięcie stał na straży honoru Polski, a o wyzwolenie jej z niewoli walczyć będę ze wszystkich sil moich, aż do ofiary mego życia. Wszystkim rozkazom organizacji będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.”

„Przyjmuję cię w szeregi Związku Walki Zbrojnej – brzmiała odpowiedź. – Twym obowiązkiem będzie walczyć z bronią w ręku o odrodzenie Ojczyzny. Zwycięstwo będzie twoją nagrodą. Zdrada karana jest śmiercią.”

Z tą chwilą staliśmy się formalnie żołnierzami ZWZ, przemianowanego wkrótce na Armię Krajową.

 

Powtarzałem uroczyste słowa przysięgi, przekazane z Warszawy, trochę wzruszony, ale i trochę zawstydzony. Nie miałem jeszcze do nich prawa. Byłem w lokalu angielskiego biura, przyjechałem wygodnie autobusem, mogłem iść po tej ceremonii do kina czy na drinka. Na pułkownika, który nas zaprzysiągł, czekało na dole służbowe angielskie auto.

Prawdziwie zabrzmiał mi tekst przysięgi dopiero powtarzany za mną na strychu na Krakowskim Przedmieściu, w stolarni na Chłodnej, w szopie na Marymoncie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Odznaka spadochronowa

Po odbyciu kolejki skoków wróciliśmy do Brygady Spadochronowej, gdzie każdemu, kto odbył przepisaną liczbę skoków, wręczano odznakę spadochronową. Zaprojektował ją architekt-malarz, porucznik Marian Walentynowicz, wykorzystując zaprojektowaną przez siebie okładkę książki Ziemia gromadzi prochy. Orzeł o długich skrzydłach z nastawionymi szponami, spadający na ziemię. Na wewnętrznej stronie odznaki wyryte zawołanie: TOBIE OJCZYZNO!

W rozkazie nr 3 Naczelnego Wodza z dnia 20 VI 1941 czytamy: „Zatwierdzam znak spadochronowy w kształcie spadającego do walki orła. Na obczyźnie, gdzie myśli wszystkich Polaków biegną ustawicznie do chwili powrotu, a obraz jego różne w wyobraźni przybiera kształty, ma to sens szczególny. Wojsko Polskie widzi swój powrót w walce, poświęceniu i chwale. Chcemy, by orły naszych sztandarów zwycięsko spadały na wroga, zanim spoczną na swojej oswobodzonej ziemi.”

Po skoku bojowym do odznaki przybywał wianek, trzymany w orlich szponach. My, cichociemni żołnierze AK, mamy w wianku dodatkowo konspiracyjną kotwicę Polski Walczącej.

Miło mi, ilekroć spotykam młodego chłopca w czerwonym berecie, który nosi „naszą” odznakę spadochronową.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

 

Ringway

W Ringway w Międzynarodowym Ośrodku Szkolenia Spadochronowego oprócz nas skakali wówczas jeszcze Belgowie, Brytyjczycy, Czesi, Francuzi, Holendrzy i Norwegowie.

Zadawaliśmy tam fasonu i nie zdarzyło się, by ktoś z Polaków odmówił skoku. A można było odmówić nawet już w powietrzu, nad otwartą dziurą, ze spadochronem przypiętym do samolotu. Co prawda, przebiegli Anglicy chytrze utrudnili taką odmowną decyzję. Przed skokiem kwitowało się odbiór spadochronu u młodej, często ślicznej dziewczyny, a po skoku trzeba było wpisać OK. Ci, którzy nie zdecydowali się na skok, musieli potwierdzić odmowę. Nad otwartą dziurą każdy się boi. Każdy, kto ma wyobraźnię. To nieprawda, że spadochroniarze nie boją się. Przeciwnie, lepiej od innych wiedzą, co to strach, ale wiedzą również, że można go przezwyciężyć. Im większy strach nad otwartą dziurą, tym większa radość pod otwartym spadochronem.

Polacy w Ringway nie tylko nie odmawiali skoku, ale dla fasonu dopuszczali się wielu niedozwolonych sztuczek, słusznie tępionych przez angielskiego komendanta ośrodka. Dwie z nich najbardziej popularne to przedwczesne odpinanie klamry i skakanie parami.

Klamra – ta sama niezawodna klamra spinająca taśmy, którą z należytym szacunkiem demonstrował nam instruktor na pierwszym wykładzie w Małpim Gaju. Okazało się, że Polacy potrafili nawet tę solidną, angielską klamrę namówić do złego. Zgodnie z instrukcją klamrę wolno odpiąć dopiero na ziemi po wylądowaniu. Ale nie zawsze to jest łatwe. Wiatr ciągnie spadochron, obciążenie bojowe utrudnia ruchy. Wlecze skoczka po ziemi, zawadza nim o wszelkie co bardziej wystające kamienie, krzaki, badyle. Poniewiera nim. A klamra kusi. Wystarczy przecież odpiąć ją trochę wcześniej, tuż nad ziemią, trzymając drugą ręką linki spadochronowe. Nawet przy silnym wietrze będziesz od razu na ziemi wolny, płachta spadochronu poleci dalej sama. No, to Polacy odpinali tę klamrę zawczasu i swobodnie spadali na ziemię. Pierwszy odpiął klamrę na dwie sekundy przed wylądowaniem, drugi na wszelki wypadek, żeby nie było za późno – na cztery sekundy. A cztery sekundy opadania ze spadochronem to dwanaście metrów, cztery piętra. Wystarczy chwila nieuwagi lub zmęczenia, by jedna z dwóch zbiorczych linek wysunęła się z ręki, a wówczas spada się jak kamień. Jednoczesne skakanie parami to było drugie polskie „usprawnienie” w Ringway. Podstawowa umiejętność zespołowego skoku drużyny składającej się z sześciu skoczków to szybki wyskok z samolotu. Jak najszybciej jeden po drugim, niemal na głowę poprzednika. Zapewni to mały rozrzut, ułatwi znalezienie się po skoku. Skoczkowie czekają na komendę „go”. „Jedynka” siedzi na krawędzi dziury, pozostali stoją jak najbliżej, jeden za drugim. Są obciążeni ekwipunkiem, zmęczeni kilkugodzinnym lotem. Dziura wydaje się ciasna. Skok choćby co pół sekundy rozrzuci szóstkę spadochroniarzy na przestrzeni kilkuset metrów. W nocy, w lesie, w pobliżu niemieckich posterunków.

Niemieccy spadochroniarze zrzuceni na teren nieprzyjacielski byli ponoć wyposażeni w specjalne rakiety z podczerwonym światłem, widocznym tylko przez specjalny okular, który ułatwiał im sygnalizację i odnajdywanie się. My mogliśmy liczyć głównie na szybkość zeskoku. Maksymalne skrócenie czasu zeskoku drużyny nie dawało Polakom spokoju. Trenowali, skakali jeden drugiemu na głowę – ciągle wydawało się za długo. Wreszcie ktoś zaproponował „sposób”: skakać po dwóch. Zarobili sekundy i surowy zakaz takich sztuczek.

Już pierwszego dnia po przyjeździe do Ringway mogliśmy się przekonać, że mimo znakomitego sprzętu, doświadczonej załogi samolotu i zaprawy z Małpiego Gaju – niezawodne jest przy skoku spadochronowym tylko przyciąganie ziemskie.

Tego dnia po południu skakali drużynowo Polacy. Skakało się zazwyczaj szóstkami. Dispatcher przypinał automatycznie sześć linek do sześciu uchwytów w samolocie. Tym razem wyjątkowo skakało siedmiu. Dispatcher przypiął automatycznie sześć linek. Sprawdził dokładnie i solidnie, ale tylko sześć. Nie ma możności, by otworzyć w powietrzu automatyczny spadochron nieprzypięty do samolotu. Linka jest zbyt długa, zbyt mocno wepchnięta w pokrowiec.

Siódmy skoczek próbował. Spadanie z pięciusetmetrowej wysokości trwa kilkanaście sekund. Dostatecznie długo, by obserwujący na dole zrozumieli rozpaczliwe ruchy spadającego, który w pełni świadomości starał się wyszarpnąć linkę. Dostatecznie długo, by dispatcher uświadomił sobie pomyłkę, gdy po ostatnim skoku nie usłyszał charakterystycznego uderzenia zerwanej linki o dno samolotu. Skoczek po upadku na ziemię był miękki, płynny jak worek z piaskiem. Dispatcher poszedł do więzienia. W tym fachu nie wolno się mylić.

W Ringway zdarzył się podczas szkolenia inny wypadek, świadczący o tym, jak dalece zautomatyzowane są odruchy dobrze wyszkolonych skoczków.

Skakali wyjątkowo dziesiątkami. Do drużyny przydzielono jakiegoś porucznika, który miał piętnaście skoków za sobą i skakał „przyjemnościowo”. W ostatniej chwili na skutek choroby odpadł jeden skoczek. Samolot zbliżał się do miejsca skoków. Zapaliło się czerwone światło. „Action Station”. W tym momencie „dwójka” zobaczył wolny karabińczyk, dyndający koło ramienia porucznika-„czwórki”. Było dlań jasne, że porucznik jest nie przypięty. Widok ten tak go zamurował, że – jak sam później opowiadał – nie był w stanie powiedzieć ani słowa. Gdy zapaliło się zielone światło: „Go” – wskazał ręką na wolny karabińczyk, krzyknął porucznikowi: „Jesteś nie przypięty!” – i wyskoczył. Porucznik obrócił się, zobaczył wolny karabińczyk obok siebie. Ale gdy „trójka” wyskoczył i przyszła kolej na porucznika, wyskoczył także. Skoczył do dziury, mając przeświadczenie, że jest nieprzypięty, że spadochron mu się nie otworzy, że się zabije. Spadochron otworzył się. Karabińczyk dyndający nad jego głową to był dziesiąty wolny karabińczyk tego, który zachorował przed skokiem. Jeśli drużyna spadochronowa osiągnie już ten stopień wyszkolenia, że automatycznie reaguje na komendę: „Go” i pierwszy skoczek wyskoczy, wówczas nic już nie może powstrzymać reszty przed wyskokiem.

Przyszła i na nas kolej. Po raz pierwszy miałem skakać naprawdę z samolotu. Z angielskiego bombowca whithleya, który był wówczas używany do celów szkoleniowych w Ringway. Jego szybkość, niewiele ponad 200 km na godzinę, podczas mojej spadochronowej premiery bardzo mnie podnosiła na duchu.

Pierwszy raz skakało się w pojedynkę. Towarzyszył mi dispatcher, co w polskim przekładzie spadochronowym brzmiało znacznie bardziej serdecznie: wykidajło. Przypina on skoczka do samolotu, podaje mu komendy do skoku. W razie potrzeby potrafi nawet dyskretnie i skutecznie popchnąć zbyt długo namyślającego się nad dziurą delikwenta. Lecieliśmy możliwie wolno, pod wiatr, na najbezpieczniejszej dla skoczka wysokości około pięciuset metrów. Przez otwartą dziurę, jak na dużej makiecie, widziałem domki wśród drzew, krowy i owce na soczyście zielonych pastwiskach, małe kolorowe samochodziki, goniące się na wąskiej taśmie drogi.

Siedziałem na podłodze samolotu sam, ze spadochronem na plecach, wpatrzony w dziurę. Z kabiny pilota wyszedł wykidajło, Anglik, i sprawdził moje przypięcie do samolotu. Musiałem mieć dostatecznie, jak na pierwszy skok, głupią minę, bo poklepał mnie po ramieniu i podniósł kciuk do góry. OK! Nadlatywaliśmy nad miejsce skoku.

Wykidajło, stary wyga, już niejednego skoczka ekspediował do pierwszego skoku i wiedział lepiej ode mnie, że choć miną nadrabiam, to się boję. Każdy się boi, tylko nie każdy się przyznaje. Wiedział, jak mi pomóc, jak ułatwić decyzję. Stanął naprzeciw mnie, tuż nad dziurą. Pilot zapalił czerwony sygnał. „Action Station” – podał mi komendę dispatcher, trzymając wyciągniętą rękę tuż przed mymi oczami. Wykonanie tej komendy było proste. Usiąść na brzegu dziury, spuścić nogi w dół i czekać. Wpatrzony w rękę dispatchera zapomniałem o dziurze, o tych pięciuset metrach pode mną. Zielone światełko – dispatcher krzyczy „go” i macha ręką w dół. Posłusznie spuszczam się do dziury. Już. To wszystko.

Byłem przygotowany, że będę spadał jak kamień w dół, a tymczasem wydało mi się, jakbym koziołkował do góry. Zaskakujące uczucie przy pierwszym skoku. Nie bierze się pod uwagę poziomej składowej prędkości, którą nadaje skoczkowi samolot.

Lekkie szarpnięcie ustawiło mnie w powietrzu. Czasza spadochronu złapała powietrze, wypełnia się i zaokrągla. Jeszcze kilka wahnięć i siedziałem wygodnie w taśmach spadochronu jak w fotelu. Co za radość. Warto było tłuc się na huśtawce w Małpim Gaju, warto było bać się nad dziurą w podłodze samolotu. Whithley odleciał. Cisza. Początkowo nie czuć wcale opadania.

Widok! Co za wspaniały widok, gdy nie ma niczego między mną a ziemią. Z radości gwizdałem sobie w powietrzu Hejnał Mariacki. Póki na mnie z dołu nie wrzasnął głośnik: „Nogi razem!” Potem nagle ziemia zrobiła się wklęsła, zaczęła lecieć na moje spotkanie. Kopnąłem się kolanami w zęby.

Drugi skok odbyłem we dwójkę z Januszem Zalewskim. Przedtem się bałem, bo nie wiedziałem, jak to będzie, teraz się bałem, bo wiedziałem jak to jest.

Skakaliśmy jeszcze trzykrotnie szóstkami. Przestrzegaliśmy instrukcji, nie wyskakiwaliśmy po dwóch, nikt z naszej szóstki się nie połamał.

Na zakończenie szkolenia, już ekstra dla nas, cichociemnych, zafundowano dodatkowy skok w nocy z balonu na uwięzi. Jako że do Polski będziemy skakali po nocy. Głupie to uczucie, gdy w koszu podwieszonym do balonu zaporowego, który ze swymi bocznymi statecznikami przypomina dobrodusznego słonia-kłapoucha, windowaliśmy się do góry. Lina wiążąca nas z ziemią ginie tam w dole. Tylko telefon potwierdzający z dołu gotowość do przyjęcia skoczka przypomina w absolutnej ciszy, że tam gdzieś na dole jest ziemia, na którą mamy skakać. „Action Station!” „Go!”

Zatęskniłem do whithleya i jego dwustu kilometrów na godzinę. Dobroduszny słoń-balon okazał się złośliwy. Wypluł mnie z siebie w dół na łeb na szyję. Zanim spadochron wyciągnie się z pokrowca, rozprostuje i nabierze powietrza, zanim szarpnięcie upewni, że czasza się otworzyła, leci się jak kamień ponad 50 metrów. Uczucie jak przy szusie narciarskim, gdy się nagle wypadnie na ostry oblodzony stok. Nogi uciekają, serce podchodzi do gardła. Starałem się obliczyć odległość. Nic z tego. Uderzyłem kolanami w zęby i tyłkiem o ziemię. Lubiłem skakać, choć się bałem. Jak wszyscy chyba spadochroniarze.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Małpi Gaj

Nie wystarczało chcieć skakać na spadochronie do Polski. Trzeba było umieć. Od tego był właśnie Małpi Gaj. Oficjalna nazwa tej instytucji brzmiała co prawda znacznie dłużej i bardziej uroczyście: Ośrodek Szkoleniowy Samodzielnej Polskiej Brygady Spadochronowej w Uper Largo House. Ale używaniem tej nazwy nie splamił się ponoć nawet sam „Sosab” – pułkownik Sosabowski, twórca i dowódca brygady i ośrodka.

Pojechaliśmy tam całą szkołą we wrześniu 1941 na dwutygodniową zaprawę. Program szkolenia przewidywał trzy kolejne etapy: sucha zaprawa, skoki z wieży spadochronowej w Małpim Gaju, potem skoki z samolotu w Międzynarodowym Ośrodku Szkolenia Spadochronowego w Ringway pod Manchesterem.

Naukę w Małpim Gaju – jak przystało na ośrodek szkoleniowy – rozpoczęliśmy od wykładu. Instruktor, młody porucznikopisał szczegółowo, jak się zakłada spadochron i zapina taśmy.

Są dwa rodzaje bojowych skoków spadochronowych, dwa różne spadochrony i dwie odmienne techniki skoków: lotnika i spadochroniarza. Dla lotnika skok jest ostatecznym ratunkiem, dla spadochroniarza – początkiem akcji. Lotnik skacze przeważnie z uszkodzonego, nierzadko płonącego samolotu, często sam ranny. Pierwszym jego zadaniem jest wydostać się z samolotu i odłączyć od spadającej maszyny. Obecnie z odrzutowego myśliwca umożliwia mu to mechaniczna wyrzutnia. Ze spitfajera czy halifaxa musiał wydostać się sam, ocenić niezbędny dystans od samolotu, by nie otworzyć spadochronu za wcześnie, i bezpieczną odległość od ziemi, żeby nie było za późno. Wystarczało, gdy koziołkując w powietrzu odliczył spokojnie trzy sekundy i pociągnął za umieszczoną na piersi rączkę, co powodowało stopniowe otwarcie spadochronu. Potem już tylko lądowanie.

Inaczej spadochroniarz. Dla niego właściwa akcja zacznie się dopiero po skoku. Musi być do niej gotów natychmiast, bo skacze z reguły na teren wroga. Skacze całą drużyną z możliwie najmniejszej wysokości, jaka gwarantuje otwarcie się spadochronu, żeby jak najkrócej być w powietrzu, gdzie jest bezbronny, trafić precyzyjnie w określone miejsce i nie stracić łączności z resztą skoczków. Umożliwia to spadochron automatyczny. Otwiera się sam albo nie otwiera się wcale. Eliminuje czas potrzebny na oddalenie się skoczka od samolotu, na indywidualną reakcję przy „odliczaniu”, pozwala na zrzucenie skoczków z niskiego pułapu 300 metrów.

Bardzo proste i łatwe, chyba że… Chyba że wiatr rzuci skoczka obciążonego wyposażeniem o ziemię i wlecze go, że spadochron wyląduje na drzewie lub w wodzie, że samolot lecący z szybkością 100 metrów na sekundę rozrzuci skoczków w ciemną noc w nieznanym terenie. Chyba że na dole, zamiast placówki odbioru, spotkają skoczków Niemcy. Ale o tym nie mówił nam sympatyczny, młody instruktor na pierwszym wykładzie w Małpim Gaju. Z prawdziwą miłością objaśniał nam spadochron.

Zanim się otworzy w powietrzu jak wielki parasol z dziurą w środku – wygląda niepozornie. Spory tornister do przypasania na plecach parcianymi taśmami, spiętymi na piersiach dużą klamrą, jakby metalowym talerzykiem. Ta klamra to ważna i mądra część spadochronu. W powietrzu trzyma na mur, a w chwili zeskoku wystarczy ją przekręcić o ćwierć obrotu i lekko uderzyć dłonią, by natychmiast zwolniła z taśmy.

Z tornistra-pokrowca, w którym złożony jest spadochron, wystaje koniec linki zakończony karabińczykiem, który przed skokiem przypina się do wieszaka w samolocie. Po wyskoku linka wyciąga spadochron z pokrowca na całą długość, a ostatnie jej ogniwo jest dostatecznie słabe, by się zerwało pod ciężarem spadochroniarza. Pępowina łącząca go z samolotem zostaje zerwana.

Wykład uzupełnił pokaz składania spadochronu. Ważna to czynność, od której zależy życie skoczka, a sprawdzić ją można dopiero w powietrzu. W Anglii składali spadochrony specjalnie szkoleni żołnierze, przysięgli składacze spadochronów. A i to jeszcze – mimo tylu ostrożności – każdemu spadochroniarzowi przysługiwało prawo zmiany spadochronu na każde żądanie, bez podawania motywów. Byle przed wejściem do samolotu. Przesąd? Histeria? Może. Ale w tej służbie, gdzie co dziesiąty skoczek łamał rękę lub nogę w trakcie ćwiczebnych skoków, gdzie na 868 lotów cichociemnych do Polski tylko 485 samolotów dotarło do celu, można było pozwolić na luksus tolerowania nerwów, przesądów, a nawet histerii.

W drobnych szczegółach, tu na dole, przed skokiem. Później, tam na górze, nie było na to ani czasu, ani miejsca.

Sucha zaprawa, od której rozpoczynało się w Małpim Gaju spadochroniarskie studia, pomyślana była tak, aby obok dobrej kondycji psychicznej i fizycznej oraz umiejętności poruszania się w obcym terenie nauczyć skoczka dwu prostych na pozór czynności: szybkiego wypadania z dziury w podłodze samolotu i bezpiecznego lądowania na ziemi. W pewnych typach samolotów i przy innych zadaniach bojowych spadochroniarze skaczą przez otwarte drzwi samolotu. W cichociemnych operacjach skakaliśmy przez dziurę w podłodze. Cała sztuka polegała na szybkim zsunięciu się w tę dziurę. Ćwiczyliśmy to dziesiątki razy w Małpim Gaju z poczciwej dziury w podłodze samolotu bez skrzydeł, ustawionego w hangarze nad wysypanym trocinami klepiskiem. Umiejętności spadania na ziemię uczyła nas bardzo złośliwa huśtawka. Niby zwyczajna, jakby nigdy nic. Gdy adept usiadł na niej pierwszy raz i dobrze się rozbujał, przypominały mu się dziecięce lata. Stojący obok instruktor rozmawia z nami na obojętny temat. Drobny ruch ręką i niespodziewanie odpięty delikwent ląduje w najmniej oczekiwanej pozycji. Ale po kilku takich sztuczkach nawet najbardziej przebiegły instruktor nie mógł nas zaskoczyć. Recepta na spadochronowe lądowanie na ziemi, zwłaszcza dla narciarzy, jest bardzo prosta: skakać miękko, nogi razem, na ugiętych kolanach, nie starać się ustać.

Po tym spadochronowym przedszkolu puścili nas na wieżę. Dziesięciopiętrowej wysokości stalowa konstrukcja zakończona platformą, sponad której wystaje ramię wyciągu – na nim zawieszony na lince spadochron rozpięty na obręczy. Jak parasol na deszczu. Skoczek gramoli się po schodach na wieżę, staje na platformie, zostaje przypięty do spadochronu i hop. Szybkość opadania taka jak przy prawdziwym skoku. To żaden wyczyn. Ale jeśli mi ktoś powie, że podczas pierwszego skoku z wieży się nie bał, że nie musiał się przełamać – to mu nie uwierzę. Stoję niby na balkonie, pode mną dziesięć pięter, ziemia i instruktor z głośnikiem, przez który podaje mi komendę: Go – skacz!

Wiem, że jestem mocno przypięty, że stalowa linka i spadochron utrzymają mnie, że przed chwilą ktoś skakał. Ale to wszystko tylko wiem. Muszę to sobie wytłumaczyć, muszę w to uwierzyć. A do tego jeszcze elegancki skok z wieży wymaga, by w chwili zeskoku nie trzymać się linek od spadochronu, ale z rękoma wzdłuż ciała, bezwładnie przechylić się w dziesięciopiętrową przestrzeń. Drugi skok i następne już były przyjemne.

Byłem ogromnie dumny, gdy mnie wyznaczono, bym zademonstrował pokazowy skok w obecności generała Sikorskiego, który przyjechał wizytować brygadę i Małpi Gaj.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Szkoła oficerów wywiadu

Z początkiem 1941 roku zostałem oficjalnie powołany na Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej. Odmeldowałem się w dowództwie dywizjonu, pożegnałem się z baterią. Wraz ze Stefanem Majewiczem pojechaliśmy do Londynu.

W Londynie poczułem się bliżej wojny. W golfowo-uniwersyteckim St. Andrews o nieprzyjacielu mówiły komunikaty radiowe i prasa. W Londynie już pierwszego wieczora syreny alarmowe zapowiedziały nalot nieprzyjacielski.

Szkoła oficerów wywiadu mieściła się w okolicy Bayswater, w nowoczesnym biurowcu, wypełnionym solidnymi brytyjskimi firmami.

Przywitał nas siwy pułkownik, znany mi z rozmowy w dowództwie korpusu. Pułkownik Stefan Mayer, komendant szkoły i dyrektor nauk. Wybitny fachowiec wywiadu, spec od zagadnień niemieckich. W Londynie przeżywał drugą młodość, całym sercem oddany szkoleniu oficerów wywiadu do nowych zadań w kraju. Kadrę wykładowców stanowili: major Nowiński, zastępca dyrektora, i kapitan Wraga-Niezbrzycki, którzy prowadzili wykłady, oraz prowadzący ćwiczenia praktyczne: doktor Hartman, major Mrazek, porucznik Eysmont i porucznik Kobus. Zespół stałych wykładowców polskich uzupełniali, zapraszani do specjalnych tematów, fachowcy angielscy i polscy.

My, uczniowie pierwszego rocznika szkoły 1941/42, to trzydziestu młodszych oficerów z różnych jednostek Wojska Polskiego w Wielkiej Brytanii, z przewagą rezerwistów o różnych przedwojennych zawodach i zainteresowaniach. Wśród uczniów szkoły spotkałem dwu starych znajomych: Janusza Zalewskiego, kolegę z Wydziału Architektury, z którym rozstałem się w Bressuire, i Janka Jokiela, przyjaciela z lat dziecięcych, który w Anglii z dumą nosił szarobłękitny mundur lotnika.

Szkoła oficerów wywiadu stanowiła fragment prowadzonego w Wielkiej Brytanii szerokiego programu szkolenia oficerów dla potrzeb kraju. Całość obejmowała specjalności najpotrzebniejsze do konspiracyjnej walki w kraju: dywersja, wywiad i łączność. W cichociemnej gwarze szkoła wywiadu znana była jako „kurs gotowania na gazie”, dywersja – jako „kurs korzonkowy”, a łączność – tradycyjne „druciki”, choć w dobie krótkofalówek i radaru niewiele z drutami mieli do czynienia.

Szkolenie, przez które przeszliśmy w Londynie w 1941/1942 roku, różni się zapewne od dzisiejszej wiedzy oficera wywiadu tak samo jak drewniany samolot od ponaddźwiękowego odrzutowca. Ale egzamin z umiejętności nabytych na Bayswater przyszło nam zdawać przed Abwehrą i gestapo – a to byli wymagający egzaminatorzy.

Wykłady obejmowały trzy grupy tematów:
– teoria, zadania i organizacja wywiadu
– wiadomości o III Rzeszy
– wiadomości o okupowanej Polsce.

Ćwiczenia dotyczyły techniki wywiadu, a mianowicie: fotografię, chemię, szyfry, łączność, podstawy dywersji, ślusarkę, naukę jazdy i wychowanie fizyczne.

Teoria. Zadania i organizacja wywiadu zapoznawały nas z zasadami zdobywania informacji i oceną ich przydatności, z organizacją własnego wywiadu i kontrwywiadu oraz z zadaniami oficera wywiadu, prawidłami i warunkami jego pracy. Teoria ilustrowana była rozwiązywaniem pozorowanych zadań i omawianiem sytuacji, z jakimi mogliśmy się spotkać w kraju.

Wiadomości o III Rzeszy ograniczały się do podstawowych informacji o armii, lotnictwie i wojennej marynarce niemieckiej, o ustroju politycznym Rzeszy, o przemyśle, organizacji NSDAP, SS i formacji pokrewnych oraz policji, ze szczególnym uwzględnieniem naszych przyszłych kontrpartnerów: niemieckiego wywiadu i gestapo.

Sytuację w okupowanej przez Niemców Polsce poznawaliśmy ze specjalnych komunikatów i wydawnictw opracowywanych przez Rząd Polski w Londynie, z wykładów oraz prasy krajowej: zarówno z polskiej prasy konspiracyjnej, jak i z okupacyjnych gadzinówek.

Wbrew intencjom hitlerowskiej cenzury i urzędu propagandy GG nawet zakłamany i podły „Nowy Kurier Warszawski”, wydawany przez Niemców, zawierał źródło prawdziwych informacji: drobne ogłoszenia. Drukowana petitem gorzka lekcja o warunkach codziennego życia w Warszawie. Po wojnie odnalazłem w Archiwum m. st. Warszawy na Krzywym Kole te same numery szmatławca, które w roku 1941 studiowałem w Londynie.

Poszukiwania rodzin, remanent wrześniowych strat: „W czasie od 1.9.1939 r. zaginął podchorąży Lubczak Mieczysław, lat 26. Przasnysz. Straż graniczna. Kto mi pragnie pomóc w odszukaniu, dane kierować do PCK Warszawa. Za dobre serce dziękuję.”
Kupno i sprzedaż, komunikat o trudnościach i biedzie: „Palto damskie, czarne, zimowe, średnia miara. Sprzedam prywatnie – Polna 32 m. 6.”
„Karbid, lampy karbidowe. Palniki «Strażak» – Zgoda 12.”
„Zelówki 4,50 mocne ze skórgumy. Hurt-Detal «Azet» – Boduena 4 m. 3.”
„Kupię wszystko – sklep krawiecki – Emilii Plater 30.”

Urodzaj na wróżki, jasnowidzów i chiromantów, którzy obiecywali osłonić przed grozą jutrzejszego aresztowania, zastąpić brak wiadomości od najbliższych, przybliżyć upragniony koniec wojny: „Znana jasnowidząca, inżynierowa Urbanowiczowa widzi, słyszy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – Rakowiecka 47 m. 1.”
„Wróżę zdumiewająco trafnie z kart, z fotografii o osobach oddalonych – Wilcza 14a-20.”
„Tais Estri – mówi przyszłość pięcioma językami – Wilanowska 18-34.”
„Słynna chiromantka «Carmen» – wróży nieomylnie – Wilcza 44 m. 8.”

Z małego ogłoszenia wyzierała ludzka tragedia i nieprzebierająca w środkach drapieżna zapobiegliwość: „Z dzielnicy żydowskiej kupię prasy, mieszadła, inne maszyny – Oferty: Italskie Biuro Handlowe, Chmielna 44.”

Któregoś dnia pułkownik Mayer wprowadził na salę wykładową jakiegoś cywila. Byliśmy przyzwyczajeni do różnych odwiedzin. Odwiedzali nas dygnitarze z „Rubensa”, wizytujący naszą szkołę, rzadziej angielscy spece wywiadu. Przybyły miał nam mówić o sytuacji w kraju. Właśnie stamtąd wrócił. Mówił rzeczowo i skromnie o swych zadaniach, o podróży do Polski. Dla ukrycia swej misji przed niemieckim wywiadem zatoczył olbrzymie koło. 7 listopada 1940 roku wystartował z Londynu wodno-płatowcem do Lizbony, stamtąd samolotem do Gambii, z niej do Freetown w Sierra Leone i dalej do Lagos w Nigerii. Po trzydniowej przerwie dalej samolotem przez Lebenge i Stanleyville w belgijskim Kongo i Chartum w Sudanie do Kairu. Postój, kontakt z polską bazą łączności z krajem, nowy samolot i skok przez Liddę w Palestynie i Nikozję na Cyprze do Addany w południowej Turcji. Dalej pociągiem: Ankara, Stambuł, Saloniki, Skopje i Belgrad do Budapesztu. Nowy kontakt z polską bazą, i pociągiem – z przewodnikiem – do Losancz. Dwa odcinki taksówkami w stronę granicy i 21 godzin marszu przez góry, na mrozie i śniegu. Nareszcie Polska. Nocleg w Żubraczach, pieszo do Kamionki, sankami do Sanoka i pociągiem do Warszawy. 42 dni podróży.

Słuchałem urzeczony. Był w Warszawie, może przechodził obok mojego domu, obok kogoś z moich najbliższych. Mówił o organizacji podziemnej, o zadaniach oficera wywiadu, które nas czekają, o warunkach codziennego życia w okupowanej Warszawie. Pierwszy raz słyszałem słowa „godzina policyjna”, „łapanka” od kogoś, kto się bezpośrednio z nimi stykał. Tak poznałem w Londynie pułkownika „Antoniego” – „Hellera” (Kazimierza Iranka-Osmeckiego). W dwa lata później w Warszawie na Skwerze Wielkopolskim przy ulicy Wawelskiej zameldowałem się u niego jako u kolejnego szefa II Oddziału Sztabu Komendy Głównej AK.

Program naszych ćwiczeń sprawiłby gorzki zawód miłośnikom szpiegowskich książek, filmów i seriali TV. Szkoła przypominała raczej technikum niż przedsionek do tajemniczych przygód.
Fotografia. Ćwiczenia prowadził, zawsze gdzieś się spieszący, sympatyczny porucznik Eysmont, rozmiłowany w fotograficzno-wywiadowczym rzemiośle. Z niemałym trudem wpajał w nas abc fotograficznego fachu, potem już bardziej wyszukany dział foto związany z podrabianiem dokumentów i pieczęci, aż do precyzyjnej mikrofotografii, przydatnej w przekazywaniu wywiadowczych meldunków. Miłośnicy fotografii kręcili nosami. Zamiast studiów portretowych – precyzyjne powiększenia niemieckich pieczęci, zamiast reportaży z londyńskiej ulicy – wycienianie taśmy filmowej.

Osobny dział, przyczepiony trochę na siłę do pracowni foto, stanowiła nauka „kaligrafii”, to znaczy podrabiania podpisów. Brzydka to umiejętność, usprawiedliwiona jedynie potrzebami wojennej konspiracji i wywiadu. W pracowniach fałszywych dokumentów wywiadu AK w Warszawie korzystałem z tych wprawek kaligraficznych wielokrotnie i z powodzeniem, zastępując w składaniu podpisów szefów wielu hitlerowskich instytucji. Na szczęście żandarmeria, Abwehra i gestapo nie zatrudniały zbyt wielu biegłych grafologów.

Pachnący, elegancki, zawsze uśmiechnięty dr Hartman prowadził zajęcia i wykłady z chemii. W tej dziedzinie spis tematów był już znacznie bardziej atrakcyjny: trucizny i odtrutki, narkotyki, atramenty sympatyczne i wykrywacze oraz inne chemiczne środki i zabiegi przydatne przy fałszowaniu dokumentów i przekazywaniu meldunków. Oba pierwsze działy poznaliśmy tylko teoretycznie, ku wyraźnemu zmartwieniu dr Hartmana, który zacierając ręce, wśród uśmiechów i anegdot, pokazywał próbki i dyktował mrożące krew w żyłach trucicielskie recepty. Poza tym cała ta nasza chemia zalatywała pralnią chemiczną i kuchnią.

Dokumenty Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza z zasobu Studium Polski Podziemnej w Londynie

Uczono nas szyfrów. Przede wszystkim prymitywnych, „domowych” szyfrów na własny użytek oraz zasad i sposobów posługiwania się szyframi cyfrowymi. Wyniosłem z tych lekcji szacunek dla tej ciekawej wiedzy oraz podziw dla szyfrantów AK, którzy pośród łapanek i nocnych rewizji, bombardowań i powstańczych pożarów umieli zachować zimną krew i precyzję w tym trudnym fachu, który nie toleruje pomyłek.

Ćwiczenia z łączności, prowadzone przez majora Mrazka, obejmowały podstawowe wiadomości teoretyczne, obsługę prostszych aparatów i urządzeń oraz długie godziny przy „brzęczyku”, ćwiczeń w nadawaniu i odbiorze alfabetu Morse’a. Te ostatnie prowadził gruby sierżant, popularnie „Brzęczykiem” zwany, który potrafił mnie doprowadzić do takiego stopnia zaawansowania, że szybkość stu znaków na minutę w odbiorze i w nadawaniu nie sprawiała mi trudności.

W zastępstwie króla warszawskich kasiarzy, sławnego przed wojną „Szpicbródki”, rezydował wśród imadeł, pilników i wierteł porucznik Kobus, mechanik-warsztatowiec z broni pancernej. Ćwiczenia, które prowadził, miały nas nauczyć otwierania co prostszych zamków i podrabiania kluczy.

W prowadzonej przez tegoż porucznika Kobusa nauce jazdy należałem do szkolnej czołówki. Nie załamałem się nawet wówczas, gdy po raz pierwszy znalazłem się za kierownicą szkolnego studebakera wobec zielonych świateł na Hyde Park Corner. Pięćdziesiąt tysięcy samochodów przejeżdża dziennie przez to skrzyżowanie i wszystkie jadą lewą stroną!

Wychowanie fizyczne sprowadziło się do wiosłowania w ósemce na Tamizie, pływalni, gimnastyki i zaprawy dżudo. Zjawił się „profesor”, czerstwy staruszek, o wyglądzie dobrotliwego dziadka z amerykańskiego filmu. Stanął na macie ubrany w przepisową białą bluzę i szerokie spodnie. Prosił, by go atakować.

Ktoś próbował go popchnąć, ale sam się przewrócił. Następna próba była już znacznie mniej delikatna. Ale atakujący nie trafił profesora i gdyby nie pomoc starszego pana, leżałby jak długi. Staruszek promieniał. Przedstawił się. Przez dwadzieścia lat był kapitanem policji w Szanghaju i coś niecoś jeszcze pamiętał z tamtych lat. Wyjaśnił, że będzie nas uczył nie klasycznego dżudo, ale odmiany bardziej dostosowanej – jak to podkreślił – do „potrzeb specjalnych”. Doprowadzenie każdego chwytu do końca powoduje „trwałe uszkodzenie ciała przeciwnika”. Na ćwiczeniach końcówkę chwytu zastąpi jej opis. Na zakończenie kursu życzył, byśmy mieli jak najwięcej okazji pełnego wykorzystania nabytej wiedzy. Miły starowina.

W miarę postępu w naukach pojawiały się specjalne przedmioty i spece wykładowcy. Na pierwszy rzut oka trudno było odgadnąć ich zainteresowania.

Zajeżdża czarna, nobliwa limuzyna. Nie za nowa, dostatecznie niemodna, bardzo angielska. Wysiada z niej starszy pan ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu, z parasolem. Za nim sekretarka niesie grubą teczkę. Z wyglądu, sposobu bycia i przesadnie poprawnego Oxford-English anglikański pastor. Wykład: „Technika podpalania i wysadzania w powietrze statków”.

Zamyślony, nieśmiały, młody człowiek, o tęsknym spojrzeniu niedoszłego poety, któremu zły los kazał być buchalterem – „Wywiad, dywersja i sabotaż kolejowy”.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Z artylerii do wywiadu

Na Nowy Rok 1941 odwiedził mnie w St. Andrews Andrzej Świątkowski. Dostał przydział do kadrowego oddziału bez żołnierzy. Nudził się, nie umiał sobie dać rady z bezczynnością. Przy kominku dyskutowaliśmy, w jaki sposób dostać się do Warszawy. W oddziałach w Szkocji przebąkiwano, że w Londynie szykują się jakieś drogi przerzutu. Podczas jednej z wizyt w Londynie zgłosiłem się w odpowiedniej komórce sztabu na ochotnika, gdyby powstała jakaś możliwość dostania się do kraju. Zapisali, kazali czekać. Andrzej zgłosił się również. Ale nie umiał czekać. Snuliśmy różne projekty. Werbunek na neutralny statek kursujący między Szkocją a portami Bałtyku, przedostanie się na Węgry. Nawet te bardzo mało realne plany były lepsze od całkowitej bezczynności. Zanosiło się, że zostaniemy w Szkocji na długo, przechodząc kolejne mniej lub bardziej niepotrzebne kursy, organizowane wyraźnie dla zabicia czasu. Czego jeszcze będą chcieli mnie nauczyć?

Odpowiedź przyszła prędzej, niż się tego spodziewałem. Telefonogram z dowództwa korpusu do dowództwa dywizjonu brzmiał: l Dywizjon Artylerii, 1 bateria, podporucznik Stanisław Jankowski zgłosi się na Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej w Londynie. Meldować się w dowództwie korpusu. Data i godzina.

Ja na Kurs Administracji? Z daleka od baterii, z daleka od wojny, w biurze w Londynie! Cóż ja mam z tym wspólnego?

Tego samego dnia wieczorem dowiedziałem się, że nie tylko ja zostałem upatrzony do doskonalenia w administracji wojskowej. Podobne wezwanie na kurs dostał również Stefan Majewicz, dowódca 2 plutonu w naszej baterii.

Natychmiastowa interwencja u dowódcy baterii spełzła na niczym. Musimy się meldować. Trudno.
„Dżul” kpił z nas bezlitośnie.

Jadąc zwiadowczym łazikiem do odległego o kilkadziesiąt kilometrów Perth, gdzie urzędowało dowództwo korpusu, knuliśmy złowrogie plany. W dowództwie – jak to zwykle w dowództwie. Nie wiedzieli, o co nam chodzi. Wreszcie znaleźli nas obydwu na odpowiedniej liście i kazali czekać. Meldować się kolejno na wezwanie.

Wszedłem. Za biurkiem siedział pułkownik piechoty, w starym polskim mundurze, o siwej czuprynie, krzaczastych brwiach i – musiałem to przyznać mimo woli – sympatycznym uśmiechu. To mnie speszyło. Inaczej wyobrażałem sobie wojskowy typ administratora doskonałego. Zameldowałem się. Dodałem cierpko, że nigdy nie miałem nic wspólnego z administracją w ogóle, a z administracją wojskową w szczególności, więc nie nadaję się do doskonalenia w tym fachu. Moja kandydatura to pomyłka. Nie nadaję się i nie chcę iść na kurs.
– To bardzo dobrze – stwierdził nieoczekiwanie siwy pułkownik.

Takiego chwytu nie przewidywałem. Stałem się jeszcze bardziej nieufny. Na pytanie dotyczące mej drogi z Polski, stosunków rodzinnych, wykształcenia – odpowiadałem możliwie lakonicznie, niechętnie. Ale im bardziej lakoniczny, wręcz nieuprzejmy byłem ja, tym bardziej zadowolony był mój rozmówca.

W pewnej chwili siwy pułkownik zastrzegł całkowitą poufność prowadzonej rozmowy. Czy to aby nie przesada? Ogromnie by się wywiad niemiecki przejął wiadomością, że podporucznik Jankowski udoskonalił swą wiedzę o administracji wojskowej. „Leśne dziadki” powariowały już zupełnie na temat tajemnicy wojskowej. Siwy pułkownik nie wyglądał co prawda na „leśnego dziadka” i nie przejął się moją opryskliwością. Zaczął ze mną rozmawiać o architekturze. Warszawiak, znał wielu moich profesorów. Rozgadaliśmy się na temat pracowni Pniewskiego.

– Nadużyłem pańskiej cierpliwości – przerwał mi pułkownik – ale myślę, że mnie pan rozumie. Kurs doskonalenia administracji wojskowej jest kryptonimem Szkoły Oficerów Wywiadu, do której został pan wytypowany.
– Przez kogo?
– To nieważne.

Zbaraniałem. Z wywiadem nie miałem nigdy nic wspólnego. Nie darzyłem tej instytucji ani zainteresowaniem, ani sympatią. Kilka książek i filmów szpiegowskich wyczerpywało całkowicie moje kwalifikacje w tym fachu. Nie widziałem siebie w roli oficera wywiadu.

– Potrzebujemy – ciągnął dalej siwy pułkownik – oficerów do służby wywiadowczej w kraju. Wobec możliwości konfliktu niemiecko-sowieckiego Polska jako zaplecze frontu stanie się terenem szczególnie ważnym. Wiadomości z kraju będą miały kapitalne znaczenie dla aliantów. Trzeba założyć nową sieć wywiadu w kraju. Potrzeba do tej roboty nowych ludzi. – Siwy pułkownik zapalił się. Wstał, chodził po pokoju.

– Na terenie kraju, pod okupacją, robota będzie na pewno trudna i niebezpieczna. Ale żadna robota nie daje takiej satysfakcji osobistego wkładu w wojnę. Warunkiem udziału w tej służbie jest ukrycie nawet wstępnych powiązań przed wywiadem niemieckim i przed gadatliwością rodaków. Bo to w końcu na jedno wychodzi. Kryptonim „Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej” został dobrany świadomie. To mało zachęcająca i mało efektowna nazwa. O to właśnie chodzi.

Jeśli pan się zdecyduje – ciągnął pułkownik – to nawet pańscy koledzy w dywizjonie będą przekonani o administracyjnym charakterze pańskich studiów. Będą uważali, że się pan zadekował. Tym lepiej. Kurs będzie prowadzony w Londynie. Chcemy go rozpocząć za dwa-trzy miesiące. Szkolenie potrwa rok. Potem przerzut do Polski. Został pan wytypowany do szkoły wywiadu i do służby w kraju, ale ma pan pełne prawo wycofania się bez podania motywów. Wystarczy, że zechce pan zostać w dywizjonie. Ma pan dwie godziny do namysłu.

Miałem zamęt w głowie. Chodziłem ulicami Perth, a myślami byłem w Warszawie. Decyzja nie była łatwa. Nie wiem, co było trudniejsze do przezwyciężenia: emocja przed nieznaną robotą czy wstyd przed baterią. Jeszcze wczoraj wydawało mi się, że bliżej do wojny jest z baterii w Szkocji niż z kursu w Londynie. Wróciłem na wyznaczoną godzinę. – Jadę do Warszawy.
– Ale przedtem musi pan skończyć kurs. Kurs doskonalenia administracji wojskowej – podkreślił z uśmiechem siwy pułkownik.

Majewicz też się zdecydował. Wracaliśmy razem do St. Andrews. Uzyskałem tylko zgodę pułkownika, bym mógł majorowi Mareszowi i „Dżulowi” przyznać się, po co jadę do Londynu. To już byłoby ponad moje siły, gdyby i oni dwaj uważali mnie za dekownika. Zresztą „Dżul” by chyba nie uwierzył. Zły był, twierdził, że go wykiwałem. – Zobaczysz, jeszcze cię dogonię!

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Nauka jazdy


Jesienią 1940 roku cały korpus polski w Szkocji stał się wielką szkołą motoryzacji pod kierunkiem generała Tadeusza Kossakowskiego. Kto żyw, szedł na kursy jazdy. Pachniało to coraz bardziej prawdziwym wojskiem, a już na pewno prawdziwą benzyną. Ochotników na kurs było tylu, ilu ludzi w baterii. My jako zwiad baterii, a więc jej najbardziej lotny i ruchliwy człon, poszliśmy pierwsi.

Ciężko musiałem się napracować, zanim zostałem szczęśliwym posiadaczem „Tymczasowego pozwolenia na prowadzenie pojazdów mechanicznych nr 634″. Początek kursu był dla mnie fatalny.

– Kto umie prowadzić samochód? – zapytał na pierwszej zbiórce porucznik-instruktor.

Pomny na moją przedwojenną simkę, oświadczyłem, że umiem. Instruktor spojrzał na mnie z lekka zdziwiony i powtórzył pytanie, jakby dając mi szansę wycofania się. Gdy jednak podtrzymywałem nadal oświadczenie, powołując się na moje prawo jazdy, przyjął to do wiadomości.

– Zobaczymy – skomentował uprzejmie. Moja wiara we własne umiejętności kierowcy dotrwała do pierwszej górskiej serpentyny. Jak zwykle lało. Droga była wąska, stroma i śliska. A zamiast małego fiacika, do którego byłem przyzwyczajony, instruktor przekazał mi kierownicę pięciotonowej ciężarówki. To wcale nie takie proste ruszyć pod górę z ręcznego hamulca. Najpierw przy ruszaniu zgasł mi motor. Potem, gdy zbyt szybko odpuściłem hamulec, złośliwa ciężarówka zaczęła się cofać i zatrzymała się o kilka centymetrów od równie złośliwie stojącego drzewa. Porucznik ani drgnął. Siedział spokojnie, kontemplując górski krajobraz Szkocji. Po trzeciej próbie płynnego włączenia pierwszego biegu zrezygnowałem. Porucznik-instruktor był na tyle wspaniałomyślny, że nie kazał mi próbować dalej.

– Posiadanie cywilnego prawa jazdy – skomentował uprzejmie – w niczym nie przypomina umiejętności prowadzenia wojskowych pojazdów mechanicznych.

Po indywidualnym opanowaniu kierownicy wszelkich przydatnych w zmotoryzowanej artylerii pojazdów nastąpił wyższy kurs jazdy: poruszanie się zmotoryzowanej kolumny. Angielski sprzęt i polscy instruktorzy wyleczyli mnie z kompleksu „armaty wzór 97” o zaprzęgu konnym. Nie oszczędzano ani nas, ani sprzętu, ani nawet benzyny – mimo drastycznych wojennych ograniczeń – więc jeździliśmy, ile się tylko dało, w godzinach szkolenia i w czasie wolnym od zajęć, w dzień i w nocy, budząc zacnych mieszkańców okolicznych miasteczek łoskotem zmotoryzowanej

kolumny.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Królewskie odwiedziny


Nasz dywizjon najwidoczniej przypominał już prawdziwe wojsko, bo któregoś dnia dostaliśmy z dowództwa brygady poufny telefonogram zapowiadający w najbliższych dniach w St. Andrews wizytę „wysoko postawionych osobistości”. Dokładny termin wizyty, jak i osoby gości osłonięte były ścisłą tajemnicą. Telefonogram zalecał jedynie, by przećwiczyć z baterią: „Czołem Wasza Królewska Mość”.

Wreszcie ustalono i termin wizyty. Dowódca brygady zarządził gotowość oddziałów na ósmą rano. Nasz pułkownik, dowódca dywizjonu, zapowiedział na wszelki wypadek wizytację baterii na szóstą. Dowódca baterii dołożył swoje dwie godziny – to już zrobiła się czwarta. Ale pogodził wszystkich ogniomistrz szef, decydując, że lepiej nie kładźmy się spać wcale, to zdążymy wyczyścić sprzęt i oporządzenie.

Dostojni goście zjawili się w towarzystwie generała Sikorskiego i licznego grona oficerów polskich i angielskich z przysłowiową punktualnością brytyjskich monarchów o godzinie dziesiątej. Jerzy VI wydał mi się znacznie bardziej wymizerowany i zmęczony od swych oficjalnych portretów i fotografii, ubrany w mundur wojsk lądowych i cywilny, ciepły, wielbłądzi płaszcz. Chodził o lasce. Był nieco przerażony niezrozumiałą, ale gromko skandowaną odpowiedzią, którą odkrzyknęliśmy na jego ciche i mocno cywilne przywitanie.

Najbardziej spodobała się nam królowa. Korpulentna, energiczna Szkotka, która wbrew przewidywanemu ceremoniałowi wizyty wdała się w rozmowę z Jankiem Rose, najmłodszym podchorążym naszej baterii. A później ku wyraźnemu zgorszeniu wytwornych adiutantów generała Sikorskiego zatrzymała się o trzy minuty za długo przy moim popisowym numerze, jakim było rysowanie szkicu widokowego z zaimprowizowanego punktu obserwacyjnego w terenie. W końcu jednak nawet dowódca brygady generał Paszkiewicz spojrzał na mnie życzliwie, gdy Jej Królewska Mość poprosiła, bym jej wręczył na pamiątkę wykonany szkic. Nie przypuszczam, by wzbogacił on galerię zamku Windsor, ale byłem zachwycony królową.

Wizyta królewska zainaugurowała sezon dostojnych odwiedzin. Wizytował nasz dywizjon Szef Imperialnego Sztabu gen. sir Alan Brooke i książę Kentu. Ukoronowaniem uroczystości była ceremonia nadania generałowi Sikorskiemu doktoratu honoris causa Uniwersytetu St. Andrews. Doktorant podkreślił, że choć wojsko polskie walczyło w tylu miejscach i tylu krajach, nigdzie nie doz

nało gorętszego przyjęcia niż w Szkocji. Walka toczy się nie tylko o prawa Polaków do niepodległości, ale o wolność całego chrześcijańskiego świata. Mówił o kraju, o masowych egzekucjach, deportacjach i grabieżach. Przedstawił swoją tezę o stosunku wojska i prawa: choć prawo opiera się na sile, sama siła nie stanowi prawa, które wywodzi się z pojęcia słuszności. Potem była uroczysta promocja wygłoszona po łacinie, średniowieczne togi senatu uniwersyteckiego i świetny chór oficerski naszego dywizjonu pod batutą porucznika Kołaczkowskiego.

Utkwił mi ten dzień szczególnie mocno w pamięci, bo Zosia Sikorska-Leśniowska – moja dawna koleżanka z lekcji tańca – przywiozła do St. Andrews nową fotografię Magdalenki.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

1. Dywizjon Artylerii Lekkiej w Szkocji

Z radością przeniosłem się do namiotów w Symington. To już pachniało wojskiem. Handel dusz i wstępne zabiegi organizacyjne były za nami. Nasz 1 Dywizjon Artylerii Lekkiej powoli zaczynał się przeobrażać z teoretycznej liczby w schemacie organizacyjnym na sztabowym biurku w zaczątek prawdziwej jednostki. Dostaliśmy nowe mundury. Podstawą battle dressu, angielskiego munduru z drugiej wojny światowej, który stał się później natchnieniem młodzieżowej mody, była krótka bluza i narciarskie luźne spodnie spinane u dołu szerokimi, parcianymi mankietami. Najwspanialszym wynalazkiem nowego munduru były kieszenie. 9 (słownie dziewięć) kieszeni, bez ani jednego widocznego guzika zewnętrznego, którego brak mógłby stać się utrapieniem podczas częstych apeli mundurowych.

W dywizjonie, w którym większość żołnierzy posiadała średnie i wyższe wykształcenie, byliśmy tak spragnieni drukowanego słowa, że każda nowa książka polska była natychmiast rozchwytywana. Bestsellerem był jednak nie Sienkiewicz, ale Mac Calum: Nauka angielskiego. Uczyliśmy się angielskiego wszyscy.

Ciągle jeszcze nie mieliśmy dział ani sprzętu motorowego. Ale, może właśnie dlatego, z tym większą skrupulatnością przestrzegaliśmy fasonów i aplikowanych na kredyt hierarchii.

Wobec nadmiaru czasu wyżywałem się w urządzaniu obozu. Harcerskie doświadczenia okazały się znacznie bardziej przydatne od umiejętności artyleryjskich. Namioty naszej 1 baterii, rozlokowane na zielonej łące opodal torów kolejowych, stały się wkrótce przedmiotem dumy nie tylko baterii, ale i mieszkańców sąsiedniego Biggar, „naszego” miasteczka.

Nasz dywizjon nie byłby pierwszym dywizjonem, a nasza bateria pierwszą baterią, gdybyśmy pierwsi w brygadzie nie wydali gazetki ściennej pt. „Obozowa Gazetka Artylerii”. Nieznajomość języka angielskiego wśród większości polskich żołnierzy, w początkowym okresie pobytu na Wyspie, brak jeszcze wówczas regularnej prasy polskiej, przy powszechnym zainteresowaniu losami wojny – stwarzały pilne zapotrzebowanie na drukowane słowo. Spora ilość wolnego czasu i niejeden wybitny dziennikarz w oddziałach liniowych wywołały urodzaj na gazetki, tygodniki i inne wydawnictwa żołnierskie w Szkocji.

Szybkość informacji, ponoć największa zaleta współczesnej prasy, zgubiła nas. W dniu wizyty prezydenta Raczkiewicza w naszym obozie umieściliśmy zawczasu nie tylko komunikat o pobycie dostojnego gościa, ale ozdobiliśmy go spreparowanym na wyrost cytatem z powitalnego meldunku naszego pułkownika. Nie przypadł jakoś do gustu autorowi. Gazetka przestała wychodzić.

W sierpniu 1940 roku dostaliśmy wreszcie działa i sprzęt motorowy i już na własnych kółkach pojechaliśmy na nasz odcinek. Obronę wschodniego wybrzeża Szkocji, na długości 200 kilometrów od Firth of Forth na południu do Montrose na północy, powierzono oddziałom polskim, w tym 1 Brygadzie Strzelców pod dowództwem generała Gustawa Paszkiewicza, w skład której wchodził nasz 1 Dywizjon Artylerii Lekkiej. „Polski” odcinek uważany był za najbardziej eksponowany w przypadku inwazji niemieckiej. Zawężenie Wyspy pomiędzy Firth of Forth a Firth of Clyde dawało szansę nieprzyjacielowi na szybkie przecięcie Wyspy, odcięcie baz północnych i opanowanie Glasgow. Rozległe piaszczyste plaże nadawały się do desantu.

Stacjonowaliśmy w St. Andrews, pięknym szkockim miasteczku, położonym na wschód od Glasgow, sławnym z najstarszego szkockiego uniwersytetu i z golfa.

Zabraliśmy się do przygotowań antyinwazyjnych z zapałem neofitów obrony Wyspy. Po kilku dniach nasz punkt obserwacyjny był nie tylko wzorowo umocniony i zamaskowany, ale został zaopatrzony we wszystkie, nawet najbardziej wyszukane komendy ogniowe oraz katalog sylwetek brytyjskich i nieprzyjacielskich jednostek floty wojennej, niezbędny do rozpoznania ewentualnych okrętów nieprzyjacielskich, biorących udział w desancie, tudzież kod rakiet alarmowych. Obsługa dział ustawionych w odległości kilometra w zaroślach nad rzeczką wyrwana z najtwardszego snu, z zamkniętymi oczami mogła wykonać najbardziej skomplikowaną zaporę ogniową.

Mierzyliśmy rozkład zajęć w dywizjonie częstotliwością radiowych komunikatów. Na tym jednak ograniczał się nasz udział w bitwie o Anglię. Tak upragnionej przeze mnie niemieckiej inwazji nie było. Najważniejszym wydarzeniem na naszym odcinku wybrzeża był nadal golf. Zazdrościłem serdecznie lotnikom i marynarzom polskim, którzy już weszli do akcji.

Na zbiórce baterii w St. Andrews zaczynałem patrzeć na moich sąsiadów w szeregu jak na przyszłych uczestników długiego, wspólnego marszu. Jaka była ta nasza pierwsza bateria 1 Dywizjonu Artylerii Lekkiej? Z kilkudziesięciu różnych wiekiem, pochodzeniem i wojennym bagażem ludzi zaczynał się powoli docierać zespół. Jeszcze nie prawdziwa wojskowa jednostka, bo bez wspólnych bojowych przeżyć, ale przecież już nie całkiem przypadkowy zlepek facetów czekających w ogonku po zupę czy podpisujących się kolejno na liście miesięcznego żołdu.

Od wyjścia z Warszawy nauczyliśmy się niemało. Obozy jenieckie, choć krótkotrwałe dla tych, którzy z nich w porę uciekli i zdążyli do Wielkiej Brytanii, katastrofa Francji – były bezlitosną lekcją. Podkopywały wiarę w formalne autorytety i regulaminy, uczyły zaradności i inicjatywy. Zaradność, inicjatywa i w razie potrzeby odwaga to dawało bilet jazdy na drodze z Warszawy, przez obozy jenieckie i Francję do Wojska Polskiego w Anglii.

Wojna na Wyspie była inna: łatwiejsza, bardziej uporządkowana. Mimo Bitwy o Anglię i bombardowań, mimo coraz groźniejszych sytuacji na Atlantyku i kolejnych zwycięstw Hitlera na innych frontach w St. Andrews dziewczyny i chłopcy w cynobrowych togach nadal jeździli na rowerach na wykłady uniwersyteckie, sklepy nie zmieniały godzin południowego wypoczynku, a członkowie Home Guardu wstępowali po dawnemu na popołudniowego drinka. Tyle że w mundurach. Golf rozgrywany niezmiennie, choć wśród lejów od bomb, stawał się cząstką składową mądrego systemu długotrwałej odporności.

Do dziś nie wiem, jaki był etatowy skład zmotoryzowanej baterii, ale ze zdjęcia, które mi się zachowało, wiem, że było nas wówczas w 1 baterii w St. Andrews co najmniej sześćdziesięciu czterech i jeden pies. A ściślej jedna czarna suka owczarek, siedząca podczas zdjęcia na moich kolanach.

Dowodził naszym dywizjonem podpułkownik Stefan Izdebski. Dowódcą baterii był major Karol Maresz.Jego zastępca, kapitan Dąbski-Nehrlich. Duszą baterii był „Dżul”, porucznik Bogdan Juliusz Piątkowski, oficer ogniowy 1 baterii.

Temperatura bojowa wzrosła w baterii znacznie, gdyśmy pojechali na północ Szkocji, na ostre strzelanie. Po powrocie do St. Andrews rozdano nam znaczki tożsamości. Przypominały plastikowe numerki do szatni, a miały ułatwić rozpoznanie zwłok. Każdy otrzymał i pokwitował uroczyście dwa takie „numerki” z wytłoczonym imieniem i nazwiskiem, stopniem, rokiem urodzenia i wyznaniem. Jeden do zawieszenia na szyi, drugi do noszenia na ręku jak bransoletka. To na wypadek, gdyby posiadacza numerka odnaleziono w częściach i trzeba go było składać – wyjaśnił na zbiórce ogniomistrz od „sortów mundurowych”. Każdy „numerek” składał się z dwóch łatwych do oddzielenia jednakowych części, zawierających wszystkie dane posiadacza. Jedna dla ewidencji w dywizjonie, druga chyba do odnotowania w niebie.

Po tej zaprawie zaczęliśmy znowu baczniej śledzić horyzont w oczekiwaniu inwazji. Wtajemniczeni podawali poufne wiadomości, że wkrótce pojedziemy do Afryki wesprzeć alianckie oddziały.

Wielka lekcja geografii, którą rozpoczął Hitler, trwała nadal. Mapa Europy już nie wystarczała. We wrześniu 1940 roku Włosi rozpoczęli inwazję w Egipcie. Włochy zaatakowały Grecję. Inicjatywa i sukcesy militarne były po tamtej stronie.

W nocy 14 listopada wielki rajd niemieckich bombowców nad Coventry pozostawił zamiast śródmieścia kupę dymiących ruin. Padła słynna gotycka katedra.

Życie garnizonowe w poczciwym St. Andrews zaczynało się stabilizować. Chór oficerski śpiewał coraz więcej szkockich piosenek, organizowano teatr amatorski. W dywizjonie działała podchorążówka. Widać było wyraźnie, że zanosi się na dłuższy pobyt w Szkocji.

Gwiazdka 1940 roku przyniosła liczne dowody serdecznej pamięci naszych szkockich przyjaciół i znajomych. Zgodnie z brytyjskim obyczajem dostaliśmy wiele specjalnie dla nas po polsku wydrukowanych życzeń: od burmistrza Glasgow, od Church of Scotland, od mieszkańców hrabstwa Fife, od Lady Warrender, inicjatorki kantyn dla polskich żołnierzy. W tej sympatycznej modzie rozsyłania życzeń nasz dywizjon nie pozostał w tyle.

Wydrukowaliśmy i my piękne życzenia dywizjonowe. Starszy kanonier Mars, z cywila utalentowany malarz, wymalował góralskiego turonia, na okładce umieściliśmy zaprojektowaną przeze mnie odznakę naszego dywizjonu, wzorowaną na odznace Royal Artillery: antyczne działo, pod nim na wstędze napis „l Dyon Artylerii Lekkiej”, a ponad działem Orzeł Biały i napis: „Wrócimy”.

Święta Bożego Narodzenia w Szkocji 1940 roku spędziłem na służbie w drewnianym baraku, na stanowisku ogniowym baterii. Chciałem być sam.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Uczę się Anglii 1940 roku

– A cup of tea? – Może herbaty?
To były pierwsze słowa, jakie usłyszałem w Anglii. Herbata była z mlekiem, bardzo słodka – w dużym, białym kubku. Towarzyszyła jej prostokątna pajda chleba z dżemem oraz starsza pani w okularach, uśmiechająca się do mnie życzliwie. Dłuższe przemówienie, z którego oprócz „cup of tea” zrozumiałem niewiele ponad „polish soldiers”, zostało poparte dobrym, serdecznym spojrzeniem i zamaszystym podniesieniem kciuka do góry. „Thumb up” – kciuk do góry, co odpowiada warszawskiemu „trzym się”, było wówczas nie tylko pozdrowieniem, ale programem politycznym Anglików.

Thumb up – trzym się. Będziemy się bić dalej! To było wówczas najważniejsze. „Wszystko wskazuje na to – mówił Churchill – że wojna będzie długa i ciężka. Nikt nie może powiedzieć, jak się ona rozszerzy. Jedno jest pewne: ludy Europy nie będą zawsze rządzone przez gestapo ani świat nie będzie poddany władzy Hitlera i jego ewangelii nienawiści. Możemy okazać litość, ale nie będziemy o nią prosić.” Powiadają, że Anglia przegrywała wiele bitew, zawsze jednak z wyjątkiem jednej – tej ostatniej. Jakże bardzo chciałem, wtedy w czerwcu 1940 roku, nadal wierzyć w aktualność tej maksymy.

Pociąg, do którego wsiedliśmy w Plymouth, był pierwszą lekcją angielskich kontrastów i przestrogą przed zbyt pochopnym wyciąganiem wniosków. Przedziały wygodne, ale wagony mocno przestarzałe z wejściem z zewnątrz do każdego przedziału. Śmieszne lampioniki i kinkiety, jakby żywcem przeniesione do kolejowego przedziału z wiktoriańskiego saloniku. Ale szybkość pociągu 100 kilometrów na godzinę.

Z okien wagonu chłonąłem Anglię, wyspę nieznaną. Byłem tu już uprzednio, na skautowym Jamboree w 1929 roku, w Arrow Park pod Liverpoolem, ale oprócz barwnych wspomnień z międzynarodowego obozu, w którym nasze namioty reprezentacyjnej warszawskiej drużyny sąsiadowały ze Syjamem i Jamajką, niewiele wywiozłem wiadomości o gospodarzach wyspy.

Jechaliśmy pociągiem przez rozległy park, gęsto przetykany miastami i kominami fabrycznymi, jakim wydała mi się Anglia. Malownicze kępy drzew, bardziej przypominające park Łazienkowski niż prawdziwy las. Dużo pastwisk. Uprawnych pól ani na lekarstwo. Nie przypuszczałem, że ta cecha angielskiego krajobrazu stanie się wkrótce poważną troską ministra wyżywienia, który wobec blokady Atlantyku przez niemieckie łodzie podwodne będzie zalecał rodakom, by zaorywali pastwiska, a nawet – o zgrozo! – i pola golfowe, a sadzili kartofle i siali zboże. Proceder od dawna zapomniany na bogatej wyspie, która od lat sprowadzała produkty żywnościowe ze swych zamorskich włości.

Pierwszy nocleg wyznaczono nam w namiotach pod Liverpoolem na słynnym torze wyścigowym Grand National. Koni nie było, były natomiast armaty. I to nie byle jakie. Zaimponowały mi, nawet w zestawieniu z prześladującym mnie uparcie działem „wzór 97”. Armaty z drzewa! Początkowo nie chciałem wierzyć własnym oczom. Dopiero bliższy kontakt z groźnie wyglądającymi z daleka działami przeciwlotniczymi przekonał mnie. Atrapy, makiety armat w skali 1:1! Umiejętnie porozstawiane i od niechcenia zamaskowane. Do tego obsługa, z miejscowego Home Guardu – straży obywatelskiej – zbrojna w niewiele skuteczniejsze antyczne karabiny. Lotnicy niemieccy robiący zdjęcia brali drewniane działa serio. Członkowie Home Guardu pocieszali się, że to dobry kawał nieuzbrojonej Anglii wobec Hitlera szykującego się do inwazji.
Thumb up – trzym się!

Pojechaliśmy dalej. Krajobraz stawał się górzysty. Zaczynało padać. Byliśmy w Szkocji.

Crawford, pierwsze miejsce mego dłuższego pobytu, wspominać będę zawsze w tonacji deszczowej. Nie wiem, jaka jest stała aura tych szkockich pagórków i znakomitych pastwisk, ale w lipcu 1940 roku lało albo padało, siąpiło albo mżyło. Do tego jeszcze mieszkanie we wspólnych namiotach, niezbyt umiejętnie rozstawionych i licho urządzonych. W tych namiotach bardzo różne, ale jednakowo przygnębione i z reguły mocno skłócone, towarzystwo oficerskie. Z goryczą, z kompleksami, z nieufnością. I bez wojska.

Już we Francji emigracyjne Wojsko Polskie cierpiało na nadmiar oficerów. Ale we Francji żyła liczna emigracja polska, potencjalna rezerwa formujących się polskich dywizji, był niewielki, ale stały dopływ uciekinierów z różnych obozów jenieckich. Było na co liczyć.

Po ewakuacji na Wyspę sytuacja pogorszyła się radykalnie. Wkrótce można było przeprowadzić ścisły remanent wojskowych dusz. Do dnia 15 lipca 1940 roku ewakuowano z Francji do Wielkiej Brytanii 19451 żołnierzy polskich, w tym 5243 oficerów. I to był cały majątek. Ewentualni ochotnicy z Polonii kanadyjsko-amerykańskiej byli bardzo odlegli i mocno wątpliwi. Nic więc dziwnego, że na giełdzie personalnej pod szkockimi namiotami nastąpił istny krach.

Poranny komunikat BBC, którego wysłuchałem u życzliwych sąsiadów, budził raczej melancholijne refleksje. Wyliczał z zaskakującą szczerością ilości ton własnej floty zatopionej przez niemieckie łodzie podwodne, podawał niewspółmiernie małe do naszych wymagań rezultaty własnych nalotów bombardujących. Zapowiadał ograniczenia żywnościowe i zmniejszenie przydziałów benzyny od zaraz, a zdecydowaną przewagę produkcji alianckich samolotów i czołgów od 1944 roku. Co prawda dziesięć miesięcy wojny oduczyło mnie wiary w horoskopy wygrywania wojny „na pierwszego”, ale mimo wszystko trudno było pocieszać się tak odległą perspektywą przewagi wojennej aliantów.

Tymczasem uczyliśmy się Anglii 1940 roku. Powierzchownie, jak popadło, ale szybko i z zapałem. Pierwszą lekcją o tej wyspie była wypłata poborów. Płatnik dywizjonu miał sądny dzień, zanim nasz pierwszy angielski żołd obliczył, wytłumaczył każdemu i wypłacił. Po ogólnie przyjętym dziesiętnym systemie monetarnym pierwsze zetknięcie z angielską walutą, która obowiązywała wówczas, napawało szacunkiem dla jej wartości oraz melancholijną zadumą. Trudno coś bardziej skomplikowanego wymyślić. Jeden funt dzielił się na 20 szylingów, każdy po 12 pensów. 20 x 12 = 240 – zmiana funtów na szylingi i pensy to już dostatecznie niewygodne, ale jeszcze nie takie trudne. Prawdziwy kłopot zaczyna się dopiero przy mnożeniu i dzieleniu.

Pierwszy wyjazd autobusem ze Szkocji do Londynu nauczył mnie, że funt szkocki był co prawda równy angielskiemu, ale w Londynie uważany był za obcą walutę i trzeba go było wymieniać w Bank of Scotland. To zresztą nie jedyna szkocka osobliwość monetarna. W Szkocji istniał ściśle przestrzegany zwyczaj zbiórki w kościele „na tacę”. Obowiązywało niepisane prawo, że wypada dać srebrną monetę, co oznaczałoby co najmniej 6-pensówkę. By nie ranić serc skąpych Szkotów, wypuszczono mały srebrny pieniążek 3-pensowy. I tradycji zadość, i szkockiej kieszeni.

Drugą lekcją była szkocka odrębność.
Na nasze gorące, choć wątpliwą angielszczyzną formułowane zapewnienia, że cieszymy się z pobytu w Anglii, że się nam tu w Anglii podoba, nasi szkoccy gospodarze uprzejmie, ale stanowczo protestowali.
– Nie jesteście w Anglii. Jesteście w Szkocji. Londyn – to stolica Anglii, nasza szkocka stolica to piękny Edinburgh. A największe wydarzenie sportowe to międzynarodowy mecz piłkarski Szkocja-Anglia, niestety zawieszony na czas wojny. Przypominali, że długi rozdział historii Anglii to wojny angielsko-szkockie.
Odrębności historyczno-obyczajowe, których kolorowym przykładem były kraciaste spódnice szkockie, nie przeszkadzały temu, że ponoć największe londyńskie domy towarowe należą do Szkotów i że oba narody odnoszą się z jednakową sympatią do szkockiej whisky. Na tym polu nawiązaliśmy szybko kontakty z przedstawicielami wszystkich narodów wspólnoty brytyjskiej. W roku 1940 byliśmy w Szkocji bardzo popularni, więcej – modni. Jako romantycznie wierni alianci, jako szarmanccy żołnierze ustępujący kobietom miejsca w autobusie. Zwłaszcza młodym i ładnym.

Niemałą zasługę w utrwalaniu popularności polskich żołnierzy w Szkocji – chwilowo bez sprzętu i broni – mieli nasi marynarze i lotnicy. Marynarze pływali w Royal Navy niemal nieprzerwanie od września 1939 roku, zyskując wielkie uznanie Brytyjczyków. Lotnicy wchodzili dopiero do akcji. Nareszcie mieli sprzęt. Pozbyli się kompleksu niższości wobec meserszmitów, stukasów i dornierów. Nad Kanałem La Manche i Londynem brali rewanż za wrześniowe polskie niebo. Już pierwsze dni rozpoczynającej się bitwy powietrznej o Anglię ujawniły wspaniałe wartości bojowe polskich lotników.

Chodziliśmy w sławie wojennej i we francuskich mundurach, ale z nieodzownym biało-czerwonym napisem „Poland” na ramieniu. To była wówczas najskuteczniejsza przepustka do szkockich serc. Nie bez powodu Bruce Marshall w książce Chwała córy królewskiej pisał o tych latach w Szkocji: „Nowy biskup obliczył, że od czasu przybycia Polaków ilość wypadków najpopularniejszego z grzechów śmiertelnych wzrosła w diecezji o 243,75 procenta.”

Kwaterowaliśmy w Coatbridge, małej szkockiej mieścinie, opodal Glasgow, w miejscowej szkole. Jeździliśmy codziennie do Glasgow, dwumilionowego brzydkiego miasta najdzielniejszych brytyjskich pułków, największych stoczni i najlepszych tkalni. Gwoli ścisłości trzeba uzupełnić tę listę jeszcze jednym wówczas aktualnym „naj”: najgorętszych serc. Kawały o wyrachowanych i skąpych Szkotach, szczególnie zresztą popularne w Szkocji, były w 1940 roku nieaktualne.

Obok oficjalnych, drobnych przywilejów przyznanych polskim żołnierzom, świadczących o ogólnym nastroju, jak bezpłatna jazda tramwajami i autobusami, spotykaliśmy się niemal na każdym kroku z indywidualnymi dowodami serdecznej sympatii. Ochotnicze autostopy z inicjatywy kierowców zarówno sportowego jaguara, jak i ciężarówki z przyczepą, kino fundowane przez przygodnych sąsiadów w ogonku do kasy, opieka w kantynach i ogniskach. Serdeczna pomoc, często anonimowa i bynajmniej nie obliczona na efekt: koszyk ustawiony w szatni klubu z prośbą, by w nim zostawić dziurawe skarpetki do wycerowania lub podartą garderobę do reperacji, kartka w oknie prywatnego mieszkania zapraszająca polskiego żołnierza na gorącą kąpiel.

Gdyby nie brak armat i sprzętu, nie byłoby nam w Coatbridge źle. Spaliśmy jeszcze na twardych deskach i na wspólnej sali w miejscowej szkole, co po wilgotnych namiotach Crawford wydawało mi się niemal luksusowym hotelem.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Katastrofa Francji

Po francusku – Coëtquidan, po polsku – Koczkodan. Mieścina położona o 40 kilometrów od Rennes, stolicy Bretanii, wielki obóz jeńców niemieckich w czasie pierwszej wojny, później centrum organizacyjne armii Hallera, od października 1939 roku stała się ośrodkiem szkoleniowym i organizacyjnym Wojska Polskiego we Francji.

Gdy 9 maja 1940 roku meldowałem się w Coëtquidan, Ośrodek Szkoleniowy po okresie sławy i pionierskiego zapału tkwił po uszy w koszarowej nudzie. Wychowankowie pierwszego kursu podchorążych bili się bohatersko w Narviku, kolejny turnus, wcielony do drugiej dywizji grenadierów, był na froncie „gdzieś we Francji”. Pozostali w Coëtquidan oficerowie to albo tacy, którzy przybyli później, albo „kościane dziadki”. I my – upłynniony remanent pomniejszych ośrodków szkoleniowych i stacji zbornych. Groźne komunikty wojenne, które zawitały wraz z nami do Coëtquidan, nie zmieniły obozu. Do wypełnianych arkuszy ewidencyjnych przybyło kilka rubryk, dotyczących naszej kariery wojskowej we Francji. Armat nie przybyło.

Po krótkiej kwarantannie dostałem przydział do 3 Pułku Artylerii lekkiej w Ludeac. Mieliśmy wejść w skład 3 dywizji. Niestety, poza kolejnym numerem niewiele znaków na niebie i ziemi wskazywało, by nasza 3 dywizja zdążyła jeszcze gdziekolwiek wejść.

Miejsce postoju naszej baterii nazywało się dostojnie Plelan le Granad – Wielkie Plelan – w istocie była to maleńka mieścina. Trzy konkurencyjne kafejki na pustym i śpiącym i rynku, stacja benzynowa, okrągły blaszany pisuar udekorowany wojennymi plakatami, miejsce do gry w kule w cieniu drzew i malutki kamienny kościółek. Nazwa naszej jednostki 3 Pułk Artylerii Lekkiej była jeszcze bardziej na wyrost niż nazwa miejscowości. Przy nadmiarze oficerów brak było sprzętu i żołnierzy. A ci nieliczni przedstawiciele francuskiej Polonii, których zanudzałem wykładami i musztrą, krytycznie oceniali nasze możliwości wymarszu na front.

Nudę Plelan le Grand przerywały nadchodzące komunikaty wojenne. Rozkład dnia regulowany dotychczas musztrą i działoczynami, podporządkowany został godzinom radiowych komunikatów. Lekcja geografii, przerwana chwilowo przez Hitlera w dalekiej Norwegii, obejmowała coraz to nowe kraje. Jej tempo przekraczało najbardziej pesymistyczne przewidywania. 10 maja o godzinie czwartej rano wojska niemieckie przekroczyły granice Holandii, Belgii i Luxemburga.

Czy miałem „schadenfreude”, czytając komunikaty i odmierzając na mapie tempo hitlerowskiego Blitzkriegu? Tak. Miałem gorzką satysfakcję. Nie na długo wystarczyła. Prawda była zbyt przerażająca i zbyt bliska. Padały miasta, a wkrótce i państwa.

Padały niezłomne kanony strategiczne, na których, opieraliśmy wiarę w zwycięstwo aliantów. Hitlerowska ofensywa 1940 roku zaskakiwała różnorodnością formy i niezawodną precyzją operacji.

Fortyfikacje belgijskie, potężne bunkry z betonu i stali za Kanałem Alberta padły w ciągu kilku godzin, zdobyte przez niemieckich spadochroniarzy, zrzuconych w minutę po ostatniej bombie. Pancerne zagony hitlerowskich dywizji weszły w terytorium Francji. Oględnie formułowane komunikaty dowództwa nie mogły przesłonić faktu, że francuski żołnierz z 1940 roku, spadkobierca bohaterskiego poilu spod Verdun – nie chciał się bić. Czekając w bretońskiej dziurze na sprzęt, trudno było usprawiedliwić nienaruszone mosty pod Sedanem, po których przeszły hitlerowskie dywizje, trudno zrozumieć bezsilność francuskiej armii.

13 maja królowa Wilhelmina holenderska wraz z rządem przeniosła się do Anglii. Kampania holenderska była skończona. 17 maja Niemcy zajęli Brukselę.

Ile lat, miesięcy czy dni wytrzyma Francja? Jak długo będzie się biła Anglia?

Hitlerowskie zapowiedzi spełniły się z przeraźliwą dokładnością. Na północy Francji alianci ponieśli druzgocącą klęskę. Niemieckie dywizje pancerne doszły do morza. Zanosiło się na całkowite zniszczenie odciętego angielskiego korpusu ekspedycyjnego. Lądowe wojska angielskie były wówczas dla mnie czymś nieznanym. Sympatyczni młodzi chłopcy w okrągłych czapkach, których spotykaliśmy podczas wyjazdów do Rennes, byli dopiero zapowiedzią polsko-angielskiej wspólnoty wojennej.

W Dunkierce ci sami chłopcy obok sympatii zyskali uznanie. W dniach od 28 maja do 3 czerwca na plaży w Dunkierce rozegrała się operacja, którą Anglicy określili później jako najtrudniejszą lądowo-morską operację wojenną Wielkiej Brytanii.

Pancerne zagony niemieckie rozbiły bez trudu nieliczne czołgi angielskie i zepchnęły brytyjskie wojska nad morze. Na szerokiej piaszczystej plaży ustawiło się w ogonku 300 tysięcy żołnierzy. Ale nie w ogonku do niewoli, jak zapowiadał niemiecki komunikat wojenny, lecz do własnych okrętów stojących o pół mili od brzegu. Nacierające dywizje niemieckie zostały zatrzymane przez zaporę ogniową okrętów wojennych i lotnictwa angielskiego oraz szkockie pułki broniące angielskich towarzyszy broni. Nie wstrzymywało to jednak ani ognia niemieckiej artylerii, ani bomb niemieckiego lotnictwa. Hitler ogłosił przedwcześnie komunikat o wzięciu do niewoli 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Royal Navy nadała w tym samym czasie przez radio pierwszy ponoć i jedyny publiczny apel: SOS. Na ratunek czekającym pod ogniem nieprzyjacielskim żołnierzom pospieszyło wszystko, co tylko mogło pływać, a było większe od balii: rybackie kutry i wyścigowe motorówki, holowniki z Tamizy i londyńska rzeczna straż ogniowa. Żołnierze brytyjscy zostali ewakuowani.

9 czerwca Niemcy zajęli Rouen. Dotychczas mierzyłem odległość, jaką przeszły wojska niemieckie od granicy francuskiej, teraz zacząłem liczyć, ile kilometrów pozostało im jeszcze do nas.

10 czerwca Mussolini wypowiedział wojnę Francji i Anglii. Rząd francuski uciekł z Paryża do Bordeaux, a Paryż został ogłoszony miastem otwartym.

Wreszcie 14 czerwca nastąpił jeden z największych tryumfów hitlerowskiej propagandy. Dr Goebbels zachłystywał się radością, „przepraszając” w imieniu führera, że nie dotrzymano uprzednio ustalonego terminu, zajmując Paryż o jeden dzień za wcześnie.

Co nam pozostało? Działoczyny przy jednej armacie w Plelan le Grand? Ćwiczenia na mapie w dowództwie pułku w Ludeac? 16 czerwca pojechaliśmy do Coëtquidan na ostre strzelanie. Pierwsze ostre strzelanie w wykonaniu 3 Pułku Artylerii. I ostatnie. Drugiego dnia ćwiczeń podczas obiadu zapowiedziano nagle w radio ważne oświadczenie. Nowo mianowany premier, osiemdziesięcioletni marszałek Pétain, poddał Francję.

Między naszymi francuskimi kolegami a nami wyrosła nagle ściana nie do przebycia. Po komunikacie Pétaina nie krępowali się. Cieszyli się, że idą do domu. Nie wiem, którą przegraną odczułem bardziej boleśnie. Tę pierwszą, polską, na szosie do Mejszagoły, czy tę drugą, francuską i polską, w kasynie oficerskim w Coëtquidan.

A co z nami? Zgodnie z rozkazem francuskiego dowództwa oddziały polskie miały iść do odległego o blisko 100 kilometrów Nantes, przeprawić się tam przez Loarę i dalej ewakuować się na południe. Słowo „iść” należało rozumieć dosłownie. Iść 100 kilometrów na piechotę, ale za to w nowych butach, które wreszcie nam wydano z magazynu. Nasz pułkownik odjechał samochodem. Zostaliśmy pod wodzą majora, dowódcy dywizjonu. Żeby już ponurej karykaturze stało się w pełni zadość, major wyfasował sobie wierzchowego konia.
– Kierunek Nantes! Maszerować!

Jedyną zmotoryzowaną częścią naszej kolumny, wiejącej przed niemieckimi czołgami, były dwa rowery – Zaorskiego i mój – posuwające się wraz z nami tuż za wierzchowcem dowódcy kolumny.

Kiedy dogoni nas pierwszy lepszy zmotoryzowany zwiad niemiecki? Nawet dla pojedynczego niemieckiego samochodu pancernego byliśmy łatwym łupem. Mieliśmy wszystkiego cztery erkaemy, trochę starych karabinów i coraz bardziej poodparzane od nowych butów nogi. Bateria topniała na każdym kilometrze. Polonia francuska za przykładem gospodarzy demobilizowała się samodzielnie i skutecznie.

Gdyśmy po całonocnym marszu doszli do odległego o 40 kilometrów Redon, dowiedzieliśmy się, że Niemcy zajęli już Nantes i przeprawy przez Loarę i że jedyną naszą szansą jest prom w St. Nazaire. Major zdecydował kontynuować marsz pieszy do St. Nazaire. Tego było nam już za wiele. Postanowiliśmy z Wackiem Zaorskim „przejąć ster” naszego pieszego okrętu. Dalej na piechotę iść nie sposób. Nasz major-dowódca był już tak zniechęcony, że nie protestował.

Od mera Redon zażądaliśmy środków transportu dla naszej baterii. Odmówił kategorycznie. Szybko porozumiałem się z Zaorskim. Rozstawiliśmy nasze cztery karabiny maszynowe na rynku, za zaimprowizowaną zaporą przeciwpancerną.
– Postanowiliśmy się bronić! Miasto przejdzie do historii. Od tej chwili będzie się mówiło „bohaterskie Redon”. Stoczymy tu na rynku bitwę z hitlerowskimi czołgami. Francusko-polskie braterstwo broni zostanie jeszcze raz przypieczętowane wspólnie przelaną krwią! – Mer był przerażony nie na żarty. Propozycja wspólnego wpisania Redon na karty bohaterskiej historii Francji absolutnie mu nie odpowiadała. Pozostał jedyny ratunek: spławić nas jak najszybciej. Jakich argumentów użył mer Redon wobec żołnierzy francuskich załadowanych na ciężarówki, nie wiem, ale musiały to być argumenty dostatecznej wagi, bo w pół godziny po rozstawieniu naszych karabinów na rynku cała bateria była załadowana na samochody. Nam z Wackiem mer oddał do dyspozycji swego citroena. Byleśmy tylko jak najszybciej odjechali. Na wszelki wypadek na bagażniku na dachu przymocowaliśmy rowery.

Na prom do St. Nazaire nie zdążyliśmy, bo go Francuzi przedtem zniszczyli. Duży port, bezludny i opustoszały, wyglądał przygnębiająco. To nie takie proste w ciągu niespełna roku po raz drugi przegrać wojnę. Francuzi wysiedli całkowicie. Z wczorajszych aliantów staliśmy się nagle uciążliwymi cudzoziemcami. Wrogi nastrój w stosunku do nas potęgowały niemieckie samoloty, bombardujące na wszelki wypadek port St. Nazaire. Na nasze polskie mundury Francuzi wyładowywali wówczas i gorycz klęski, i strach przed bombami.
– Wynoście się! Szybko!

Pozostało nas już tylko kilku. Ktoś przyniósł wiadomość z radia. Podobno Sikorski był już w Anglii i dogadał się z Churchillem. W Wielkiej Brytanii tworzy się Wojsko Polskie. Będzie się bić dalej. Do niewoli niemieckiej dobrowolnie nie pójdę. To jedno wiedziałem na pewno. Poza tym niewiele więcej. Do najbliższej neutralnej granicy, granicy hiszpańskiej, było 800 kilometrów. Ile do najbliższego portu, skąd można płynąć do Anglii? To trzeba było ustalić jak najszybciej. Odnalezienie Anglików lub innych statków płynących do Anglii nie było łatwe. Mosty na Loarze były już w rękach niemieckich.

Po długich poszukiwaniach noclegu wreszcie ktoś otworzył nam drzwi. Starsza pani, paryżanka. Nie lubiła Bretończyków. Nie tylko wpuściła nas do siebie, ale dała nam jeść i pozwoliła się przespać. Skoro świt, obudziła nas mocno zaaferowana. Są Anglicy! Są niedaleko, w Croisique, malutkim porcie rybackim o 40 kilometrów na północ od St. Nazaire. Wiadomość była znakomita. Podziękowaliśmy i na przezornie zachowanych rowerach pojechaliśmy sprawdzić.

Przejazd z St. Nazaire do Croisique to była chyba najbardziej przygnębiająca lekcja o Francji 1940 roku. Jechałem nadmorską drogą przez liczne miejscowości kąpieliskowe. Wytworne plaże nad Atlantykiem. Pełnia lata, piękna czerwcowa pogoda. Na promenadzie nadmorskiej codzienny elegancki tłum. Jedyny znak wojny to samochody obładowane ponad zwykłą turystyczną normę, z gratami i pościelą przymocowaną sznurami do bagażnika na dachu, zaparkowane na każdym wolnym skrawku. Z głośników słychać najnowsze piosenki. Od 24 godzin komunikaty wojenne nie przerywają muzyki. Od 24 godzin Francja prosi Hitlera o pokój. Tymczasem ludzie na wytwornej plaży oblegają kawiarnie i bary. Może tylko bardziej niż co dzień wypatrują na drodze. Czy już jadą? Tak wyobrażałem sobie oczekiwanie na Tour de France. Tak oglądałem oczekiwanie na niemieckie czołgi.

Pedałowaliśmy na rowerach jak najszybciej. Nasze mundury wzbudzały zażenowanie i – co za tym idzie – nieżyczliwe komentarze.

Wreszcie Croisique. Mieścina i rybacki port. Wypadliśmy zza zakrętu na małe kamienne molo. Są! Cztery brytyjskie okręty wojenne. Nieduże, szare, pomalowane w ciemne ochronne plamy.

Zameldowałem się na najbliższym okręcie. Oficer służbowy, jak z opakowania tytoniu Navy Cut: z bródką i z fajką w zębach. Będzie czekał do godziny szesnastej. Ma rozkaz zabrać na pokład wszystkich napotkanych Polaków. Gdzieś wysoko burczał niemiecki samolot. Anglicy nie przejmowali się nim zbytnio. Wypuścili niewielkie balony ochronne i czekali. Naregulowaliśmy zegarki, żeby się nie spóźnić, i rozjechaliśmy się, żeby zawiadomić napotkanych rodaków. Wieść o angielskich okrętach rozniosła się szybko. Nigdy nie przypuszczałem, że tylu Polaków wędrowało wówczas po bretońskich szosach.

Gdy wróciłem na okręt, nie było już miejsc siedzących na pokładzie. Z trudem załadowałem mój jedyny dobytek – rower. Znowu „nie zdążyłem” na wojnę.

Załoga naszego okrętu nie bardzo odpowiadała moim wyobrażeniom o wilkach morskich. Przeważnie młodzi chłopcy, weseli, poubierani w dziwne sportowo-cywilne ciuchy. Na pierwszy rzut oka niezdyscyplinowani, szwendający się bez celu po okręcie. Dopiero gdy wypłynęli na morze i jednocześnie odstrzeliwali się atakującym niemieckim samolotom, rzucali bomby głębinowe na łódź podwodną, a w pół godziny później zastopowali okręt, by wyłowić załogę zatopionego frachtowca norweskiego – nabrałem do tych niby-cywilów wielkiego szacunku. Poszli całą naprzód.

Cóż to za wspaniałe uczucie być wówczas na dziobie okrętu, którego podstawową bronią są: szybkość i torpedy. Stałem tam początkowo zastrachany, a później urzeczony, w tunelu wodnym, kilkumetrowej wysokości, żłobionym dziobem okrętu. Za nami została Francja.

21 czerwca kampania francuska została zakończona. Tego samego dnia na pokładzie brytyjskiej korwety wylądowałem w Plymouth.

Tego samego dnia w Palmirach pod Warszawą Niemcy rozstrzelali mego ojca i brata.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Linia Maginota

Gdy podczas jednej z licznych odpraw oficerskich nasz dowódca zapytał, kto zna język francuski, podejrzewałem, że wypróbowaną metodą wojskową wybiera w ten sposób kandydatów do przeniesienia fortepianu lub do niedzielnej służby garnizonowej. Mimo to zgłosiłem się. W dwa tygodnie później dostałem rozkaz wyjazdu na staż do pułku artylerii francuskiej na linii Maginota.

Jak taternikom śnią się Himalaje, tak nam niewyżytym polskim artylerzystom, po raz setny prowadzącym ogień baterii na tekturowym stole artyleryjskim obok bilardu w kafejce w Bressuire, jawiła się po nocy linia Maginota. W lecie 1939 roku oglądałem ją w kinie „Napoleon” w Warszawie. Była główną bohaterką propagandowego francuskiego filmu Francja czuwa. Teraz miałem przeżyć ten film osobiście. Miałem wreszcie pozbyć się moich kompleksów „niezdążania” na wojnę. Wspaniała, nowoczesna linia Maginota, duma Francji i fundament jej wiary w zwycięstwo. Nie mogłem doczekać się, kiedy wreszcie dostanę się na odcinek. Zameldowałem się w dowództwie w Strasbourgu. Dostałem przydział: odcinek „Maroc” i „Canada”. Kod pocztowy: SP 117 „quelquepart en France” – „gdzieś we Francji”.

Czarna wojskowa cytryna powiozła nas dalej. Mijaliśmy szlabany kontrolne, zapory przeciwczołgowe, betonowe bunkry, zamaskowane stanowiska artylerii przeciwlotniczej. Coraz mniej cywilnej ludności, coraz więcej wojska. Przy kolejnej zaporze przeciwczołgowe j zasieki z drutów kolczastych. Czarni jak noc francuscy żołnierze kolonialni i biały podoficer sprawdzają nasz rozkaz wyjazdu i dokumenty. Towarzyszący nam francuski oficer łącznikowy wyjaśnia, że minęliśmy właśnie najbardziej wysunięte fortyfikacje linii Maginota i obecnie wyjeżdżamy na jej przedpole. Od tego szlabanu obowiązuje już odwaga i wysoki dodatek frontowy. O dziesięć kilometrów od nas są pierwsze linie niemieckie.

Nareszcie byłem na prawdziwym froncie. Drogą w lesie dojechaliśmy do dowództwa pułku, gdzie dostałem skierowanie na właściwy odcinek. Dalej już pieszo zameldowałem się u dowódcy baterii. Kapitan Labaylle, elegancki, przystojny brunet, wraz z dwoma oficerami kwaterował w opustoszałym domku, gdzie mieściło się dowództwo baterii. Miałem ogromne emocje i wzdychałem skrycie do generała Bema, patrona polskich artylerzystów, bym tu nie nawalił i nie zrobił mu wstydu.

Z wielkim szacunkiem patrzyłem na moich francuskich kolegów artylerzystów, gdyśmy w kilka minut później zasiedli do obiadu. Osiem kilometrów od nas pierwsze linie niemieckie, jesteśmy więc w zasięgu ognia ich artylerii. Nasz domek osłonięty drzewami, ale charakterystyczne druty telefoniczne, nietrudne do rozpoznania dla wysuniętych obserwatorów nieprzyjaciela, demaskują nasze miejsce postoju. A my tu sobie jemy spokojnie dobry obiad, gęsto zakrapiany jeszcze lepszym winem. Odważni faceci. Nie ma co. Przy trzeciej szklance sam czułem się współbohaterem i nie mogłem się doczekać pójścia na patrol zwiadowczy z moim dowódcą. Obiecał po drodze zapoznać mnie ze stanowiskami ogniowymi baterii, punktami obserwacyjnymi, dozorami i całą resztą artyleryjskiego gospodarstwa.

Szedłem z sympatycznym kapitanem w nastroju bohatersko-optymistycznym. Katastrofa nastąpiła po kilku minutach. Nie był to ani niespodziewany atak nieprzyjacielskich czołgów, ani huraganowy ogień niemieckich baterii, ani nalot nieprzyjacielskiego samolotu. Na tego rodzaju ewentualności byłem psychicznie przygotowany. Więcej – żądny wojennej sławy – marzyłem o niej, snując w duchu scenariusz o samotnym polskim podporuczniku na przedpolu linii Maginota… Katastrofa wyłoniła się powoli zza zakrętu pięknie zadrzewionej drogi. Cztery poczciwe koniska ciągnęły armatę, wzór… Tak! Nie chciałem wierzyć, ale to była ona. Armata 75 mm, wzór 97!

Starałem się usprawiedliwić obecność sędziwej staruszki na tym wymarzonym froncie. Pyszny kawał! Jednak ci Francuzi mają pomysły. Co za wspaniały trik. Tu, na przedpolu linii Maginota, na oczach niemieckich obserwatorów i lotników, w biały dzień wozić tę landarę! I do tego jeszcze zaprzęg konny. To lepsze niż staranne maskowanie prawdziwego sprzętu, ukrytego gdzieś wśród drzew. Pyszny kawał!

– Bravo, mon capitaine! – wyjaśniłem moją teorię o pozorowanym sprzęcie, który na pewno wyprowadzi w pole niejednego niemieckiego dowódcę.

Kapitanie Labaylle, przepraszam pana raz jeszcze! To nie była z mej strony złośliwość. Nie chciałem pana bynajmniej zawstydzić. Było mi równie głupio jak panu, gdy słuchałem pańskich usprawiedliwień, że to jest nasz jedyny sprzęt. Pozostało mi pocieszać się już bez przekonania, że tam za nami w bunkrach linii Maginota…

Poszliśmy dalej na rozpoznanie. Rozpoznanie – to brzmi dostatecznie wojskowo – ale właściwie był to zwykły spacer. Tyle tylko, że w niezwykłym otoczeniu.

No man’s land – ziemia niczyja. Kilkukilometrowej szerokości pas między skrajnymi umocnieniami linii Maginota i linii Siegfrieda biegł przez gęsto zaludnione rejony Alzacji. Domy nietknięte, tylko gdzieniegdzie wybita szyba i drzwi kołyszące się na wietrze. Nikogo. Ewakuacja ludności musiała się tu odbywać bardzo pośpiesznie. W szafach ubrania, pościel na łóżkach. Gdyby nie gruba warstwa kurzu, wydawałoby się, że wczoraj usunięto mieszkańców. Przeżyłem nieoczekiwane wzruszenie, gdy łażąc po tych bezludnych, nietkniętych osiedlach, napotykałem polskie nazwiska i polskie obyczaje. Na ścianach Matka Boska Częstochowska, Orzeł Biały, Marszałek Piłsudski, fotografie Warszawy, Zakopanego, polski kalendarz. Nawet – choć to ckliwie brzmi – Pan Tadeusz na półce.

„Drôle de guerre” – „dziwna wojna” na odcinku „Maroc” i „Canada” przebiegała w taki oto sposób. Mieszkaliśmy wygodnie w opuszczonych domkach o kilka kilometrów od Niemców. Codziennie o różnych, ale niezbyt fatygujących porach dnia bateria nasza ostrzeliwała przez pół godziny kilka uprzednio wybranych z mapy celów po niemieckiej stronie. Komendy ogniowe przygotowywaliśmy zawczasu, a samo strzelanie obserwowaliśmy przez lornetę nożycową, zainstalowaną na umocnionym punkcie obserwacyjnym. Artyleria niemiecka odpowiadała w podobny sposób. Podczas mego miesięcznego pobytu w „Canada” nasza dzielna bateria nie poniosła od ognia nieprzyjacielskiego żadnych strat. Przypuszczam, że podobny skutek dla nieprzyjaciela miała i nasza kanonada. W komunikacie wojennym to się nazywało: „Na przedpolu linii Maginota ożywiona wymiana ognia artyleryjskiego i działalność patroli.” Jeden taki patrol to właśnie my dwaj z kapitanem Labaylle.

9 kwietnia nuda komunikatów wojennych prysła. Hitler zaatakował Danię i Norwegię. Od tego momentu każdą wolną chwilę spędzałem przy głośniku. Zmotoryzowane oddziały niemieckie przekroczyły bez strzału granicę duńską. Jednocześnie w Kopenhadze wylądowały silne oddziały od strony morza. Nie znane jeszcze wczoraj nazwisko norweskiego majora Quislinga stało się symbolem zdrady. Komunikaty wojenne przynosiły nową lekcję geografii: Trondheim, Stavanger, Narvik. Tam bili się Polacy. Nasza Brygada Podhalańska weszła do akcji. Zazdrościłem im serdecznie.

Moje opowiadania wrześniowe na tle błyskawicznej inwazji Danii i nieudanej interwencji aliantów w Norwegii nabrały nowej skali porównawczej. Nie musiałem już wyjaśniać uprzejmym francuskim kolegom, jak to się stało, że w trzydzieści pięć dni przegraliśmy wojnę.
Na naszym odcinku nadal cisza. Któregoś dnia lokalne krótkie ożywienie. Z zadartymi głowami obserwujemy pojedynek dwóch myśliwców. Krążą na dużej wysokości, ale serie kaem słychać wyraźnie. Trafiony Anglik rozlatuje się w powietrzu. Szczątki samolotu spadają na torfiastą łąkę niedaleko baterii.

Na ochotnika chodziłem na nocne patrole z mężnym zamiarem spotkania nieprzyjacielskich zwiadowców. Bez rezultatu.

7 maja 1940 roku ukończyłem praktykę na linii Maginota. Wróciłem do Paryża z przydziałem do Polskiego Ośrodka Szkoleniowego w Coëtquidan w Bretanii. A w trzy dni później zaczął się Blitzkrieg. Odcinki „Maroc” i „Canada” padły ponoć bez strzału.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Bressuire

3 grudnia 1939 roku zostałem odkomenderowany z kilkudziesięcioma oficerami do Ośrodka Szkolenia Artyleryjskiego w Bressuire. Pomny na mój nieudany start wojenny z podobnej instytucji w Wilnie – bez entuzjazmu zameldowałem się na dworcu.

Bressuire. Małe prowincjonalne miasteczko w departamencie Deux-Sèvres. W roku 1940 – 6200 mieszkańców. Przędzalnie wełny, co wtorek targi na bydło. Od bitwy w roku 1792, w której Wandejczycy ponieśli klęskę pod murami miasteczka – niewiele się tu zmieniło. W encyklopedii Larousse’a Bressuire zajmuje cztery wiersze. Mnie zajęło cztery miesiące. Co wieczór zasypiałem z nadzieją, że coś się jutro zacznie. I co rano konstatowałem niezmiennie, że jeszcze nie dziś. Było coś zawstydzającego w kontraście tej wygodnej nudy sztucznie stwarzanych niby-wojskowych zajęć, plotek prowincjonalnej francuskiej dziury i przeraźliwych wiadomości z Polski.

Emigracyjną prawdę o „białym chlebie, co ością do gardła powraca”, sprawdziłem aż nadto w poczciwym Bressuire. Miasteczko było małe, dość jak na Francję biedne i nudne. Gruby mer adwokat, posiadacz peugota i sześciorga dzieci, zjednał nas sobie od razu na wstępie przy powitaniu „dzielnych polskich żołnierzy”. Powitanie było w miarę uprzejme i bardzo krótkie. Znacznie więcej czasu mer poświęcił na szczegółowy rozdział kwater oficerskich, a zwłaszcza podział stołowników między rywalizujące ze sobą dwie kafejki-restauracje. W dzień targowy wypełnione okolicznymi chłopami sprzedającymi bydło, przez resztę tygodnia świeciły pustkami. Kilkudziesięciu oficerów polskich stołujących się w restauracji było zapowiedzią poważnego ożywienia sektora gastronomicznego Bressuire.

Mer udzielił u siebie kwatery naszemu pułkownikowi – dowódcy, u aptekarza zamieszkał major -szef wyszkolenia. Zgodnie z wojskową hierarchią nam podporucznikom przypadły bardziej odległe kwatery u mniej dostojnych przedstawicieli miejscowego społeczeństwa. Szeregowi, mimo że byli najbardziej poszukiwani do nowo formowanych polskich dywizji, zostali skoszarowani po prostu w stodołach i stajniach na słomie. Hierarchii wojskowej przestrzegano w naszym ośrodku bardzo ściśle.
Wraz z „Gazdą” i „Chińczykiem” zamieszkaliśmy u Mme Bonnard, jednookiej wdowy, zajmującej z dwiema córkami niewielki domek na jednej z bocznych uliczek. Po kilku dniach uzgodniliśmy wspólnotę stołu, która wzmocniła budżet Mme Bonnard, a nam zapewniła skromną, francuską kuchnię, miejsce przy stole obok dużego komina i konwersację co wieczór.


Po doświadczeniach Ośrodka Szkolenia Artylerii w Wilnie zamierzenia naukowe naszego dowódcy traktowaliśmy z rezerwą. Sprzętu nadal nie było ani na lekarstwo. Stopniowo zajęcia ułożyły się dość rozsądnym trybem. Realistyczna ocena sytuacji przez naszego kierownika nauk – majora i jego zamiłowanie do bilardu sprawiły, że pozostawił nam wiele wolnego czasu. Zajęcia obowiązkowe, obok nauki języka, ze szczególnym uwzględnieniem słownictwa artyleryjskiego, obejmowały: terenoznawstwo, topografię i naukę strzelania prowadzoną na „stole artyleryjskim”. Wkrótce wybiliśmy się z „Chińczykiem” na czoło w topografii, co służbowo uzasadniało nasze długie spacery po okolicy. Po kilku tygodniach znaliśmy miasteczko na pamięć z jego sześćset lat temu mocno na wyrost zbudowaną romańsko-gotycką katedrą i ruinami zamku.

Nudę mikrogarnizonu bez wojska i ośrodka artyleryjskiego bez armat skracaliśmy sobie wycieczkami do sąsiedniego Saumur, miejsca słynnej szkoły kawaleryjskiej. Status finansowy armii francuskiej, który rozciągnięto i na Wojsko Polskie, stwarzał nawet nam, podporucznikom, pewne możliwości finansowe. Podczas gdy szeregowi nie mieli na najbardziej elementarne wydatki, oficerowie mieli niezłe pobory. Oszczędzałem skrzętnie, byle tylko jak najszybciej dorobić się munduru i pożegnać moje wysłużone szwedzkie ciuchy. Kawaleryjsko-artyleryjskie fasony znalazły pełne zrozumienie zwłaszcza u wojskowych szewców w Saumur. Wkrótce mieliśmy nie tylko nowe oficerskie mundury, ale nawet i buty z cholewami, przedmiot szczególnej dumy.

Szczodrą ręką wystawiane przez naszego kwatermistrza rozkazy wyjazdu i urlopy okolicznościowe umożliwiały częste wypady do Paryża.

Podczas jednej z wizyt paryskich przeżyłem zabawne i absolutnie niepowtarzalne wrażenie. O godzinie dwunastej w południe szedłem samotnie Boulevard des Italiens. Przyłapał mnie tam alarm lotniczy, respektowany bardzo skrupulatnie przez przechodniów, chowających się do schronów i bram. To niemal surrealistyczne przeżycie iść przy akompaniamencie syren, samotnie, w biały dzień, po jednej z najruchliwszych ulic świata. Wydawało mi się wówczas, że wyglądam na bohatera. Dziś podejrzewam, że raczej na durnia.

Boże Narodzenie zastało mnie w Bressuire. Wojenna gwiazdka bez wiadomości z Warszawy, bez choinki pachnącej w pokoju. Wraz z miejscowymi zakonnicami śpiewaliśmy na chórze w katedrze, na cztery głosy, polskie kolędy. Solistą był kapitan, nasz reprezentacyjny bas. Stare organy sapią i piszczą. Dziwnie brzmią polskie słowa akcentowane po francusku i z francuskim grasejowaniem poczciwych siostrzyczek.

Zimno było i daleko.

Styczniowego mrocznego poranka Bressuire wstrząśnięte zostało ponurą katastrofą. Stacjonująca w miasteczku polska kompania miała niewiele więcej roboty od nas. Dzień rozpoczynał się regulaminową zbiórką. Zgodnie z ustawodawstwem francuskim wojska w głębi kraju – nawet w czasie wojny – nie mogły korzystać z terenów stanowiących prywatną własność. Wojenne „nie deptać trawników” obowiązywało w tej „dziwnej wojnie”. Zaspana kompania ziewając słuchała apelu sierżanta szefa, stojąc w dwuszeregu na szosie. Było jeszcze ciemno. Nagle z ciemności wypadła wielka cysterna z mlekiem. Nim kierowca zdążył nacisnąć hamulec, pięciu żołnierzy leżało martwych w kałuży krwi. Kilkunastu rannych długo odwoziły do szpitala zaalarmowane prywatne samochody. Na wojnie giną ludzie. Ale tak na szosie w Bressuire, na porannym apelu, pod ciężarówką…

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Drôle de guerre – dziwna wojna

Paryż znałem nieco już uprzednio. Z dwutygodniowej wycieczki z okazji Wystawy Kolonialnej i z trzymiesięcznej praktyki studenckiej, którą odbywaliśmy razem z Zosią w roku 1936. Uczyliśmy się Paryża ze znakomitych wykładów profesora Lecha Niemojewskiego na Wydziale Architektury, z książek i przewodników, z planu miasta.

Chłonęliśmy z Zosią Paryż 1936 roku oczami zachwyconych studentów architektury w towarzystwie Maćka i Siasi Nowickich, naszych kolegów z Wydziału Architektury i przyjaciół, stawiających wówczas pierwsze kroki w pracowni Le Corbusiera.„Paris ville lumière” – „Paryż miasto świateł”, głosiły turystyczne plakaty.

Upragniony Paryż 1939 roku, do którego wreszcie dotarłem, był ciemny.

Przedwojenna znajomość miasta nie na wiele mi się przydała, gdy późnym wieczorem na dworcu dostałem adres stacji zbornej Wojska Polskiego: koszary Bessières – metro St. Ouen.

Dostałem przydział do sypialni pełnej dwupiętrowych łóżek, głośno chrapiących sąsiadów i koszarowego zaduchu rzadko zmienianych skarpetek. Wdychałem go pełną piersią. Teraz wiedziałem już na pewno, że jestem w prawdziwych koszarach. Ani utarty na sieczkę twardy siennik, ani zatkany zlew w łazience nie potrafiły osłabić mego entuzjazmu.

Chodziłem po koszarach, obcy wśród licznych już umundurowanych polskich żołnierzy. Jakoś nie mogłem się pozbierać. Wieczorem uczestniczyłem w uroczystej akademii z okazji rocznicy 11 listopada. Miałem wątpliwości, czy wrzesień 1939 nie unieważnił naszego prawa do listopadowych wspomnień, ale byłem bardzo ciekaw Sikorskiego.

Sikorski był zmęczony. Bez większego przekonania nawiązał do listopadowej rocznicy, dał zwięzłą ocenę aktualnej sytuacji politycznej i militarnej. Uprzejmie akcentował potencjalne walory militarne Francji. Prosił o cierpliwość. Cóż mógł nam więcej wtedy w Paryżu powiedzieć? Konfrontowałem wyimaginowany obraz z rzeczywistą postacią. Wyglądał bardziej na zmęczonego człowieka niż na Naczelnego Wodza z propagandowych fotografii. Jeśli stracił coś z nimbu bohatera, to zyskiwał na sympatii.

W ogonku po zupę w koszarach Bessières natknąłem się na serdecznego przyjaciela Janusza Zalewskiego. Byliśmy w jednym działonie 8 baterii w Szkole Podchorążych we Włodzimierzu, kolegowaliśmy na Wydziale Architektury. Wspólnie entuzjazmowaliśmy się drewnianą architekturą huculszczyzny, robiąc wakacyjne ćwiczenia inwentaryzacyjne z architektury polskiej w Kołowym i Żabiem.

– „Chińczyk”, bracie kochany, skąd ty się tu wziąłeś? – Skośne, czarne oczy, szeroka gęba, śniada cera i pobłażliwa filozofia życiowa zadecydowały o przezwisku Janusza.
– Z Warszawy.

Z koszar Bessières szlak każdego wojskowego Polaka wiódł niezmiennie do hotelu „Regina”. Zestawienie słów: koszary i hotel, kontrast ubogiej dzielnicy Clichy z wytworną rue Rivoli na wprost północnego skrzydła Luwru podkreślały dystans dzielący te dwa polskie światy. Koszary Bessières, stacja zborna, to była masówka polskiego wojska w Paryżu. Cywilne ciuchy z różnych stron świata, fasowane stare mundury, strawa z kotła, nudne pseudozajęcia i poszukiwanie liniowego przydziału. Wytworny hotel „Regina”, przemianowany ad hoc na siedzibę polskiego Sztabu i Ministerstwa Wojny, to była elita. Każdy wojskowy rodak, który zjawił się w koszarach Bessières, przespał się i zjadł zupę, sunął do „Reginy”.

Przez korowody weryfikacyjne w koszarach Bessières przebrnąłem stosunkowo szybko i bezboleśnie. Nie było to takie proste, nawet z zaprawą, jaką zdobyłem w Połądze. W kampanii wrześniowej prawdziwe wojsko, liniowe jednostki bojowe, poniosło ogromne straty, a ich resztki dostały się do niewoli niemieckiej. Do Rumunii, Węgier i na Litwę trafili w większości ci, którzy w Polsce nie zdążyli na wojnę. Swoje skromne doświadczenia wojenne nadrabiali obecnie bojową wyobraźnią. Nic też dziwnego, że obok złorzeczenia na wrześniowe dowództwo, szczególnie łatwego dla tych, którzy wojnę znali z komunikatów i opowieści, osobiste przygody wojenne uczestników ogonka po obiad w koszarach Bessières roiły się od wspaniałych opowieści. Nocne wypady z granatem w ręku były równie częste jak zupa cebulowa. Moje lakoniczne sprawozdanie wyglądało ubożuchno, ale nie nastręczało kłopotów. W działaniach wojennych w Polsce niestety nie brałem udziału – a mój mało efektowny stopień podporucznika rezerwy był dostatecznie udokumentowany.

Wkrótce dostałem legitymację oficjalnie stwierdzającą: „Affectation: Armée Polonaise” – „Przydział do Wojska Polskiego”.

Naiwna wiara w oczekujące nas we Francji nowoczesne, zmotoryzowane dywizje, w okazję do szybkiego rewanżu za wrzesień rozwiała się przy pierwszej kolacji w koszarach Bessières.

Zanosiło się na długie oczekiwanie znowu gdzieś na składzie. Ale jednocześnie koszary Bessières aż się trzęsły od wiadomości o formującej się pierwszej dywizji. Nowy francuski sprzęt, mundury, szybki wymarsz na front. Przecież lada dzień rozpocznie się prawdziwa wojna. Cała bieda, że do tej wymarzonej pierwszej dywizji nijak nie chcieli mnie brać. Pierwszeństwo mieli oficerowie zawodowi, podoficerowie i szeregowi. Z zazdrością patrzyłem, jak moi sąsiedzi przy koszarowych obiadkach dostawali przydziały i odjeżdżali z Paryża do Bretanii, gdzie w Coëtquidan była polska szkoła podchorążych i formowały się oddziały pierwszej dywizji. Diabli mnie brali, że do podchorążówki trafiali, obok młodziutkich chłopaków, również i starsi panowie, o jeszcze mniej wojskowej przeszłości niż moja, których główną zaletą był… brak stopnia oficerskiego. Moja nikła zresztą wiedza artyleryjska okazała się nadal inwestycją absolutnie deficytową w przedwojennym budżecie Ministerstwa Spraw Wojskowych. Pomysł zatajenia oficerskiego stopnia nie dał się zrealizować wobec nieopatrznego ujawnienia go w arkuszu ewidencyjnym złożonym w Bessières. Pozostawała jedynie protega kogoś z „Reginy”. Ale tej mi brakło. Kilka wycieczek do wytwornego hotelu-ministerstwa zakończyło się fiaskiem.

Po otrzymaniu pierwszego żołdu postanowiliśmy jak najszybciej przenieść się z koszar do hotelu. Wybór nasz padł na mało wytworny lokal opodal Porte St. Ouen, Hôtel du Printemps – Hotel Wiosenny. Ponura buda, z podwórkiem studnią, o zawrotnie stromych schodach i maleńkich pokoikach. Zgodnie z tradycją paryskich hotelików tego typu parter wypełniało bistro, wąskie przejście do klatki schodowej i „biuro”, w którym w chwilach wolnych od zajęć za ladą bistro urzędował patron lub jego żona.

La patronne – szefowa, słuchająca bezustannie radia, gorąca katoliczka, z jednakowo znudzoną miną częstująca gości aperitifem, jak i obfitą serią pornograficznych fotografii. Patron – szef, w rozdeptanych rannych pantoflach, zawsze rozczochrany z nieodłącznym gauloisem przylepionym do wargi, liberał filozof, absolutnie zawojowany przez żonę.

Prawdziwe życie baru zaczynało się dopiero późnym wieczorem, gdy wynieśli się przygodni goście, a zostawali stali bywalcy. Rej wodził monsieur Petit, starszy pan, taksiarz. Jak wszyscy taksiarze świata, cwaniak-filozof, narzekający na rząd i wojsko, a jednocześnie gorący patriota, oburzający się na Niemców i wspominający „tamtą” wojnę. Listę stałej załogi baru uzupełniały dwie panienki lekkiego prowadzenia, ale za to ciężkiej wagi. Do bistro du Printemps przychodziły „pozasłużbowo” i były traktowane z rodzinną serdecznością. Poczciwe, grube dziewczyny, najbardziej rozumiały nasze wrześniowe biedy. Ze wzruszeniem przysłuchiwały się opowieściom wojennym „Gazdy”. To, że bardzo słabo mówił po francusku, nie przeszkadzało im zupełnie. Miał takie ładne niebieskie oczy.

Był jeszcze jeden stały mieszkaniec hotelu, którego dopiero nasz przyjazd włączył w grono nocnych dyskutantów baru.
– Mieszka u nas rodak panów – oznajmiła nam szefowa – bardzo miły i spokojny. Przyjechał w kwietniu na studia.

Od tej pory przegadaliśmy z nim niejedną godzinę. Rodak, nie pasujący do wojennych komunikatów i syren przeciwlotniczych, wyjących przeraźliwie na rogu. Młody Żyd z Suwałk przybyły na studia rabinackie do Paryża. Niewiele mówił, uważnie słuchał. Rozumiał już, że do Suwałk nie wróci. Nie wiedział jeszcze, że Hôtel du Printemps także przestanie wkrótce być dlań bezpieczną przystanią. Pozostała mi w pamięci jego wąska, blada twarz, szeroko otwarte oczy patrzące zza okularów i natarczywe pytanie: – Panie, niech pan powie, jak tam u nas będzie?

Drôle de guerre – dziwna wojna – dawała się odczuć w Paryżu roku 1940 w równie dziwny sposób. Nie było jej w komunikatach wojennych, była natomiast na każdej wystawie sklepowej. Francuska moda reagowała znacznie sprawniej i szybciej niż francuski sztab generalny. Kolor khaki – kolor munduru, królował nawet w wytwornych witrynach rue du Faubourg de St. Honoré. Koszule khaki, piżamy khaki, szaliki, sukienki – wszystko było khaki. Nawet maska gazowa, ponury rekwizyt nadchodzącej wojny, stała się natchnieniem dla domów mody, które prezentowały bogatą kolekcję wdzięcznych modeli puszek, pokrowców i torebek do maski i pochłaniacza.

Dla podniesienia ducha bojowego i wiary we wspólną potęgę aliantów różnych chwytano się sposobów. Od dnia wypowiedzenia wojny wszystkie paryskie teatry i kina kończyły codzienny program obowiązkowym odegraniem Marsylianki i God Save the King. Także i w Casino de Paris na zakończenie rewii wszyscy wstawali z miejsc i wysłuchiwali w skupieniu hymnów narodowych. Dostatecznie gołe panienki, wyprężone na baczność w takt kościelnej melodii God Save the King, wyglądały niemal dostojnie. W metro obok tradycyjnych plakatów Dubo-Dubon-Dubonnet – ostrzeżenia: „L’ennemi écoute” – „wróg podsłuchuje”. Wielkie plakaty powtarzają: „Zwyciężymy, bo jesteśmy silniejsi.” Na ulicy syreny ogłaszały alarm lotniczy. Wyły głośniej i bardziej przeraźliwie niż warszawskie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Z Kowna do Paryża

Pierwszy odcinek trasy do Paryża, Kowno-Tallin, przejechaliśmy bez trudności. Wojna, najsprawniejsza „agencja turystyczna”, zmuszała co prawda do nieoczekiwanych podróży, ale jednocześnie paraliżowała całkowicie zainteresowania turystyczno-architektoniczne. W Tallinie nie interesowały mnie ani zabytkowe śródmieście, ani portowe uliczki. Jedyną naprawdę pasjonującą sprawą było stwierdzenie, czy istnieje komunikacja morska ze Szwecją. Czy statki pasażerskie do Sztokholmu kursują nadal wśród niemieckich kontrtorpedowców, ścigaczy i łodzi podwodnych. Przed biurem linii okrętowej „Estonia”, jedynej linii utrzymującej regularne połączenie na trasie Tallin-Sztokholm, stanąłem przerażony. Obok szyldu linii okrętowej wisiała duża czerwona tablica z hitlerowskim „Hakenkreuzem”. Dyrektor linii okrętowej był jednocześnie konsulem niemieckim w Tallinie.

Fakt kursowania statku „Estonia” stał się całkiem jasny. Niemcy tolerowali ten środek komunikacji, bo był im potrzebny do spraw handlowo-szpiegowskich, Niemcy również kontrolowali skład pasażerów. Czy zechcą nas puścić?

Mieliśmy polskie zastępcze paszporty, a zarówno nasz wiek, jak i kolekcja wiz określały aż nadto dobrze, że nie jedziemy do neutralnego Sztokholmu na zjazd filatelistów ani na imieniny cioci. Musieliśmy zaryzykować. Byliśmy w obcym mieście, bez żadnych kontaktów. Sytuacja polityczna komplikowała się z każdym dniem. Bilety sprzedali nam bez trudu, odnotowując skrupulatnie dane paszportowe i zamierzony cel podróży.

Schodząc z pokładu s/s „Estonia” w porcie Sztokholmu, zrozumiałem i doceniłem w pełni przezorność litewskiego pułkownika, który naszą ośmioosobową ekipę wyekspediował z Kowna na raty. Brawo, panie pułkowniku! Dla czterech Polaków nie opłacało się Niemcom zatrzymywać neutralnego – bądź co bądź – statku. O tym, jak skutecznie wywiad niemiecki kontrolował listę pasażerów s/s „Estonia”, przekonali się na własnej skórze Polacy płynący do Sztokholmu w początku grudnia. Na pełnym morzu Niemcy zatrzymali statek i zabrali 75 pasażerów polskich. Na pięć lat do obozu jeńców.

Nasza kowieńska zasada: wszystko sami, nie oglądając się na polskie władze, w Sztokholmie zawiodła. Poselstwo polskie nie tylko nie likwidowało się, ale działało bardzo sprawnie. Attaché wojskowy, major Brzeskwiński, był nam rad. Nie chcieliśmy przycupnąć na dłużej w neutralnej Szwecji, spieszno nam było do Francji. Wiadomość, że zostaniemy już za cztery dni wysłani na koszt ambasady samolotem do Amsterdamu, a stamtąd pociągiem do Paryża, przyjąłem z niedowierzaniem. Zbyt dobre, żeby było prawdziwe. Lepiej od razu kombinować na lewo. Postanowiliśmy jednak poczekać. Cztery dni to ostatecznie nie tak wiele. Zwłaszcz,a że wypłacone nam w poselstwie niewielkie diety pozwoliły na oglądanie miasta.

W Sztokholmie spotkałem znajomego z Warszawy, pana Weytko, sekretarza naszej ambasady, żonatego ze Szwedką. W ich gościnnym domu zetknęliśmy się przy kolacji z kilku Szwedami. Wypytywali o przebieg kampanii wrześniowej. Słuchali życzliwie i uważnie naszych niebohaterskich i mocno goryczą przepojonych wrześniowych relacji. Dziwili się. Żałowali nas. I to chyba było najprzykrzejsze. Trudno nam było przebywać w pięknym Sztokholmie wśród neonów, świetnie ubranych ludzi i oszałamiających dostatkiem wystaw sklepowych, gdzie uprzejmy policjant czuwał równie obojętnie przed ambasadą polską, jak i niemiecką.

Poważną trudność w poruszaniu się po mieście stanowiły nasze kowieńskie stroje. Kłopoty ubraniowe zostały szybko rozwiązane. Nazajutrz po kolacji u państwa Weytko gospodarz zjawił się w naszym hoteliku. Z góry nas przepraszał, prosił, byśmy tego źle nie zrozumieli, ale jego szwedzcy przyjaciele z własnej inicjatywy, jeszcze wczorajszego wieczora po kolacji, nazwozili mu do domu sporą kolekcję „ciuchów”, z prośbą, byśmy chcieli z nich skorzystać. Istotnie trudno było dłużej paradować po Sztokholmie w naszych litewskich strojach, a miła i dyskretna forma pomocy szwedzkich przyjaciół pana Weytko w pełni upoważniała, by z niej skorzystać.

Szwedzkie „ciuchy” przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Przebraliśmy się od stóp do głów. Nasza następna wizyta u polskiego attaché wojskowego przyniosła nieoczekiwane rezultaty: bilety lotnicze i kolejowe Sztokholm-Paryż.

Mogliśmy wpłacić pozostałe, pożyczone w Kownie, pieniądze na rachunek ich właściciela w banku szwedzkim. Resztę czasu poświęciliśmy próbom nawiązania korespondencji z Warszawą, słuchaniu radia i oglądaniu miasta.

Z Kowna wysłałem szereg kart i listów do Warszawy. Neutralna Szwecja stanowiła nową okazję do korespondencji. Nie znając mych dalszych losów, jako adres zwrotny dla tak bardzo oczekiwanej odpowiedzi podałem Szwedzki Czerwony Krzyż, któremu miałem przesłać mój adres, gdy tylko znajdę się we Francji. Moja karta z naiwnym szyfrem: „ciocia zawiadamia, że Stasia jest zdrowa i wybiera się do wujka Władzia”, nie była zbyt trudna do rozszyfrowania dla hitlerowskiej cenzury, ale jak się po latach dowiedziałem, była pierwszą ode mnie wiadomością w Warszawie. A Szwedzki Czerwony Krzyż umiał mnie odnaleźć we Francji, gdy nadeszła odpowiedź z Warszawy.

Codzienne słuchanie radia i studiowanie międzynarodowej prasy, w której rozczytywaliśmy się, działało przygnębiająco. Na Zachodzie w dalszym ciągu nic się nie działo. Liczyłem nadal naiwnie, że to przysłowiowa cisza przed burzą, że Francuzi chcą tym bardziej zaskoczyć Niemców, że prawdziwa ofensywa zacznie się lada dzień. Naturalnie, rozpoczną ją alianci. Byle tylko zdążyć.

Jak daleko na północ zawędrowaliśmy w drodze do Paryża, uświadomiłem sobie w wagonie pociągu Sztokholm-Malmö. W każdym przedziale łopata i zapasowa latarnia naftowa na wypadek, gdyby pociąg ugrzązł w zaspach śnieżnych. Nie użyłem ani łopaty, ani latarni, natomiast wyspałem się pysznie. Z Malmö do Kopenhagi leciałem samolotem, który ledwie zdążył się wznieść w górę, by natychmiast wypuścić podwozie do lądowania w stolicy Danii. Charakterystyczny pięciopalczasty plan Kopenhagi, dobrze widoczny przy ślicznej pogodzie, duże nowoczesne lotnisko, na którym co chwila głośniki anonsują miasto, kraj lub część świata. Wojna nie ograniczyła ruchu na neutralnych lotniskach skandynawskich.

Amsterdam – wielki port lotniczy, potem przejazd autobusem przez miasto pełne kanałów na dworzec kolejowy. Po jasno oświetlonym Sztokholmie znacznie tu było ciemniej, w wielu oknach zaciemnienia. Pierwsza zapowiedź, że wyjeżdżamy z neutralnego rejonu Europy.

Do Brukseli przyjechaliśmy wieczorem. Siusiający chłopiec-fontanna, czarno-złoty gotycki Grande Place i w każdym bistro żołnierze ze śmiesznymi pomponikami na furażerkach.

10 listopada 1939 roku wysiadłem na dworcu w Paryżu. Na ulicach było ciemno.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Litwa, ojczyzna nie moja

Byliśmy na Litwie.

Wkrótce zjawił się dowódca odcinka, major, który uprzednio dwukrotnie rozmawiał z nami po naszej stronie granicy. Było mi wstyd, gdy podkreślił, że nie śpieszyliśmy się do niewoli i że ostatni przekroczyliśmy granicę. Uzgodnił telefonicznie ze swymi władzami, co ma z nami robić. Gorzka to była satysfakcja, gdy nam oświadczył, że będziemy potraktowani inaczej niż pozostali uchodźcy. Zamiast ogólnego transportu koleją pojedziemy bez eskorty naszym fiatem i motocyklem, które nam zostaną zwrócone, ściśle określoną trasą, przez Poniewież – Szawle – Tylżę – do Połągi, gdzie mieści się jeden z obozów jenieckich, z obowiązkiem meldowania się po drodze w policji. Pozwolili nam zabrać ze sobą na drogę broń boczną, którą wraz z pojazdami mieliśmy zdać w Połądze. Dostaliśmy mapę, glejt na drogę i benzynę.

Jadąc od granicy, studiowałem mapę. Nazwy miejscowości przypominały Kmicica, Billewiczównę i Laudę. Ze wspomnień Potopu wyrwała mnie całkiem współczesna palba karabinowa w pobliżu Poniewieża. Skręciliśmy gwałtownie na pobocze szosy, stanęliśmy pod drzewami. Zza pobliskiego mostu wybiegło kilka postaci z karabinami gotowymi do strzału. Wykrzykiwali coś do nas, ale chyba bardziej dla dodania sobie animuszu. Nie wiem, kto był bardziej wystraszony, my czy oni. Gotowi nas jeszcze ze strachu ustrzelić.

– Nie strzelać! Polacy! – odkrzyknęliśmy na wszelki wypadek, ufni w powszechną tu znajomość polskiego i niezbyt groźne zamiary obrońców Poniewieża.

Był to miejscowy oddział szaulisów – paramilitarnej organizacji litewskiej – pełniący wartę przy moście. Polskie mundury, przyczepa motocyklowa z podstawką do erkaemu wyglądała dostatecznie niepokojąco, by nas tu o kilka kilometrów od granicy na wszelki wypadek powystrzelać. Otoczyli nas dokoła. Dowódca oddziału podejrzliwie sprawdzał glejt. Dalej już na naszym motocyklu towarzyszył nam do pobliskiego Poniewieża. Część oddziału pojechała na rowerach.

Stanęliśmy w miasteczku, czekając, by eskortujący nas dowódca oddziału, dumny ze swej wojennej zdobyczy, zameldował się w policji i uzgodnił naszą dalszą trasę. Woleliśmy nie uzależniać dalszej podróży od strzeleckich umiejętności napotykanych po drodze oddziałów.

Zaparkowaliśmy na środku rynku, pod drzewami. Wysiedliśmy z samochodu dla rozprostowania kości. Poniewież – małe żydowskie miasteczko. Nasze pojawienie się zelektryzowało mieszkańców. Polskie mundury. Wychodzili z otaczających domów, z uliczek. Przyglądali nam się uważnie. Byliśmy przedstawicielami obcej i w dodatku pobitej armii. Otaczali nas, gestykulując i wykrzykując. Wygrażali nam pięściami. Ktoś rzucił kamieniem w nasz samochód.

Staliśmy blisko siebie. Odpiąłem kaburę pistoletu. Rynek był wybrukowany kocimi łbami. Tylko pierwszy kamień trudno jest wyrwać z bruku. Następne już coraz łatwiej. Mieliśmy pistolety i kilkadziesiąt kroków wolnej przestrzeni dookoła siebie. Wyratował nas z opresji dowódca szaulisów, zaalarmowany zbiegowiskiem na rynku. Pojechaliśmy dalej.

Połąga, dawny majątek Tyszkiewiczów i – jeszcze przed pierwszą wojną – modny kurort nadbałtycki. Znałem ją z opowiadań rodziców, i to dziwnym zbiegiem okoliczności, również w zestawieniu z początkiem wojny. Tu bowiem, w Połądze, zastał moich rodziców i mnie, trzyletnie dziecko, wybuch pierwszej wojny światowej w roku 1914. Szybki wówczas powrót do Warszawy starałem się i tym razem, po dwudziestu pięciu latach, poczytywać za dobrą wróżbę. Dodawał mi otuchy fakt, że byliśmy nad morzem. Co prawda, na bardzo niewielkim odcinku litewskiego, mocno strzeżonego wybrzeża, ale nad morzem. A morze to kutry rybackie, szwedzki Gotland, odległy o 150 kilometrów, to możliwość ucieczki. Bo że chciałem stąd uciekać, to wiedziałem już pierwszego ranka w Połądze, zanim zdążyliśmy się zameldować w polskiej Komendzie Obozu Jeńców, by zdać nasze pojazdy i broń.

Fala uciekinierów Polaków przysporzyła maleńkiej Litwie kłopotów co niemiara. Nie byliśmy tu przybyszami ani mile widzianymi, ani łatwymi. Pełni uzasadnionych i niesłusznych pretensji i żalów – jak to zwykle po klęsce – rozgoryczeni i skłóceni. Sąsiedztwo Prus Wschodnich, niemieckiej i radzieckiej floty na Bałtyku dodatkowo komplikowało sytuację Litwy, pragnącej zachować neutralność. Polscy uchodźcy – zwłaszcza 14 tysięcy jeńców wojennych, których wojsko litewskie wcale nie chciało brać do niewoli – mogli łatwo stać się casus belli. Władze litewskie starały się więc przede wszystkim nas rozlokować, a potem możliwie jak najskuteczniej zamknąć i pilnować. Pierwszą część zadania zrealizowano szybko, lokując nas w różnych miejscowościach poza Kownem. Drugą – już bardziej skomplikowaną – przygotowywano, organizując w pośpiechu, obozy jeńców.

Mieliśmy dach nad głową, brakowało nam nadal jakichkolwiek wiadomości, przede wszystkim wiadomości o Warszawie. Odrębność językowa izolowała nas i więziła sprawniej niż policja. Można zdjąć mundur i przebrać się, ale znacznie trudniej jest w obcym kraju poruszać się samodzielnie, nie znając ani słowa w miejscowym języku. Chyba że nam ktoś pomoże. Są przecież polskie władze obozowe, jest ponoć nasze poselstwo w Kownie, jest Czerwony Krzyż. Życie obozowe zaczynało się powoli organizować, pojawiły się regulaminy, zarządzenia. Ale najważniejsze były wiadomości stamtąd. Był jeszcze wrzesień. Była jeszcze broniąca się Warszawa, Modlin, walcząca na południu Polski samodzielna grupa operacyjna „Polesie” generała Kleeberga. Wiedziałem, że wojna w Polsce była przegrana, że zawiedli całkowicie nasi zachodni alianci. Że zostaliśmy sami. Ale czułem również, że tam, w Warszawie, rozstrzygają się sprawy ważniejsze nawet niż obrona stolicy.

Bałem się. O Zosię i Magdalenkę, o Mokotowską, o Warszawę. Kiedy 28 września usłyszałem o kapitulacji Warszawy, ciężar spadł mi z serca. Nie można słuchać spokojnie, jedząc kolację w obozie jeńców, jak ginie bohaterskie miasto, z którym się jest związanym każdym wspomnieniem, każdą myślą. Powtarzałem sobie, że przecież nie uciekłem, że goniłem wojnę, że chciałem się bić. Niewiele to pomagało.

Wraz z kilkoma kolegami z Warszawy postanowiliśmy uciec z obozu jak najprędzej. Prowadziliśmy metodyczne rozpoznanie i stopniowe przygotowania. Początkowo nastawialiśmy się na ucieczkę najkrótszą drogą, to znaczy morzem. Byli ponoć jacyś rybacy, którzy za stosunkowo niewielką sumę gotowi byli odwieźć pasażerów na Gotland lub wysadzić na pierwszy napotkany neutralny statek. Na obozowych odprawach i przy posiłkach podawano sobie na ucho adresy, nazwiska i niezawodne hasła. Odrzuciliśmy ten wariant ucieczki. Jego pozorna łatwość, a co za tym idzie, i popularność, dyskwalifikowała go. Pobłażliwość policji litewskiej wcale nie oznaczała podobnego stanowiska kanonierek patrolujących krótki odcinek terytorialnych wód litewskich. Niska cena i usłużność rybaków-przemytników była bardzo podejrzana i mogła nas zaprowadzić albo do litewskiego więzienia, albo do niemieckiego obozu.

Krążyły wieści, że w Kownie działa nasze poselstwo i PCK, że organizowane są transporty do Francji i Anglii. Jedno było pewne, droga do Paryża rozpoczyna się w Kownie. Trzeba było jak najszybciej tam się dostać. Już wkrótce mieliśmy komplet cywilnych ubrań i niewielką ilość pieniędzy, potrzebną na podróż koleją do Kowna.

O terminie naszego wyjazdu – bo ucieczka to chyba zbyt szumne określenie – zadecydował Hitler i litewski komendant obozu jeńców w Połądze. Radio przyniosło wiadomości, że 5 października Hitler przyjął defiladę wojsk w Alejach Ujazdowskich w Warszawie. To nas wzburzyło. Do tego jeszcze litewski komendant obozu w Połądze zażądał od każdego z nas oświadczenia, że nie będziemy próbowali ucieczki. Potraktowaliśmy to nie tylko jako przekroczenie jego kompetencji, ale wręcz jako wyzwanie. Jeniec wojenny ma nie tylko prawo, ale moralny obowiązek uciekać.

Wyjechaliśmy następnego wieczora pierwsi z naszego obozu. Z duszą na ramieniu wsiedliśmy do pociągu. Kolejarze litewscy mieli najwidoczniej większe zmartwienia niż wyłapywanie polskich oficerów, gdyż uznali nasze przebranie za dostateczne i ograniczyli się do kontroli biletów. W zasadzie o prawie pierwszeństwa ucieczki z obozu i wyjazdu na zachód miała decydować przydatność do formującego się Wojska Polskiego we Francji. Najpierw lotnicy i marynarze, potem wojska zmotoryzowane, potem oficerowie zawodowi innych broni, a dopiero na szarym końcu my, cywile-rezerwiści. W niektórych obozach na Litwie polskie władze obozowe ustalały i organizowały ponoć kolejność ucieczek i dalszych przerzutów do Francji. W Połądze nie natrafiliśmy na ślad takiej zorganizowanej akcji. Może zresztą zbyt szybko uciekliśmy.

Łatwo było do Kowna przyjechać, trudniej z niego wyjechać, a już bardzo trudno dojechać do Paryża. Więc też liczba Polaków na składzie w Kownie rosła z dniem każdym. Władze litewskie chwilowo nie przeszkadzały. Co prawda, oficjalnie zabraniały ucieczek z obozów – potem zaczęły pilnować jeńców bardzo skrupulatnie – ale nieoficjalnie tolerowały życzliwie każdą okazję pozbycia się z kraju kłopotliwych cudzoziemców.

Trzeba było jednak zachować pozory. W Kownie było niemieckie poselstwo, a hitlerowskie czołgi i samoloty były niepokojąco blisko. W tej trudnej sytuacji Litwini ustalili pewne prawidła polskiej pasji podróżniczej. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Oficjalnie zamknęli wszystkich jeńców wojennych, natomiast nie zabraniali cywilnym uchodźcom z Polski wyjazdu za granicę, jeśli na podstawie legalnego dokumentu uzyskają odpowiednie wizy i opłacą koszta przejazdu. W Kownie mogli więc przebywać oficjalnie tylko Polacy-cywile. Chcecie cywilów? – Dobrze, będziecie mieli cywilów. Tylko że jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności niemal wszyscy ci cywile chodzili z gołymi głowami, w granatoworudych, domowym sposobem farbowanych płaszczach i w butach z cholewami. Trudno. To już widać taka polska moda. Grunt, że policja litewska uznawała ten strój za dostatecznie cywilny i tolerowała na ulicach Kowna coraz liczniejszych cywilów w wieku aż nadto poborowym.

Zdobycie dokumentów, wiz i biletów było trudne. Już po kilku dniach pobytu w Kownie, działając nadal naszą grupką z Połągi, mieliśmy dostateczne rozpoznanie kowieńskich możliwości wyjazdu. Było ich kilka.

Pierwsza – najpopularniejsza – to wyjazd na Zachód. Słuchaliśmy pilnie komunikatów radiowych, wiedzieliśmy o Sikorskim i polskim rządzie we Francji. Chcieliśmy się dostać do Francji, by wreszcie dogonić wojnę.

Drugiego wariantu, to jest wyjazdu do krajów neutralnych dla przeczekania wojny, nie braliśmy pod uwagę.

Trzeci wariant, popularny zwłaszcza wśród starszych wiekiem oficerów, to przeczekanie na Litwie. Przeczekanie czego? – stawiałem sobie to pytanie i nie umiałem na nie odpowiedzieć. Zdawałem sobie sprawę zarówno z nietrwałości Litwy, jak i z tego, że wojna nie skończy się za kilka tygodni czy miesięcy. A z udziału w wojnie nie chciałem zrezygnować za żadną cenę.

Pozostawało wreszcie ostatnie rozwiązanie: wracać nielegalnie do Warszawy.

Poselstwo polskie odnaleźliśmy bez trudu. Ciągnęło tam wielu umundurowanych lub tak jak my podejrzanych cywilów-Polaków. Był to już, jak się okazało, końcowy etap urzędowania naszej placówki. Pod presją Litwinów poseł Harwat likwidował oficjalne poselstwo i przenosił się do Sztokholmu. Mimo to bez większych trudności uzyskałem 10 października 1939 Zaświadczenie-Certificat, że jestem obywatelem polskim uprawnionym do wyjazdu za granicę.

Z Kowna do Paryża było jednak paskudnie daleko, a wchodziła w grę tylko legalna podróż. Samolotem lub koleją czy statkiem do Sztokholmu, i później dalej, na zachód. Żeby z tej drogi skorzystać, trzeba było mieć w Kownie pieniądze na bilet co najmniej do Sztokholmu i wizy – angielską, francuską, belgijską, holenderską, norweską, szwedzką, estońską, łotewską i litewską. 100 dolarów i 9 wiz! Takie bowiem wymagania formalne stawiały władze litewskie do uzyskania zezwolenia na wyjazd. Na koszt polskiego poselstwa wysyłano tylko lotników i marynarzy, a i to wobec oficjalnej likwidacji naszego poselstwa mogło się skończyć lada dzień. My, rezerwiści, mogliśmy liczyć tylko na siebie.

Sytuacja wyglądałaby niemal beznadziejnie, gdyby nie kowieńska Polonia. Przelali na nas swą tęsknotę i ukochanie – nie zawsze o nich pamiętającej – ojczyzny. Byli serdeczni, ujmująco troskliwi i delikatni. Nie pytali nas, jak się to stało we wrześniu. Pytali, czy mamy gdzie spać, co jeść i co na siebie włożyć.

Wyspani i nakarmieni, uzbrojeni w polskie zastępcze paszporty zabraliśmy się ostro do roboty. Polski Czerwony Krzyż, gdzie zbieraliśmy się na doskonałe darmowe obiady, stał się wkrótce centralą informacji wizowo-turystycznych.

– Samolot do Sztokholmu odchodzi z Rygi, bilety są już wykupione aż do grudnia.
– Anglicy dają wizy za darmo, ale w ograniczonej ilości, trzeba zająć miejsce w kolejce o 4 rano.
– Szwedzi wymagają dodatkowych fotografii. W PCK jest fotograf, który ma nie tylko aparat, ale i cywilną marynarkę, którą wypożycza do zdjęć.
– Statek z Tallina do Sztokholmu odchodzi tylko raz na tydzień, bilety można kupić dopiero w Tallinie.

Pomni na sukcesy organizacyjne naszej grupy w Połądze, działaliśmy zespołowo. Mieliśmy stałe dyżury przed konsulatami, biurem podróży i komendą policji, by mieć najnowsze wiadomości. Trudność zdobycia pieniędzy na bilety została już wkrótce nadspodziewanie pomyślnie rozwiązana. Znajomy Polak, pan Adam Chrapowicki, stale mieszkający na Litwie, zgodził się pożyczyć nam odpowiednią sumę dolarów na bilety, pod warunkiem, że wpłacimy je na jego konto po przyjeździe do Sztokholmu lub Londynu. Nie wątpię, że w tej propozycji więcej było serdecznej dla nas życzliwości niż walutowej zapobiegliwości.

Codziennie na obiedzie w PCK zbieraliśmy skrzętnie informacje, powoli wysuwając się na czoło zbieraczy wiz. Jeszcze łotewska i już tylko ostatnia – najłatwiejsza – litewska wiza wyjazdowa. Zwykła formalność.

Tymczasem na giełdzie wyjazdowej nastąpił nagle krach. Nie wiem, czy spowodował go konsul niemiecki, czy po prostu nadmiar Polaków w Kownie. Konsekwencje były natychmiastowe i bardzo przykre. Dalszy pobyt Polaków w Kownie od tej chwili uzależniony był od specjalnego zaświadczenia policji, jakie otrzymywali tylko ci, którzy mogli udowodnić, że nigdy nie służyli w Wojsku Polskim. Automatycznie dostawali zaświadczenia tylko mężczyźni poniżej lat 18 lub powyżej 65. Niestety, nie pasowałem do żadnej z tych uprzywilejowanych kategorii. Nie pozostawało nic innego, jak zameldować się w specjalnie przez Litwinów powołanej komisji, która wydawała takie zaświadczenia.

Policja litewska zaczęła wyłapywać Polaków. Absolutna nieznajomość języka litewskiego i łatwe do rozpoznania stroje ułatwiały jej zadanie. Czekanie stawało się coraz trudniejsze. Swobodne dotychczas poruszanie się po mieście i zdobywanie wiz kończyło się aresztowaniem. Liczba uciekinierów z obozów przebywających w Kownie zmniejszyła się gwałtownie. Spora grupa siedziała już w więzieniu, inni wyjeżdżali pośpiesznie, by przeczekać u znajomych Polaków na wsi, najmniej odporni nerwowo wracali do obozów.

Utonąć niemal przy brzegu? Mieliśmy już i pieniądze, i wszystkie zagraniczne wizy. Brakowało nam jednej małej litewskiej pieczątki. Paryż wydawał się być tuż, tuż. Próby wyręczenia władz litewskich i własnoręczne uzupełnienie dokumentu tą właśnie pieczątką okazały się fatalne w skutkach i bezapelacyjnie powiększyły polską ekipę w kowieńskim kryminale. Postanowiliśmy przeczekać jeszcze kilka dni, próbować nowych dróg, a jeśli ich nie znajdziemy, wracać do Warszawy.

Pomoc przyszła z najmniej oczekiwanej strony. Jak naciągany happy end w trzeciorzędnym filmie.
– Panie poruczniku! Panie poruczniku! – zagadał ktoś po polsku na ulicy, zatrzymując obok mnie granatową szewroletę. Mój kożuszek, smokingowe spodnie i cyklistówka były dotychczas przedmiotem mojej dumy, strojem nienagannie cywilnym, toteż stanąłem jak wryty.
– Dzień dobry, panie poruczniku. Niech pan siada, to pana podwiozę.
Był to kierowca litewskiego pułkownika, który przyjechał na odcinek, gdzie uparcie opóźnialiśmy przejście przez granicę. Dowiedziałem się nazwiska owego majora, który odprawił nas na granicy. Pomoc majora Buliki to była wówczas nasza jedyna szansa wyjazdu do Francji. Znając nazwisko, bez trudu uzyskaliśmy adres majora.

Nazajutrz obaj z „Gazdą” pukaliśmy do drzwi mieszkania państwa Bulików. Tremę mieliśmy cholerną.
– Męża nie ma w domu – wyjaśniła po niemiecku żona majora. – Proszę, niech panowie zaczekają.

Teraz już nie uciekniemy i tu dopiero dostaniemy w kość. W najlepszym razie facet nas nie pozna i wyrzuci za drzwi. Wtedy na granicy byliśmy w mundurach. Zresztą to już przeszło miesiąc. Major Bulika poznał nas od razu, ale po policję nie zadzwonił. Nie potrzebowaliśmy mu tłumaczyć, że uciekliśmy z obozu i że chcemy jechać do Francji. Rozumiał sytuację i dalsze nasze plany. Wyjaśnił, że sam niewiele może nam pomóc, ale obiecał zaprotegować nas do pułkownika, z którym zetknęliśmy się wówczas na granicy.

Okazało się, że pułkownik to, ni mniej, ni więcej, tylko szef litewskiej „dwójki”. Uprzedzony przez majora Bulikę, nie wypytywał o szczegóły, ale od razu przeszedł do sedna sprawy. Pamiętał nas i był gotów nam pomóc.
– Kiedy chcecie jechać?
– Jak najprędzej, ale… – Wyjaśniłem, że jest nas ośmiu i że wszystkim bardzo się śpieszy.
Pułkownik najwidoczniej oceniał sytuację polityczną i militarną Litwy równie pesymistycznie jak major Bulika, bo zgodził się patronować naszym „turystycznym” zamiarom.

W nocy z 2 na 3 listopada 1939 roku przejechaliśmy granicę litewsko-łotewską, mając w kieszeni bilety do Sztokholmu.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

 

Wilno – Mejszagoła

Jadąc dorożką z dworca w Wilnie do koszar artyleryjskich, byłem nieogolony, głodny i pełen gorzkich refleksji.
Coś tu nie gra!
Zwykle wojna goni ludzi. A tymczasem ja od dziesięciu dni bezskutecznie gonię wojnę od Płocka do Wilna. I co gorsze – gonię ją pod prąd, co zmniejsza szansę, bym ją kiedykolwiek dogonił.

Wojny jeszcze w Wilnie nie było. Był za to pułkownik Batory, dowódca wytęsknionego Ośrodka Zapasowego Artylerii nr 3. Zameldowaliśmy się służbiście. Nareszcie prawdziwe wojsko.

Dostaliśmy obaj przydział do pierwszego dywizjonu. „Gazda” na dowódcę pierwszej baterii, ja – zgodnie z moją artyleryjską specjalnością – na oficera zwiadowczego dywizjonu.
– Chwilowo z przydziałem do pierwszej baterii – uzupełnił pułkownik.

Byłem szczęśliwy i dumny. Byłem wreszcie w baterii. Szkoda tylko, że tej baterii nie było. Gdyśmy wkrótce po wyjściu od pułkownika zobaczyli nasz oddział zwołany przez ogniomistrza szefa na zbiórkę, byłem zdruzgotany. Na rozległym placu ćwiczebnym ustawiło się przede mną w wątpliwej jakości dwuszeregu, bez zbytniego pośpiechu, kilkudziesięciu poczciwych starszych i młodszych, ale jednakowo zdegustowanych rezerwistów.

Skład baterii uzupełniło kilku podchorążych rezerwy, przybyłych wraz z nami i równie jak my speszonych, i dwu zawodowych podoficerów. Przepraszam, były jeszcze na etacie naszej baterii 4 (słownie cztery) konie. I były 2 (słownie dwa) działa. Tak się rozpoczął mój formalny udział w drugiej wojnie światowej.

Cholera! 8 września. Niemcy zajęli już Łódź. Ciężkie bombardowanie Warszawy. A ja tu siedzę w koszarach w Wilnie i jak ostatni cymbał tłumaczę kilkunastu zaspanym cywilom w zbyt nowych mundurach, co to jest tysięczna.

Potem wszystko rozegrało się bardzo szybko. 17 września wojska radzieckie przekroczyły granicę Polski. Byliśmy wstrząśnięci i przygnębieni. Na gwałt organizowano obronę miasta.

Razem z „Gazdą” i kilkuosobowym działonem pojechaliśmy na ochotnika na szosę w kierunku Mejszagoły. Dwa konie, które niespodziewanie awansowały z kuchni do linii bojowej, ciągnęły działo: „armatę polową, kaliber 75 mm, wzór 97”.

Noc, za nami Wilno, w którym po raz pierwszy przestrzegano zaciemnienia okien. Ja również po raz pierwszy w życiu ustawiłem na wojnie działo „na dozór”. Starałem się włożyć w tę prostą czynność całą niewyżytą tęsknotę mego artyleryjskiego serca. Wybraliśmy wzgórek o kilkadziesiąt metrów od szosy. Widoczność była dobra. „Gazda” obliczał odległości i przygotowywał komendy ogniowe. Ja z resztą działonu maskowałem stanowisko ogniowe. Działo było co prawda bez poziomnicy, amunicji mieliśmy niewiele – ale wreszcie byłem na froncie. Będziemy strzelali „na wprost”.

Zapadł zmrok. Pierwszy samochód, który nas minął w kierunku na Mejszagołę, jechał ze zgaszonymi światłami i nie zwrócił mojej uwagi. Ale przy drugim, który w kilka minut później mijał nas z pełnymi światłami, nie wytrzymałem. Przecież jest wojna, obowiązuje zaciemnienie. Czułem się niemal dowódcą tego odcinka frontu i z moim visem w ręku zatrzymałem auto.
– Zgasić światło! Stój! Dokąd jedziecie?!
W aucie jacyś cywile. Potulnie zgasili światło i wyjaśnili mi swój kierunek jazdy na Mejszagołę. Mejszagoła – to znaczy granica litewska. Kilka następnych aut, które minęły nas w ciągu pół godziny, jechało zaciemnionych, nie wzbudziło mych zainteresowań.

Ustaliliśmy dyżury przy dziale. Urządziliśmy prowizoryczną budkę-schron, w którym można się będzie przespać.

Ruch na szosie narastał z każdą chwilą. Już nie pojedyncze auta, ale bezładna, rozkrzyczana fala ludzi, pojazdów i koni. Zapełniła całą szerokość drogi. Samochody, autobusy, furmanki konne. Zwarta grupa policjantów na rowerach, obojętnych na panujący bałagan, pedałuje zdecydowanie ku granicy. Nie brak było i piechurów. Przerażeni, po ciemku, byle dalej od Wilna. Staliśmy na skraju drogi przytłoczeni tym widokiem.

– Po cholerę wam armata! Uciekajcie! – krzyknął na nasz widok jakiś facet. Zatrzymał obok nas wóz, na którym jechał, i szybko ładował walizki, które pospadały mu w ciemnościach. – Zostawcie armatę i jedźcie. Jeszcze zdążycie – tłumaczył nam rzeczowo i uprzejmie.

Zostawić działo. Nie. W podchorążówce we Włodzimierzu podczas żołnierskiej przysięgi kładliśmy palce na lufie działa.

Nie próbowaliśmy nawet po nocy i w tłumie uciekinierów dotrzeć do naszych koni, pozostawionych w przepisowej odległości od stanowiska ogniowego. Zaprzodkowaliśmy i na piechotę wytaszczyliśmy działo na szosę.
– Armata „wzór 97”, ciężar 1190 kg – wspominałem opis sprzętu, obracając rękoma szprychy koła na świeżym rżysku. Potem już na szosie załadowaliśmy do przodka amunicję. Z najbliższego wozu, który nadjechał, wyprzęgliśmy konie, by je zaprząc do naszego działa. Jedynie chyba duch generała Bema, patrona polskiej artylerii, był wówczas po naszej stronie, bo właściciele tych koni i fury mocno protestowali. Znacznie logiczniej niż my wyciągnęli wnioski z sytuacji i dopiero naszymi pistoletami przeforsowaliśmy pogląd, że jednak działo było ważniejsze od fury pełnej ludzi i walizek.

Do dziś nie wiem, czy wówczas, w nocy, na szosie do Mejszagoły, mieliśmy rację.

Strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza przy szosie do Mejszagoły była pusta. Pootwierane drzwi, zerwane aparaty telefoniczne, puste stojaki po karabinach. Ciemno. Pojechaliśmy dalej. Zastąpił nam drogę biało-czerwony szlaban podniesiony do góry i tablica z orłem. To już koniec. Kilkadziesiąt kroków dalej – Litwa, żołnierze w obcych mundurach.

Tłum uciekinierów zmęczony nocnym marszem uspokoił się. Nikt nas nie gonił. Tylko z dala na horyzoncie świeciły łuny i słychać było pojedyncze strzały. Można było iść. O kilkadziesiąt kroków dalej był neutralny kraj. Litwini przepuszczali każdego bez względu na mundur, jaki nosił, pod warunkiem, że był bez broni lub zdał broń na granicy.

Główna fala uciekinierów przeszła już w nocy. Postanowiliśmy czekać. Nadjechał jakiś zapóźniony major na motocyklu. Stwierdziwszy, że to już granica, oddał nam motocykl i broń boczną.

W tym przygnębiająco ochotniczym przekraczaniu granicy nie brak było i tragicznych epizodów. Wkrótce po nas przyjechał jakiś kawalerzysta. Zsiadł z konia, podciągnął strzemiona, popuścił popręgi. Pogłaskał konia po szyi. Po czym palnął mu w łeb. A potem sobie.
Jacyś oficerowie przyjechali polskim fiatem 508, który nam zostawili. Spoglądali na działo. Nie podzielali naszych naiwnie wojennych zamiarów. Zgodnie z rozkazem mamy przejść granicę, złożyć broń, a potem „bić się dalej”.

Przez granicę przeszli do nas litewscy oficerowie. Jeden z nich, major, mówił dobrze po polsku. Namawiał, byśmy przeszli granicę. Na co tu czekamy? Sami nie bardzo wiedzieliśmy, na co. Postanowiliśmy jednak czekać jak najdłużej. Po co? Może po prostu, żeby jak najdłużej być w Polsce.

Staraliśmy się trzymać fason. Wstyd nam było i za „marsz na Kowno”, i za ten tłumny przemarsz przez granicę, i za te porzucone w rowie karabiny. Czym mogliśmy się usprawiedliwić? Naszą armatą wzór 97 ustawioną na granicy? Świeżo usypaną mogiłą kawalerzysty? Armata nie miała poziomnicy, a leżący opodal zabity kary koń śmierdział coraz bardziej. A Westerplatte i Warszawa były bardzo daleko.

Oficerowie litewscy, zwłaszcza starsi, mówili po polsku. Częstowali nas papierosami. Podziękowaliśmy, bo papierosów mieliśmy w bród. A to, że już trzeci dzień nie jedliśmy nic poza wojskowymi, twardymi jak kość sucharami, to już nasza sprawa.

Wyłaziło z nas zmęczenie i gorsza od zmęczenia bezradność. Wracać do Warszawy? Iść do Wilna? Przejść granicę litewską?

Tej nocy postanowiliśmy się przespać w stojącej opodal stodole. W pobliskiej chałupie zgodzili się wreszcie przygotować nam nazajutrz rano gorące mleko. Zbudził nas warkot czołgów. Szlaban graniczny był opuszczony. Stały przy nim dwa radzieckie czołgi.

Zdecydowaliśmy się przejść granicę. „Marsz, marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiej do polskiej”? Francja – wydawała nam się wówczas bardzo bliska.

Lichy sosnowy lasek. Borówki, czarne jagody. Szliśmy bardzo wolno. Bliskość granicy odczuwałem niemal fizycznie. Jeszcze sto kroków Polski, jeszcze pięćdziesiąt, Litwini dawali nam znaki, byśmy się pośpieszyli. Jeszcze dwadzieścia kroków. Jeszcze możemy zawrócić. Szedłem coraz wolniej. Nikt mnie nie gonił, a oglądałem się ciągle za siebie. Byliśmy na Litwie.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Warszawa – Wilno

Ojciec odprowadził mnie na dworzec. Mówiliśmy bardzo mało. Na dworcu tłok i bałagan. Duża, niewykończona jeszcze hala dworca projektu profesora Przybylskiego, osmalona niedawnym, zagadkowym pożarem, pełna zmobilizowanych roczników i podróżnych z tobołkami i dziećmi. Rozkłady pociągów nieważne. Wiele pociągów na zachód nie odchodzi. Czuć zamieszanie już nie w skali jednego dworca czy miasta, ale w skali całego kraju.

Kolejarze starają się zaprowadzić jaki taki porządek, co znakomicie utrudniają im zmobilizowani i odprowadzające ich rodziny. Przez głośniki zapowiadają odchodzące pociągi. Wreszcie pociąg na Grodno.

Pożegnałem się z ojcem. W ostatniej chwili wsunął mi do ręki małą karteczkę, a ja zdjąłem z palca i zostawiłem mu sygnet, który – jak to było w zwyczaju – dostałem od niego w dniu pełnolecia. Widzę go, jak stoi na peronie z gołą głową i wytrwale macha mi ręką na pożegnanie. Karteczkę przeczytałem, gdy tylko ruszył pociąg. Potem czytałem ją wielokrotnie. Ojciec prosił, by jej treść została między nami przez całe życie.

Ładujemy się do towarowych wagonów. Pierwszy rzut, najlepsze roczniki zostały już uprzednio powołane do wojska w imiennej mobilizacji 24 sierpnia. My, jadący teraz, to już wyraźnie drugi gatunek. Starsi panowie zaniepokojeni swym brakiem wojskowych kwalifikacji, niedoszli ochotnicy, pogubieni lub zapomniani w mobowych kartotekach, podobnie jak ja. Pasażerowie zbombardowanych lub ostrzeliwanych pociągów, przerażeni, zmęczeni wieloma przesiadkami.

Ani zauważyłem, jak wyjechaliśmy z Warszawy. Bardzo chciałem wyjechać. Jeszcze bardziej będę chciał wrócić.

Do Grodna dojechaliśmy o świcie. Miasto było po pierwszych nalotach i pierwszych bombardowaniach. Na dworcu spotkałem kilku rezerwistów również zmobilizowanych do 29 PAL-u. Zrobiło mi się nieco raźniej. Mob jednak działa.

Moja tęsknota do bardziej czynnego udziału w wojnie została znowu narażona na ciężką próbę. Pułk wymaszerował już przed kilkoma dniami, zapominając o swoich wiernych rezerwistach. Pozostały puste, przygnębiające koszary, rozbebeszone szafy i biurka, regulaminy walające się po podłodze, kancelaria i nieliczna ekipa oficersko-podoficerska.

Przyjęli nas bez entuzjazmu. Nie dość, że przed kilku godzinami mieli nalot i bombardowanie, teraz jeszcze my spadliśmy im na głowę.

Oświadczyłem kategorycznie, że już do Warszawy nie wrócę, że muszę zdążyć na wojnę. Poparł mnie w tym gorąco mój nowy towarzysz niedoli, podporucznik rezerwy Tadeusz Tobiasz, „Gazda”, z którym spotkaliśmy się na dworcu. Dorodny góral spod Nowego Targu – stąd jego przezwisko – równie jak ja domagał się wysłania nas w ślad za niewdzięcznym pułkiem. W dowództwie nie bardzo wiedzieli, co z nami robić. Ale już wówczas niezawodna zasada „kolega” przyświecała widać szefowi kancelarii pułkowej. Wysłali nas ciupasem do Ośrodka Zapasowego Artylerii nr 3 w Wilnie.

– Niech oni się tam wami martwią.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Umschlagplatz [wideo]


„Co roku 19 kwietnia grupa współpracowników Społecznego Komitetu Opieki nad Cmentarzami i Zabytkami Kultury Żydowskiej w Polsce przychodziła na rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim (… )po skończonej ceremonii składania wieńców pod pomnikiem Powstania w Getcie szliśmy w stronę Umschlagplatz, skąd 300 000 ludzi zostało wywiezionych do Treblinki.

Stanisław Jankowski powiedział, że powinniśmy zrobić coś więcej… szlak pamięci, gdzie ludzie przeczytają, zobaczą i dowiedzą się. W 1988 roku został już wybudowany Trakt Pamięci Umschlagplatz” – wspomina w filmie Jan Jagielski z Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Zapraszamy do obejrzenia filmu

Nikozja [wideo]


W 1982 roku SJ został powołany na kierownika planu ogólnego Nikozji, podzielonej na dwie części po inwazji tureckiej na Cypr. „Wymyślił dwa scenariusze rozwoju miasta, a właściwie całego Cypru(…) 5 lat później Centrum Habitatu uznało, że plan ogólny Nikozji jest tak ciekawym opracowaniem, że wydali na ten temat monografię >Plan ogólny Nikozji – kierunkowskaz dla przyszłego Cypru<” –wspomina w filmie inż. arch. Bogdan Wyporek Zapraszamy do obejrzenia filmu

Kongres UIA [wideo]


„Miał rzadki talent organizacyjny. W pełni wykorzystał ten swój talent kiedy w 1981 roku Polska organizowała światowy kongres Unii Architektów(… )Kongres przeszedł potem do historii jako wielkie, bardzo udane wydarzenie.(…) W bardzo dużym stopniu jemu to zawdzięczamy” wspomina w filmie dr.inż.arch Adam Kowalewski

Zapraszamy do obejrzenia filmu

Wietnam

Stanisław Jankowski                                                  Warszawa, 23.11.1974
architekt –urbanista

Sprawozdanie z misji IOG (Indochina Operation Group)
Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie (skrót)

1.Na zaproszenie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie brałem udział w okresie od 26.10 do 21.11.1974 w pracach IOG w Genewie i w Vietnamie, w zespole w składzie: Olof Stroh Sekretarz Generalny Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, Kierownik IOG, F.Arctander – Kopenhaga, A.Fross – Finlandia, C.Sebastian – Budapeszt, S.Jankowski – Warszawa.
2.Zadaniem Zespołu Ekspertów było rozpoznanie sytuacji mieszkaniowej Północnego Vietnamu w miastach zburzonych przez bombardowanie oraz opracowanie wytycznych do budowy ok. 4000 prefabrykowanych izb mieszkalnych dla ofiar bombardowania.
Po przeprowadzeniu rozpoznania i wymianie poglądów z miejscowymi specjalistami opracowaliśmy wytyczne techniczne, na podstawie których wykonano ok. 4000 prefabrykowanych izb mieszkalnych w Finlandii, Japonii, RFN i Szwecji.
3.Na wniosek IOG i Vietnamskiego Czerwonego Krzyża zostałem powołany na stanowisko koordynatora programu IOG w Vietnamie.
4.W trakcie mego pobytu w Vietnamie – w styczniu – lutym oraz październiku – listopadzie 1974 miałem możność obejrzenia zbudowanych i, znajdujących się w trakcie budowy domków w Hanoi, Haiphong, Nam Dinh, Dang Anh i Vinh Yen. Akcja IOG przebiega pomyślnie i rokuje pełny sukces. Ponad 50% domków jest już zbudowanych i użytkowanych jako mieszkania, szkoły, przedszkola a nawet pawilony szpitalne.
5.Dzięki pomocy PCK mam dużą osobistą satysfakcję z udziału w pomocy dla ofiar bombardowania w Vietnamie, a jednocześnie możności przekazania i upowszechnienia doświadczeń warszawskich w zakresie planowania i odbudowy miast zniszczonych.

Stanisław Jankowski

Chimbote [wideo]

W 1972 roku SJ pracował jako ekspert przy projekcie odbudowy Chimbote w Peru, opracował koncepcję kształtowania i ochrony środowiska w tym niezwykle zanieczyszczonym regionie. Okazał się najsurowszym krytykiem zaproponowanych przez siebie koncepcji.

„To było dla mnie kolejnym przykładem i nauką, jak należy podchodzić z odpowiedzialnością do rozwiązywania problemów związanych z naturą, przyrodą, stanem zastanym” wspomina w filmie inż.arch. Bogdan Wyporek
Zapraszamy do obejrzenia filmu

Lima – Nowy Rok w lecie …

STANISŁAW JANKOWSKI, korespondencja własna „Życia Warszawy” z 18 I 1971

Pizzaro, wybierając miejsce dla hiszpańskiej Limy pospieszył się – narzeka mój peruwiański kolega, inżynier wodny – gdyby pojechał jeszcze dalej w górę rzeki, mielibyśmy stale piękną, słoneczną pogodę. A tak – niebo przez większość roku zasnute jest mgłą … Zarzut chyba niesłuszny.

Gdyby Pizarro i jego 60 towarzyszy, założycieli miasta, 18 stycznia 1535 roku, mieli do dyspozycji dzisiejsze metody urbanistyczne z teorią progów, „optymalizacją warszawską” i komputerowym rachunkiem wariantów – nie potrzebowaliby zmieniać swej decyzji lokalizacyjnej. Trafnie „zoptymalizowali” przydatność rzeki i odległość od przyszłego portu nad oceanem, obu elementów równie niezbędnych dla rozwoju miasta.

Klimat Limy zadziwia i zachwyca. 17 stopni od równika, strefa tropikalna, a tu miłe polskie lato, w dodatku z odświeżającym wiaterkiem znad Pacyfiku. Co prawda lato w grudniu i styczniu, co zaskakuje, ale jest zrozumiałe na drugiej półkuli. Trudniej natomiast, patrząc na wspaniałe kwitnące drzewa i soczystą zieleń trawników w dzielnicach willowych, uwierzyć, że nigdy tu nie pada deszcz. Miasto bez deszczu, domy bez rynien – a właściwie nawet bez dachów, które z powodzeniem zastępuje gliniana polepa chroniąca przed zmianą temperatury – ulice bez kratek ściekowych. Deszczyk, który padał tu przez godzinę dwa lata temu -wspomina się do dziś, jak u nas śnieżyce w lipcu.

Wystarczy jednak wyjechać tuż za miasto, panamerykańską drogą wzdłuż Pacyfiku, żeby uświadomić sobie, jak bardzo wszystkie formy życia związane są z wodą. Bezludne pustkowia górskie zaczynają się tuż za miastem, za krańcem strefy nawadnianej. Z wypełnionego kwiatami dziedzińca w zabytkowym klasztorze la Merced wystarczy spojrzeć na górę św. Krzysztofa, dominującą nad miastem, tuż za rzeką. Bura, spieczona słońcem, wysuszona wiatrem i lotnym piaskiem znad oceanu, bez jednego drzewka. Tylko kaktusy i bieda-domki, niebaczne na złowrogie środowisko uczepiły się niegościnnych zboczy. Kaktusom wystarczy mgła, ludziom – bliskość miasta. Zanim obejmą ich wodociągi, wodę dowiozą samochody-cysterny, lub przyniosą na grzbiecie osły.

Ze starego mostu kamiennego patrzę na rzekę. Rimac, najbardziej wodonośna rzeka na przestrzeni 2 500 km peruwiańskiego wybrzeża Pacyfiku, w grudniowe lata przypomina nasz lipcowy Dunajec w jego górnym biegu: wąska struga wśród kamienistego koryta. Niemal całą wodę zabierają wodociągi trzymilionowego miasta. Ale wysokie żelbetonowe ściany oporowe wzdłuż rzeki – zapowiedź przedłużenia wielkiej arterii komunikacyjnej – każą z szacunkiem myśleć o Rimacu, gdy spłyną deszcze i śniegi z Kordylierów.

Lima, założona nad rzeką, kiedyś o 20 km od oceanu, wypełniła tę rozległą przestrzeń. Nie wiem, czy mieszkańcy stolicy Peru narzekają na brak powiązania miasta z Pacyfikiem, równie jak warszawiacy skarżą się na brak kontaktu z Wisłą, ale w strukturze tego wielkiego miasta nie czuje się bliskości oceanu. Śródmieście banków, urzędów i sklepów nadal wypełnia zabytkowe bloki starego miasta nad rzeką, tu zbiegają się wielkie arterie komunikacyjne. Nawet dzielnica milionerów Monterrico wspina się luksusowymi rezydencjami i prywatnymi basenami kąpielowymi na urwiste wzgórze po drugiej stronie miasta, z dala od oceanu. Trzymilionowe miasto nadal leży bardziej nad wąskim Rimacem niż nad Pacyfikiem, z którego urwistą skarpą i kamienistym wybrzeżem styka się na długości 24 km.

Przyleciałem do Peru w wyniku trzęsienia ziemi. Jako jeden z ekspertów ONZ, którzy w zespole peruwiańsko-jugosłowiańsko-polskim opracowują plan odbudowy i rozwoju miasta Chimbote, zburzonego katastrofalnym trzęsieniem ziemi 31 marca 1970 roku.

Przypomniała mi o tym Lima, wkrótce po przyjeździe. Na własnej skórze sprawdziłem wrażenia z jednego z setek wstrząsów jakie co roku notują w tej strefie stacje sejsmologiczne. Trzęsienie niegroźne, może nieco silniejsze, bo pokwitowane nazajutrz wzmianką w lokalnej prasie; żadnych szkód, czas trwania 30 sekund, siła wstrząsu 5-6 stopni. A jednak te 30 sekund będę pamiętał długo. Pracujemy na ósmym piętrze nowoczesnego, żelbetonowego biurowca. Wiem, że nic nam nie grozi, że budynek jest sejsmicznie odporny. Przypominałem to sobie, przez paskudnie długie 30 sekundy, gdy cały budynek kołysał się, ruchome meble jeździły po pokoju, a na dylatacjach odpadał tynk i powstawały trzy-centymetrowe szpary. Miałem dość czasu, żeby przemyśleć spokojnie, że dalej od okna, pod żelbetowym podciągiem przy słupie – „na wszelki wypadek”- byłoby przyjemniej …

Okna pracowni wychodzą na Plaza de Armas, serce Limy. Typowy dla hiszpańskich miast kolonialnych kwadratowy plac, z piękną brązową fontanną z XVI wieku. Wszystko co ważne w dziejach miasta działo się na tym placu. Targi i rozstrzeliwania, tańce i palenie na stosie, procesje i pierwsza walka byków z udziałem samego Pizarro, znakomitego ponoć pikadora. Gmach katedry, burzony kolejnymi trzęsieniami ziemi, odbudowany w obecnej formie w 1766 roku, z bogato rzeźbionym barokowym portalem; ciężkie oddrzwia nabijane wielkimi brązowymi ćwiekami, tuż za drzwiami kaplica z grobowcem Pizzara. Wzdłuż czterech ścian placu reprezentacyjne gmachy: pałac prezydenta, ratusz miejski, pałac arcybiskupi. Najbardziej „hiszpańska” architektura, bogato zdobiona, z drewnianymi kastylijskimi balkonami, najczęściej fotografowana przez turystów, reprodukowana na kolorowych pocztówkach … zbudowana przez polskiego architekta Ryszarda Jaxa-Małachowskiego w latach dwudziestych obecnego stulecia.

Obok placu w szachownicy regularnych kwadratowych bloków historycznego miasta, wśród kipiącego życiem handlowego śródmieścia, zwartej fali samochodów wypełniających bez reszty ciasne uliczki, wspaniałe, autentyczne zabytki. Oto pałac de Torre Tagle, dziś Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Najpiękniejsza ponoć elewacja hiszpańskiej rezydencji z XVII w. jaka zachowała się w Południowej Ameryce. Biały kamienny portal, niemal dramatycznie przeładowany rzeźbiarskim detalem, wycieniowany ostrym południowym światłem, między dwoma czarnymi, drewnianymi balkonami-loggiami, misternie rzeźbionymi w myśl tradycyjnego funkcjonalnego porządku; grubo cięta konstrukcyjna podstawa, mocno wyładowana ponad ulicę, nad nią na wysokości 80 cm poziomy pas drobnych otworków, dzieciom do wyglądania, wyżej – gęsto okratowane uchylane okiennice, skąd wyglądały piękne seniority, górą bogate zwieńczenie przewiewnej części wentylacyjnej.

Opodal Trybunał Świętej Inkwizycji – dziś biblioteka i muzeum. Autentyczna sala posiedzeń, w której odbywały się procesy przez 250 lat, aż do 1820 roku. Rzeźbiony, koronkowy drewniany strop, wielki stół, wyciosany z cedrowego kloca, obok równie pięknie rzeźbione drzwi z małym złowrogim „judaszem”. Zza tych drzwi przemawiał niewidoczny prokurator. Kodeks trybunału przewidywał, że każdy oskarżony przed wydaniem wyroku przyzna się do winy. Ułatwiał mu to obszerny arsenał narzędzi tortur, zachowany i demonstrowany w podziemiach, za pomocą dość makabrycznych figur woskowych. Polecam stół-platformę do naciągania kołem, z wygodnym fotelem dla naciągającego …

Zanim przeniesiemy się do Chimbote, pracujemy w śródmieściu na Plaza de Armas. Mieszkam blisko, jak na tutejsze stosunki, w odległej o 10 km dzielnicy mieszkaniowej Miraflores. Nie ma tu metra, tramwaje zostały już dawno zniesione, autobusy w godzinie porannego szczytu są niedostępne. Ale są „collectivo”. Znakomita instytucja, która z powodzeniem uzupełnienia komunikację publiczną. Równie dobrze na odcinku śródmiejskim jak i na trasie 2 000 km z Limy do boliwijskiego La Paz. „Collectivo” zbiorowa taksówka, w mieście kursuje stale ruchem wahadłowym, po danej trasie. Zabiera pięciu pasażerów, bez względu na rozmiar samochodu (i pasażerów) oraz bez względu na wiek samochodu (i pasażerów). A że w Limie nie padają deszcze i samochody nie rdzewieją, więc też obok najnowszych amerykańskich „krążowników”, kursują jako „collectivo” modele aut sprzed 40 lat, które gdzie indziej brałyby jedynie udział w defiladzie zasłużonych weteranów szos.

„Collectivo” staje na każde żądanie pasażera, a gdy jest wolne miejsce, to kierowca na palcach wyciągniętej lewej ręki sygnalizuje czekającym na rogu, ilu pasażerów może zabrać. Instytucja „lewej ręki” spenia tu – w zakresie komunikacji samochodowej – niełychanie ważną rolę. Pozornie, nikt się tu zbytnio przepisami ruchu nie przejmuje: skręca z dowolnego pasma jezdni, wyprzedza dowolną stroną, wymusza pierwszeństwo, ile się da nie używając kierunkowskazów. Ale każdy kierowca sucha bezapelacyjnie znaku podanego lewą ręką. Można nią zasygnalizować niemal wszystko: zamiar skrętu, hamowanie, zatrzymanie się w najmniej oczekiwanym miejscu, uprzejme podziękowanie za każde okazane ułatwienie.

Tylko dzięki tej niezawodnej sygnalizacji lęwą ręką mogą na gvównych trasach funkcjnować te właśnie „collectivo” jadące slalomem z dużą szybkością wśród tłumu samochodów, ale co nie przeszkadza kierowcy w pobieraniu opłaty i wydawaniu reszty, w czasie jazdy. Jednego tylko znaku, tak popularnego u nas jeszcze nie spotkałem: pukania się palcem w czoło, z nieodzownym okrzykiem „ty, baranie!”. Może po prostu moja znajomość hiszpańskiego jest jeszcze niedostateczna …

Skopje [wideo]


W 1964 roku Stanisław Jankowski został kierownikiem zespołu, który miał opracować projekt odbudowy zniszczonego przez trzęsienie ziemi miasta Skopje w Macedonii. Miał rok na opracowanie wspólnie z urbanistami miejscowymi planu odbudowy miasta.

„To jest chyba najpiękniejsza karta osiągnięć Stanisława Jankowskiego. Znakomicie przeprowadził projekt ( …) okazał się znakomitym menagerem, świetnym szefem zespołu, który potrafił wszystkich ludzi mobilizować do działania. Co ważne, przy takich pracach nie było żadnych konfliktów” wspomina w filmie inż.arch. Bogdan Wyporek.

Warszawski architekt w biblijnym raju

STANISŁAW JANKOWSKI, artykuł opublikowany w tygodniku „Stolica”, 1962, nr 51-52, str. 10-11

W Bagdadzie spędziłem niemal dwa lata.

Zaczęło się to od komunikatu Towarzystwa Urbanistów Polskich, który podawał zapotrzebowanie Polservice’u (wówczas jeszcze „Cekopu”) na zespół urbanistów polskich do pracy w Iraku.
Zapachniało przygodą, nowymi projektami. I, powiedzmy szczerze: pachniało irackimi dinarami, a z nimi możliwością spłacenia długów i pracą na jedną zmianę, A do tego jeszcze: możność obejrzenia fantastycznego świata, „eksport polskiej myśli technicznej”, pomoc krajom zacofanym, próba przymierzenia naszego urbanistycznego rzemiosła do arabskich miast.

Mimo całej atrakcyjności wyjazdu, decyzja nie przyszła mi łatwo. To wcale nie takie proste rozstać się z najbliższymi ludźmi i najbliższym miastem.

Do Bagdadu przylecieliśmy w nocy, po 10 godzinach lotu via Zurych – Ateny – Bejrut. Przywitali nas: rodacy i upał, Rodacy byli na lotnisku, upał był wszędzie, Oprócz przedstawiciela Polservice’u, inż. Ślązaka, który przyjechał po nas służbową ,,4-arbuzową” Warszawą, zjawiło się sporo kolegów, wcześniej już przybyłych do Bagdadu.

Termin ,,4-arbuzowa” Warszawa, wymaga wyjaśnienia. Brak co prawda w fabrycznym opisie samochodu, ale w Bagdadzie stanowił on niezbędną charakterystykę wozu i uzupełnienie instrukcji FSO. W upale bagdadzkim benzyna paruje bardzo szybko. Pompa benzynowa i gaźnik nawalają u każdego samochodu. Gaźnik „Warszawy” nawalał jakoś szczególnie często. Ale przemyślni rodacy uzupełnili szybko braki konstrukcji. Bardzo to proste: bierze się arbuz średniej wielkości, kraje na pół i częściowo wydrąża. Wilgotną wydrążoną skorupą arbuza nakrywa się gaźnik, jak czapką.·Gaźnik funkcjonuje teraz doskonale przez godzinę. Na cały dzień trzeba zabierać 4 arbuzy.

Wyjazd na lotnisko po rodaków, szczególnie miły dla witanych, był atrakcją również i dla witających. W rnałym miasteczku ludzie spotykają się na stacji kolejowej, przy przyjeżdżającym
raz na dzień pociągu. W małym „polskim” Bagdadzie, osamotnionym wśród milionowego arabskiego miasta, spotkanie na lotnisku z okazji przylotu kogoś z Warszawy jest pilnie przestrzeganym rytuałem towarzyskiego życia.

A że motoryzacja, narodowe hobby Polaków, jest w Bagdadzie realizowana szczególnie szybko ku uciesze miejscowych „dealerów”, tj. handlarzy automobilowych gratów, więc też utarł się swoisty ceremoniał polskich powitań na lotnisku. Wychodzącego z komory celnej, mocno sfatygowanego i dostatecznie speszonego rodaka, oślepia się skutecznie zapalonymi na jego cześć reflektorami kilkunastu odpowiednio zawczasu zaparkowanych aut i ogłusza wrzaskiem klaksonów. Po czym karawana samochodów, ustawionych trójkami, skutecznie blokując ruch uliczny, odwozi delikwenta na nowe lokurn. Policja arabska początkowo próbowała interweniować. Potem już tylko przyglądała się filozoficznie tym naszym nocnym ceremoniom. Insz Alla! Bóg jest wielki!

Przyjechaliśmy do Bagdadu jako pierwszy zespół polskich urbanistów. ale nie byliśmy pierwszymi polskimi inżynierami, pracującymi w tym kraju. W ramach rozwijającej się współpracy polsko-irackiej, Cekop, a później Polservice, obok cukru, wódki i szynki, eksportuje do Iraku coraz więcej polskich specjalistów, czyli tak zwanego popularnie wśród nas, w Bagdadzie, „żywca”. W latach 1960-62 pracowało w Iraku około 50 polskich inżynierów różnych specjalności. Zatrudnieni byli jaka projektanci, wykładowcy wyższych uczelni, doradcy, kierownicy elektrowni w Basra i cukrowni w Mosulu. Ponadto zespół warszawskiego Hydroprojektu opracowuje wielki projekt robót wodnych w rejonie Amara.

Nasz zespół urbanistyczny w składzie: Jerzy Baumiller – architekt (obecnie współ – Mister Warszawa 1962), Haig Czagacbanian – elektryk, Czesław Ćwiertniewski – hydrogeolog, Stanisław Jankowski – urbanista, Andrzej Jędraszko – ekonomista, Krzysztof Łubieński – komunikacja i Romuald Koskowski – wodociągi i kanalizacja, był zatrudniony w pracowniach irackiego Ministerstwa Gospodarki Komunalnej, w Bagdadzie.

Pierwsze wrażenia w Bagdadzie – to inność.

„Niedziela” wypada w piątek. Zamiast liczby 1960 na kalendarzu arabskim widniała data 1372. Nie umiałem jej zresztą sam przeczytać, bo i cyfry „arabskie”, których nauczyli nas w szkole, okazały się wcale nie arabskie i niewiele przydatne w Bagdadzie.

Pierwsze spotkanie z tym krajem – to upał. Aż trudno uwierzyć: od kwietnia do listopada nie spadnie ani kropla deszczu, a chmura na niebie w lecie jest niemal sensacją. 330 dni słonecznych w ciągu roku. Wicherek miałby łatwe życie. Przyjechałem pod koniec października i nazajutrz poszedłem na basen. Teraz jest chłodno, uprzedzali rodacy, pokazując plus 30 stopni w cieniu: zobaczysz w lecie! Zobaczyłem. I z niemałym zdziwieniem przekonałem się, że żyję i nawet pracuję.

Choć nie można gołą ręką utrzymać kierownicy samochodu zaparkowanego na słońcu; choć w lipcu w Basra nie mogłem się w dzień wykąpać, bo z zimnego kranu lał się ukrop; choć rysując tuż obok air-coolera (oziębiacz powietrzny) musiałem podkładać ręcznik, żeby się nie przykleić do rysunku – można to jednak było wytrzymać.

Ułatwia pobyt w tym rozżarzonym piecu suchy klimat pustynny i wynikająca stąd duża różnica temperatury dziennej. 30 stopni w Warszawie to przeraźliwy upał, te same 30 stopni w Bagdadzie to przyjemny nocny chłód, zwłaszcza gdy poprzedzały go +52 stopnie w cieniu o godzinie 12 w południe.

Na Abu Nuas, jedynej promenadzie wzdłuż rzeki Tygrys (nad którą leżał biblijny raj), rybacy smażą ryby, jak przed wiekami. Tłuste mazgufy, nabite na drewniane pręty, skwierczą dookoła ogniska, ale dziś płomień ognia reguluje, ustawiony obok … najnowszy japoński wiatraczek elektryczny. Na Al – Raszid, naszej Marszałkowskiej, asfaltują jezdnie. Amerykańska maszyna wylewa strugę płynnego asfaltu, który dalej wędruje… w cynowych miskach roznoszonych na głowach.

Naszą pracownię odwiedzali różni interesanci. Byli wśród nich także i szeikowie z pustyni. Dostojni, pięknie ubrani w białoczarne, powłóczyste szaty, wysiadają z wielkich najnowszych amerykańskich limuzyn. Są analfabetami, ale w swoisty sposób przekroczyli .,barierę” analfabetyzmu. Nowości ze świata oglądają w telewizorach, korespondencję dyktują sekretarzowi na magnetofon. W kraju, gdzie tylko 20 procent domów zbudowanych jest z kamienia i z cegły, a 80 procent z „materiałów miejscowych”, to znaczy z gliny i z mat trzcinowych, w kraju. gdzie jest 95 procent analfabetów, przystąpiono do budowy pierwszych budynków bagdadzkiego uniwersytetu zaprojektowanego przez Gropiusa.

Jeszcześmy nie przebrnęli przez wstępne lekcje o Iraku, których sącząc kawę nie skąpił nam w pracowni Abdull, gdy wezwał nas szef, Kahtan-al-Madfaj i bez dłuższych wstępów oświadczył, że od jutra mamy wystartować do projektu planu ogólnego Mosulu.

Opracowany w roku 1955, przez angielską firmę urbanistyczną Raglan Squire, plan zawierał co prawda serię znakomitych fotogrefii, ale dawał skąpe wnioski urbanistyczne i był nieprzydatny dla potrzeb rosnącego miasta.

– Ale nie znamy jeszcze dostatecznie warunków lokalnych? Przepisów prawnych? Elementów rozwoju miasta?
– No to właśnie dobrze, poznacie to najlepiej przy robocie.
– Inwentaryzacja, podkłady, założenia programowe?
– Tak. Musicie je narysować, opracować.
– Termin opracowania?
– Na wczoraj.

To zabrzmiało już całkiem po warszawsku, Poczuliśmy się jak u siebie w domu.

Mosul, drugie pod względem wielkości miasto w Iraku 180 000 mieszkańców, w tym dużo Kurdów. 450 km na północ od Bagdadu, w górach.

Wystartowaliśmy. Andrzej Jędraszko skrzętnie zbierał skąpe dane gospodarcze, nadrabiał braki planowania regionalnego, Krzysztof Łubieński ustalił wytyczne komunikacyjne, aktualizując klasyfikacje dróg, pięknie opisywane po arabsku. Ja zbierałem materiały, próbowałem ustalić pierwsze związki funkcjonalne i strukturalne projektowanego miasta. Hipoteza ludnościowa, czynniki miastotwórcze, bilans terenu – zwykła kuchnia robocza urbanistycznego warsztatu. Ale jednocześnie pradawne powiązania człowieka z wodą, w kraju, gdzie nazwa „suche miejsce” jest groźnym przekleństwem.

Studiowałem raporty amerykańskich ekspertów o gospodarce wodnej Iraku i czytałem, jakże ciągle aktualny tekst wielkiego cylindrycznego zapisu Sennacheriba, asyryjskiego władcy Niniwy z 7 wieku p.n.e. „W owym czasie – dyktował swym pisarzom król – rozszerzyłem znacznie obszar Niniwy. Jej mury wewnętrzne i zewnętrzne, których dawniej nie było, zbudowałem jak góry wysokie. Podczas, gdy mieszkańcy miasta, nieznający sztucznego nawodnienia, wznosili oczy ku niebu w oczekiwaniu na ulewny deszcz, ja nawodniłem pola 18 kanałami, które skierowałem do rzeki Khor …”

Projekt Planu Ogólnego Mosulu, który przedstawiliśmy w kilka miesięcy później dostojnym ojcom miasta, był pierwszą próbą przymiarki polskiego rzemiołsa urbanistycznego do potrzeb arabskiego miasta. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że był także pierwszym planem miasta zatwierdzonym przez Radę Minstrów Iraku od czasu rewolucji 1958 roku.

Notując tych kilka wspomnień z dwuletniego pobytu w Iraku, trudno o jakieś ogólne wnioski. Ale jedno wrażenie nasuwa się nieodparcie. W naszej pracy urbanistycznej w Iraku, stykaliśmy się bezpośrednio z robotą urbanistów z innych krajów.

Plan Masulu robili przed nami Anglicy: Raglan-Squire. Plan Kerbala robiliśmy po słynnym greckim Doxiadesie. Naszym poprzednikiem w projektowaniu Basra był sam Max Look. Projektując – studiowaliśmy poprzednie opracowania. Nie chcę ich krytykować. Zrobili to gospodarze arabscy, zlecając nam ponowne opracowanie projektów, ale jedno wiem na pewno: im lepiej poznawałem rozwiązania angielskie i greckie, tym bardziej rósł mój szacunek do polskiej urbanistyki.

Irak [wideo]


„W latach 1960-61 Stanisław Jankowski był naczelnym urbanistą Bagdadu co wskazuje jaką rangę zajmował w międzynarodowej społeczności architektonicznej i urbanistycznej” – inż. arch. Bogdan Wyporek

„Był zatrudniony z zespołem urbanistów polskich do opracowania wielu miast w Iraku – Mosul, Kerbala, Basra” – prof. Janusz Kindler

Zapraszamy do obejrzenia filmu.

Planowanie Warszawy [wideo]


„To co zrobił w pierwszym okresie powojennym dla Warszawy było niezwykłe” inż. arch. Bogdan Wyporek
„Uważam, że te dwa wielkie wydarzenia przestrzenne (trasa WZ i MDM) utrwaliły imię Stanisława Jankowskiego w Warszawie na stałe” –prof. Marek Budzyński. (więcej…)

MDM [wideo]

„Należę do zwolenników Placu Konstytucji” – prof. Marek Budzyński

„Wspaniale wpisany zespół nowej zabudowy w historyczną tkankę miasta, w oś Marszałkowskiej”– inż. arch. Jan Rutkiewicz dyr. Biura Planowania Rozwoju Warszawy

„W pełni uporządkowana część miasta, dająca wizję architektury tamtego okresu” – inż. arch. Bogdan Wyporek

Zapraszamy do obejrzenia filmu.

Dziennik Pracowni MDM

 

Trasa W-Z [wideo]


„Największe osiągnięcie urbanistyczno – architektoniczne od czasu wojny światowej do teraz . Klasyk jedności przeciwieństw : stare – nowe, dynamiczne – statyczne; genialnie zrobione – ruch samochodowy jest w symbiozie ze Starym Miastem , przenika Stare Miasto w sposób nobilitujący obie te rzeczy” – prof. Marek Budzyński
„Genialne dzieło konserwatorskie. Sposób wejścia nowej inżynierii miejskiej w starą tkankę miasta” – inż. arch. Jan Rutkiewicz dyr. Biura Planowania Rozwoju Warszawy
Zapraszamy do obejrzenia filmu.

Trasa W-Z

W marcu 1947 roku zostałem kierownikiem Pracowni Trasy W-Z. Przystąpiliśmy z Jankiem Knothe, Józkiem Sigalinem i Zygmuntem Stępińskim do jej projektowania.

Początek był trudny. Ministerstwo Komunikacji zdecydowało odbudowę wiaduktu Pancera. „Odbudowa wiaduktu jest najwłaściwszym rozwiązaniem (…) a skrzyżowanie w dwóch poziomach jest niepotrzebne”. Przegląd Budowlany pisał: „Pozostawmy realizację Trasy W-Z następnym pokoleniom, a na razie róbmy to, na co nas stać.”

„W tej wręcz dramatycznej sytuacji – wspomina Józek Sigalin – wiadukt Pancera ciągle jeszcze pozostawał jednym z wariantów. Wizytujemy teren. W rejonie Hipoteki Skibniewski umiejscawia przebieg trasy wg. naszego projektu. Przysypane śniegiem morze gruzów. Jak uwierzyć w realność projektu? Jak przekonać samych siebie? Jankowski w swej pracowni jak najszybciej musi się wziąć do wykonania szczegółowego projektu.”

Projekt koncepcyjny ukończyliśmy 30 czerwca 1947 i zorganizowaliśmy w BOS roboczą wystawę pt. ,,Most Śląsko-Dąbrowski i Trasa Bohaterów Starówki”. Zgodnie z obowiązującą wówczas zasadą projekty przed ich zatwierdzeniem przez odpowiednie instancje urbanistyczne musiały być przedstawione do akceptacji przez najwyższe władze partyjne. Trudno się dziwić, że proponowana przez nas nazwa ,,Trasa Bohaterów Starówki” – nawiązująca do Powstania Warszawskiego – ,,nie przyjęła się”.

Projekt przewidywał węzeł drogowy w rejonie dzisiejszego rynku mariensztackiego. Coś mi tu nie pasowało. Byłem odpowiedzialny za urbanistykę trasy. Zostałem na noc w pracowni i narysowałem węzeł w jego dzisiejszej postaci. Rano pokazałem rysunek Jankowi, Józkowi i Zygmuntowi. Przyznali, że tak będzie lepiej. Przekazaliśmy rysunki na budowę. A Józek – żartując – poprosił, żebym podpisał się na szkicu, że już więcej zmian nie wprowadzę. W swoich wspomnieniach zanotował: „Przeprojektowanie węzła drogowego. Nie ma już węzła – jest za to rynek mariensztacki.”

Projekt Trasy W-Z kończyliśmy 28 sierpnia 1947. Pracowaliśmy jak zwykle do późnej nocy, w pawilonie na Ujazdowie, gdy przybiegła nasza gosposia z wiadomością, że muszę odwieźć Hankę do lecznicy. Gdy rano opowiedziałem w pracowni, że urodził się nam syn – Józek, który miał znakomite poczucie humoru oświadczył uroczyście: „Twój Michał jako pierwszy przejedzie Trasę W-Z.” Zimą 1949, gdy zespawano ostatnie przęsło stalowej konstrukcji mostu i ułożono prowizoryczną nawierzchnię z desek, wzięliśmy małego Misia, opatulonego w kożuch i pracownianym dżipem przejechaliśmy z warszawskiego na praski brzeg.

22 lipca 1949, zgodnie z harmonogramem, nastąpiło otwarcie Trasy W-Z. A dziesięć dni przedtem staliśmy razem z Hanką i – co tu ukrywać – patrząc przez łzy, towarzyszyliśmy królowi Zygmuntowi, jak wracał na swoją kolumnę.

22 lipca 1950 dostaliśmy Państwową Nagrodę Artystyczną I stopnia za Trasę W-Z.
Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie” i kroniki rodzinnej Stanisława Jankowskiego.

BOS

Do Warszawy wróciłem z Anglii jesienią 1946 roku. 8 września przybiliśmy do nabrzeża wypalonego portu w Gdańsku, a tydzień później zgłosiłem się w Warszawie do BOS – Biura Odbudowy Stolicy lub – jak mówili złośliwi warszawiacy – Boże Odbuduj Stolicę.

Gdy zjawiłem się w I pawilonie na Ujazdowie, speszyłem się. Na ścianie w pracowni wisiał duży rysunek: Perspektywiczny Plan Odbudowy Warszawy. Pomyślałem: Spóźniłem się. Nie zostało już dla mnie nic do roboty. Wkrótce jednak wiedziałem, że tej roboty zostało bardzo dużo. Dla mnie na trzydzieści lat.

Ludzie BOS -najszczęśliwsi warszawiacy tamtych lat. Zaczęli zgłaszać się na Chocimską 33 już z początkiem lutego 1945. Dostawali bochenek chleba, talerz gorącej zupy, talon na buty i możliwość realizowania najśmielszych marzeń.

W ciągu ośmiu tygodni od wyzwolenia, w najtrudniejszych warunkach 1945 roku, zdołano opracować szkicowy plan, który określił podstawowe zasady odbudowy i rozwoju miasta. Stało się to możliwe dzięki wykorzystaniu konspiracyjnych prac prowadzonych w Warszawie podczas wojny. Okres okupacji przyniósł bowiem bogaty dorobek studiów urbanistycznych. Wśród łapanek ulicznych, nocnych rewizji i terroru gestapo urbaniści warszawscy opracowywali projekty przyszłego rozwoju miasta. Była w tej tajnej działalności potrzeba kontynuowania twórczości zawodowej, była również świadomość, że jest to jeszcze jedna forma oporu – walki z okupantem.

W Pracowni Architektoniczno-Urbanistycznej, zakonspirowanej przy Społecznym Przedsiębiorstwie Budowlanym, prowadzono studia nad budownictwem mieszkaniowym pod kierunkiem architekta Szymona Syrkusa, a po jcego aresztowaniu i wywiezieniu do Oświęcimia – pod kierunkiem Heleny Syrkus. Na terenie Zakładu Urbanistyki Wydziału Architektury grupa profesorów i asystentów prowadziła tajne studia pod kierunkiem profesora Tadeusza Tołwińskiego. Architekt Jan Chmielewski kontynuował rozpoczęte przed wojną studia nad Warszawskim Zespołem Miejskim, architekci: Zygmunt Skibniewski, Stanisław Dziewulski i Kazimierz Marczewski opracowali ogólną koncepcję planu Warszawy, która stała się punktem wyjścia do projektów planu ogólnego, podjętych po wyzwoleniu.

W pierwszym okresie pracy BOS najważniejsze były dwa zadania: rysowanie planów-podkładów pod projekty odbudowy i rozwoju Warszawy oraz inwentaryzacja zniszczeń. Podział pracy był prosty. Ci, którzy nie mieli butów, rysowali plany-podkłady, ci, którzy już mieli buty, robili inwentaryzację w terenie. Ale nawet w tej ściśle technicznej pracy było jakieś poczucie imponderabiliów. Jakże bowiem inaczej wytłumaczyć, że dokonano wówczas szczegółowej inwentaryzacji 1120 barykad powstańczych, stojących jeszcze na ulicach miasta. Zbędna informacja dla odbudowy, a zapis o nieprzemijającej wartości w historii miasta i świadomości narodu.

A i samo Biuro Odbudowy Stolicy to fenomen tamtych lat. W zburzonej i głodującej Warszawie powstało jedno z największych biur urbanistycznych na świecie, zatrudniające około 1400 specjalistów wszystkich dziedzin odbudowy.

„Jakimi byli ci ludzie BOS? – powie o nich dwadzieścia pięć lat później Roman Piotrowski, legendarny „tata BOS”. – Czy byli to dalekowzroczni realiści, czy fantastyczni wizjonerzy? Sądzę, że byli to ludzie zwyczajni, którym zdarzyła się niesłychana przygoda, że na krótkim, kilkuletnim odcinku ich życia historia odcisnęła piętno wielkości.”

W marcu 1947 na sesji Naczelnej Rady Odbudowy Warszawy miałem referat Plan zagospodarowania przestrzennego Warszawy do roku 1965. W lutym 1949 powstała w BOS Pracownia Planu 6-letniego, której kierownictwo powierzono mnie.

I pierwsze gorzkie wspomnienie. Wezwał mnie do siebie Roman Piotrowski, dyrektor BOS. Nie patrząc mi w oczy, oświadczył, że nie mogę nadal kierować tą pracownią. Będę miał inną ciekawą robotę, ale sam rozumiem: Plan 6-letni i ja, były cichociemny żołnierz AK. Nie rozumiałem. Przykro mi było i głupio. Następnego dnia wieczorem odwiedził mnie Józek Sigalin. Mam się rano zgłosić do Piotrowskiego. Tym razem z satysfakcją oznajmił mi, że poprzednia rozmowa była nieporozumieniem. Już się chyba nigdy nie dowiem, komu zawdzięczam tę pierwszą, a zwłaszcza tę drugą rozmowę.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”  i książki A.Ciborowski, S.Jankowski „Warszawa wczoraj i dziś”

1 września 1939

Do ostatniej chwili nie wierzyliśmy w wojnę. Wiedzieliśmy, że nie ustąpimy. I ta właśnie powszechna gotowość zdawała się wystarczającą gwarancją pokoju. My wiemy i równie dobrze wie Hitler – uspokajaliśmy się naiwnie. Może straszyć, szantażować, ale nie zacznie. Przygotowywaliśmy się do wojny, bo to był warunek, by wojny uniknąć. „Tajemnica wojskowa”, wpajana jako dogmat obronności Rzeczypospolitej, sprzyjała nieświadomości i naiwnej wierze. Na plakatach Rydz-Śmigły, na tle nieba wypełnionego eskadrami bombowców, zapowiadał, że „gwałt zadany siłą musi być siłą odparty”. Plakat był fotomontażem, ale bohaterstwo polskiego żołnierza było prawdziwe. A ponadto byli przecież nasi zachodni alianci, którzy wygrali wojnę.

Niedawno oglądałem w kinie „Napoleon” na placu Trzech Krzyży francuski film Nous sommes prêts – Francja czuwa. Film o niezłomnej potędze linii Maginota. Długie lufy dział obracały się posłusznie w betonowych bunkrach za naciśnięciem guzika na tablicy rozdzielczej. Cele były precyzyjnie obliczone i z dawna przygotowane. W podziemnych schronach, ciągnących się dziesiątkami kilometrów, kolejki elektryczne rozwoziły amunicję. W stalowych wieżach uśmiechali się francuscy żołnierze. Tacy sami jak bohaterscy „poilu” spod Verdun. Koszt linii Maginota, sięgający zawrotnej liczby miliardów franków, był ostatecznym argumentem. Niebo przesłaniały eskadry francuskich samolotów. Leciały na wschód, na Berlin. Leciały w takt Marsylianki.
Nous sommes prêts – jesteśmy gotowi.

A do tego przecież jeszcze Anglia i jej Royal Navy – królewska marynarka, która przegrywa różne bitwy, ale zawsze wygrywa – tę ostatnią. Przy akompaniamencie Marsylianki i God Save the King nasze „Silni, zwarci, gotowi” – wydawało się mniej naciągane.

Co prawda, z ostatnich ćwiczeń, które jako świeżo upieczony podporucznik rezerwy artylerii odbyłem w maju i czerwcu w 29 Pułku Artylerii Lekkiej w Suwałkach, wróciłem z mocno mieszanymi uczuciami. Na manewrach nasza bateria spisywała się dzielnie, strzelaliśmy dużo i dobrze, wyjeździłem się konno za wszystkie czasy, ale przecież już sam fakt takiej lokomocji na poligonie, niezbyt odległym od niemieckiej granicy, był niepokojący. A poczciwe działo, które galopem ciągnęły szóstką nasze gniade koniska, to – jak stwierdzał opis sprzętu – „armata polowa, kaliber 75 mm, wzór 97”. A wzór – to po prostu data skonstruowania armaty: 1897 rok.

Czekałem, bojąc się, żeby o mnie nie zapomnieli. Byłem przekonany, że mobilizacja ujawni nasz prawdziwy wojenny potencjał, że Niemcy jednak nie odważą się. Liczyłem, że po miesiącu-dwóch wrócę do asystentury na Wydziale Architektury i do pracowni, że skończymy na termin rysunki robocze rozgłośni Polskiego Radia. Rozpoczęta obok placu Unii budowa nie może czekać.

W początku lipca po powrocie z ćwiczeń wojskowych odwiozłem Zosię i naszą trzymiesięczną Magdalenkę do Sutna nad Bugiem do Pieńkowskich, siostry mojej żony i jej męża. Mała wyglądała ślicznie w dużym koszu od bielizny przybranym na niebiesko, a Zosia czuła się coraz lepiej. Ustaliliśmy, że nadchodzące wakacje spędzą na wsi, niezbyt daleko od Warszawy. Jeśli nawet coś się przydarzy, to będzie zawsze czas naradzić się i ewentualnie sprowadzić je zawczasu do domu. W każdym razie będą dalej od ewentualnego frontu.

Wróciłem do pracowni i czekałem. W skrytości ducha czekałem, kiedy mnie zmobilizują.

Gdy 1 września obudziły mnie syreny, ogłaszające alarm lotniczy dla Warszawy, byłem przekonany, że to ćwiczenia OPL. Syreny alarmowe odzywały się coraz częściej. Szczególnie głośno zawodziła ta ustawiona na dachu na rogu Alei Niepodległości i ulicy Wawelskiej. Gazety ukazały się z opóźnieniem. Na pierwszej stronie „Kuriera Warszawskiego” Orędzie do Narodu, fotografia Prezydenta Mościckiego i Naczelnego Wodza Marszałka Rydza-Śmigłego. Na drugiej – duże ogłoszenie kina „Atlantic”: Honolulu – Eleonor Powell i Robert Young – Dziś premiera. Zatelefonowałem na Mokotowską do rodziców. 819-36, numer telefonu zapamiętałem na całe życie. Cóż można sobie w takiej chwili powiedzieć. Nie doceniałem jeszcze wówczas, co to za wspaniały przywilej móc choć usłyszeć kochany głos. Matka wypytywała o Zosię i Magdalenę. Ojciec szedł zgłosić się do służby pomocniczej. Moja siostra, Maria Lenczewska, lekarz, odbywająca praktykę w Szpitalu Ujazdowskim u pułkownika docenta Rosnowskiego, od kilku dni dyżurowała już dzień i noc. Brat, Andrzej, inżynier rolnik, był z żoną i dziećmi w Puczniewie, majątku pod Łodzią.

Gazety przyniosły pierwsze wojenne instrukcje o zachowaniu się ludności cywilnej. Diabli mnie brali, ale nadal byłem jeszcze cywilem. Zgodnie z instrukcją zaklejaliśmy szyby w oknach po przekątnych wąskimi paskami papieru, co miało je uchronić przed bombami. Poważnym problemem była sprawa gazów trujących. Nie na darmo na każdych ćwiczeniach wojskowych dźwigałem maskę przeciwgazową. Nie na darmo słuchałem wykładów LOPP. Spodziewaliśmy się użycia gazów. Znaliśmy opowiadania o iperycie. Wybraliśmy pomieszczenie, które – zgodnie z instrukcją – najlepiej nadawało się na ewentualny schron przeciwgazowy. Lekarska poczekalnia w środku dużego mieszkania, z pośrednim światłem jakby stworzona do tych celów. Moja próba zrobienia zakupów zakończyła się całkowitym fiaskiem. Za późno. Z dumą przyniosłem dwa kompoty firmy „Pudliszki” i nikomu niepotrzebną butelkę octu. W gazetach fotografie pierwszych domów zburzonych w Warszawie bombami lotniczymi. W styczniu 1945 roku równie sensacyjnie będą wyglądały fotografie nielicznych niezburzonych warszawskich domów.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Mobilizacja

Jadąc 24 sierpnia do Płocka, do 8 Pułku Artylerii Lekkiej, byłem szczęśliwy. W kieszeni miałem kartę mob. Jechałem do mego dawnego pułku, w którym odbyłem ćwiczenia jako podchorąży. Trafiłem tam bezpośrednio ze Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim w roku 1935, zaopatrzony w poufną opinię, którą z politowaniem ujawnił mi dowódca baterii, a która do dziś dodaje mi otuchy w chwilach zwątpienia: „Inteligencja średnia, częściowo nabyta w wojsku.” Byłem wśród powołanych pod broń nielicznych, wybranych roczników.

Warszawa poza mną. Wraz z moim 8 PAL-em mieliśmy stanąć gdzieś między Hitlerem a Warszawą. Rola przyszłego przedmurza napełniała mnie dumą. W wagonie spotkałem kilku znajomych z dawnych ćwiczeń, w równie bohatersko-artyleryjskim nastroju. Nie mogliśmy się doczekać Płocka i naszych koszar. Mit doskonałości tajemniczego słowa „mob” prysł natychmiast po przybyciu do koszar. Serdecznie znienawidziłem poczciwego ogniomistrza w kancelarii pułkowej, który po dłuższym sprawdzaniu mojej karty ewidencyjnej orzekł wreszcie, że zostałem zmobilizowany omyłkowo. Jak to omyłkowo, przecież mob nie może się mylić. Na moje propozycje – już w dowództwie pułku – by mnie jednak wcielili do formujących się dywizjonów bojowych, znajomy kapitan spławił mnie bezlitośnie. Nie miał czasu ze mną gadać. Musiałem wracać. Powrotną podróż Płock-Warszawa, 25 sierpnia 1939 roku, odbyłem w nastroju osobistej klęski.

Wróciłem w nocy. Wprost z dworca zameldowałem się w Komendzie Miasta naprzeciw Hotelu Europejskiego. Zaspanemu oficerowi służbowemu długo tłumaczyłem o krzywdzie, jaka mnie spotkała, o stratach, jakie wskutek tego poniosły polskie siły zbrojne, o konieczności natychmiastowego wysłania mnie do mego macierzystego 29 PAL-u do Grodna, gdzie odbywałem ostatnio ćwiczenia. Kapitan w końcu rozbudził się całkowicie i zrozumiał, o co mi chodzi. I natychmiast wyrzucił mnie za drzwi. Miał większe zmartwienia.

Gorycz klęski osłodziła mi radość, z jaką przywitali mnie rodzice na Mokotowskiej i teściowa, doktor Garlicka, z którą mieszkaliśmy na Topolowej.

– To dobrze, że wróciłeś. Będziemy razem.

Ze wstydem przebrałem się po cywilnemu i poszedłem do pracowni. Niewypał! „Żywa torpeda” – szydzili bezlitośnie pogardzani przeze mnie wczoraj cywile przy rajzbretach. A może to wszystko rozejdzie się po kościach? Może i pozostali zmobilizowani wrócą do pracowni? Wziąłem się znowu do rysowania.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Stanisława Jankowskiego wspomina Jerzy Woyzbun

Jerzy Woyzbun wspomina niemal 70 lat bliskiej relacji ze Stanisławem Jankowskim (swoim dowódcą a później szwagrem), w tym między innymi „okres bardzo ciężkiej pracy, stresu i zagrożenia przy jednoczesnym braku bohaterskich epizodów” w Wydziale Legalizacji i Techniki a także udział w Powstaniu Warszawskim.

Zapraszamy do obejrzenia filmu.

Wspólne lata szkolne wspomina Kordian Tarasiewicz

Kordian Tarasiewicz, przedsiębiorca i działacz sportowy, wspomina wspólne lata w Szkole Towarzystwa im. Ziemi Mazowieckiej przy ul.Klonowej – kolegów, profesorów, uczestnictwo w klubach sportowych, które było wówczas szkołą savoir – vivre’u, a także Warszawę tamtych lat.

Zapraszamy do obejrzenia filmu