Kategoria: Cichociemny skok

Skok – Przepustka do Warszawy

Miejsce zrzutu na dziś… – major z „Szóstki” chwilę się zawahał, jakby do ostatniej chwili ważył decyzję – polana wśród zagajników, siedem kilometrów na północo-zachód od Wyszkowa. – Wskazywał na rozłożonej na stole mapie. Starałem się nauczyć tego wycinka mapy na pamięć. Zapamiętać każdą kreskę i znak, żeby ją później zamienić na śnieg, na lasy, na drogę. Opodal naszego miejsca skoku charakterystyczne rozwidlenie dróg, dalej zabudowania wiejskie wzdłuż drogi. Na północ ciągną się lasy. Gdybyśmy nie odnaleźli placówki i stracili po skoku poczucie kierunku, pozostanie nam niezawodny znak w terenie: zamarznięta rzeka. Bug płynie o kilka kilometrów na południe od miejsca zrzutu. Nie powinniśmy zabłądzić nawet w ciemną noc.

– Znak rozpoznawczy placówki oczekiwania – ciągnął dalej major – pięć białych świateł ustawionych w formie litery T, w odstępach dziesięciu metrów jedno od drugiego.

Melodia zapowiadająca nasz lot została nadana po dzisiejszym popołudniowym komunikacie. Alarm dla placówki nadano również. Światła rozpoznawcze powinny się palić od pierwszej do trzeciej nad ranem. Brak świateł w tym czasie oznacza zagrożenie rejonu. Nie wolno nam wówczas skakać.

– Jeśli placówka was odbierze, to dadzą wam pieniądze, jakie kursują w GG i zorganizują wszelką pomoc. Pocztę i pieniądze dla organizacji oddacie delegatowi Komendanta AK, jeśli będzie na placówce, lub dowódcy placówki. W razie nieodnalezienia placówki pieniądze i pocztę zakopać i oznaczyć miejsce. Po przybyciu do Warszawy meldować się pojedynczo lub grupkami pod jednym
z dwóch adresów. – Major ściszył głos, jakby tu na lotnisku polowym w Anglii chciał osłonić tajemnicę warszawskich adresów i haseł. – Nie wolno zabierać ze sobą żadnych drobiazgów ani notatek. Nieprzestrzeganie tego zakazu kosztowało już życie wielu ludzi.

Powtarzałem w myśli hasła, adresy, nazwiska. Uczyłem się tych kilku słów przepustki do Warszawy. Major sięgnął tymczasem do sporego worka, który przywiózł ze sobą i rozpoczął wydawanie pieniędzy i poczty. Każdy z nas dostał szeroki pas z grubego płótna, zawieszony na parcianych szelkach, z wszytymi dolarami. W każdym pasie było 3600 złotych dolarów. Poczułem wówczas dosłownie, co to znaczy „ciężka forsa”.

Bagaż każdego z nas uzupełniały dwie blaszane puszki z papierowymi dolarami – po dziesięć tysięcy każda – tak zwane „gwoździe”. Gdyby trzeba było puszki ukryć, dla ułatwienia ich późniejszego odnalezienia był przylutowany do każdej drut trzymetrowej długości, zakończony sporym gwoździem. Stąd nazwa puszki. Po zakopaniu puszki możliwie głęboko w ziemi należało wbić gwóźdź w najbliższe drzewo dla oznaczenia miejsca.

Znacznie więcej emocji niż złotem faszerowany pas i dolarowe „gwoździe” dostarczała poczta, którą mieliśmy zabrać dla Komendanta AK. – Konstrukcja pudełka jest prosta i zabezpiecza w pełni przed niepowołanym otwarciem i wydobyciem przesyłki. W środku znajduje się bomba z zapalnikiem natychmiastowym, dookoła której nawinięta jest taśma filmowa z fotografią, zaszyfrowanego tekstu. Pudełko składa się z dwóch metalowych skrzyneczek, jedna w drugiej, z niewielkim odstępem między ściankami. Każde zetknięcie się ścianek, a więc próba przecięcia, przebicia lub mocne uderzenie powoduje zwarcie i wybuch. Żeby otworzyć pudełko, trzeba uprzednio odkręcić śruby w denku. Jest jedno jedyne ustawienie śrub, które umożliwia otwarcie pudełka.

Objuczyłem się złotonośnym pasem, zapakowałem „gwoździe”, pokwitowałem otrzymany bagaż. Wciągnąłem moją jesionkę od Cichockiego, na to biały kombinezon, ochronny hełm i oporządzenie. Sztywny, nieruchawy czekałem.

– „Kołnierzyki”, do samolotu!
Usłużne dżipy podwiozły nas do halifaxa. Polecieliśmy inaczej niż zwykle. Zaraz po wyjściu nad morze zeszliśmy nisko i nad Danią lecieliśmy już lotem koszącym. Nisko lecący bombowiec potrafi całkowicie zaskoczyć i aparaty pomiarowe, i przeciwlotnicze baterie.

– Jesteśmy nad Polską – usłyszałem po kilku minutach w intercomie. Wlecieliśmy po wyznaczonym kursie na Koszalin, gasząc po drodze światła nielicznych miast, w których zdążyli zapowiedzieć alarm lotniczy na naszą intencję.

Nabieraliśmy niezbędnej do skoku wysokości 300 metrów. Złapaliśmy białą wstęgę zamarzniętego Bugu i jak po szynach trafiliśmy na Wyszków. Za miastem pilot położył maszynę na skrzydło, robił ostrożny wiraż.

– Przygotować się do skoku!
Nałożyłem hełm ochronny, starannie zawiązałem tasiemki pod brodą. Przesunąłem pistolet do przodu.

Przyszła wreszcie kolej na wykidajłę. Otworzył dziurę, sprawdził po raz ostatni, czy linki naszych spadochronów są przypięte do samolotu. Patrzyliśmy w dziurę jak urzeczeni. Na dole było biało i mroźno. Czarna połać lasu, przecięta drogą. Mignęły jakieś chałupy, szmat pola, zagajniki. Szukaliśmy naszych rozstajnych dróg, polany i świateł. Ostry zakręt w lewo. Lecimy wzdłuż drogi. Według mapy byliśmy już nad rejonem zrzutu. Zrobiliśmy znowu rundę dookoła. Nalatywaliśmy na cel. Przez dziurę widać było spory szmat ziemi. Wydało mi się, że rozpoznaję wyraźnie naszą polanę i drogi, których tak pilnie uczyłem się na lotnisku. Świateł nie było. Lecieliśmy z wiatrem i po prostu przylecieliśmy o kilka minut za wcześnie.

– Poczekamy na nich – wyjaśnił nawigator. Lataliśmy sobie w kółko nad zagajnikami, hukiem czterech motorów budząc skutecznie wszelkie żywe istoty w promieniu wielu kilometrów. Z żandarmerią włącznie.

– Światła! Są! – wrzasnął „Gzyms”, stojący obok dziury. Pilot wyrzucił kontenery z komory bombowej. Za następnym nawrotem – my. Nawigator, radiotelegrafista i mechanicy przyszli się z nami pożegnać.
– Pozdrówcie Warszawę!

Staliśmy jak najbliżej dziury. Jedynka – „Róg” siedział z nogami spuszczonymi do dziury. Tuż obok niego „Gzyms” – dwójka. Nawigator zapalił zielone światło.
– Gotowi! Go!
„Róg”, „Gzyms”, „Czarka”. Tak samo jak w Ringway. Teraz ja.

– Zachciało ci się Polski, gówniarzu! – krzyknął mi nad uchem „Dżul”.

Skoczyłem niemal na plecy „Czarki”.

Zdążyłem jeszcze usłyszeć chlaśnięcie o brzuch samolotu linki wyciągającej spadochron. Wyrzuciło mnie, przekoziołkowałem. Poczułem ostry pęd zimowego powietrza. Nie zdążyłem pomyśleć, czy się spadochron otworzy, gdy mną szarpnęło. Płachta złapała powietrze. Kiwnęło mną jeszcze kilka razy, po czym linki spadochronu ustawiły mnie pionowo. Znów siedziałem wygodnie w taśmach.

Powinienem być wzruszony, a byłem zachwycony. Niemal abstrakcyjnym zachwytem wobec wygwieżdżonego nieba, zalanej światłem księżyca polany, małych sosenek pod grubymi czapami śniegu, wobec ciszy.

Samolot nadleciał raz jeszcze. Na pożegnanie pokiwał skrzydłami, mrugnął światłami i zniknął za lasem. Polecieli upozorować gdzieś inny zrzut. Została po nich cisza i sześć białych spadochronów rozstawionych schodkami równo na niebie.

Ustawiłem parasol, żeby wylądować przodem do kierunku opadania. Wyjąłem rewolwer.

Na śniegu ląduje się znakomicie. Odpiąłem spadochron. Nie zdążyłem go jeszcze złożyć, gdy z zarośli o kilkadziesiąt kroków przede mną ktoś wyskoczył i pędem puścił się do mnie. Bardziej chyba dla fasonu niż z istotnej potrzeby zatrzymałem go wyciągniętą lufą rewolwerową – zgodnie z instrukcją – o kilka kroków przede mną.

– Stój! Ręce do góry! Zbliżyć się dla podania hasła! Stanął. Cisza. Ani słowa. Zrobiło mi się głupio. Czekali tu może od wielu tygodni, zanim nadleciał czarny bombowiec i wypluł białe parasole. A teraz trzymałem go na muszce, z rękoma do góry – bo ze wzruszenia zapomniał hasła.

– Chodź! – powiedziałem zawstydzony, opuszczając rewolwer, gdy stał nadal przede mną, nie wiedząc, co robić. Wycałowaliśmy się. Nieogolony był i wzruszony bardzo. To był ich pierwszy zrzut. Razem dygowaliśmy spadochron do placówki czekającej na skraju lasu. Częstował mnie papierosami, wypytywał.

Placówka. Pierwsi żołnierze AK, jakich zobaczyłem. Przyglądałem im się z nabożnym zachwytem. Nie wyglądali ani bohatersko, ani tajemniczo. Zwyczajnie, dosyć biednie. Gdybym ich spotkał we wsi, w Wyszkowie na rynku, nie zwróciłbym na nich uwagi. Ale dzisiejszej nocy widać było wyraźnie, że nie przyszli tu ani „za słoniną”, ani „za drzewem”. Zza pasa sterczą dwa niemieckie granaty na drewnianych trzonkach, z kieszeni starego płaszcza wystaje kolba długiego nagana.

Musieliśmy się spieszyć. Kilkuminutowe krążenie czteromotorowego bombowca rozbudziło i zaalarmowało całą okolicę. Co prawda, byliśmy ubezpieczeni wysuniętymi czujkami i sami dobrze uzbrojeni, a żandarmi niemieccy woleli w nocy do lasu nie wchodzić, ale trzeba było jak najszybciej odskoczyć, żeby nie zdekonspirować ostatecznie miejsca zrzutu. Żołnierze z placówki ściągali do lasu zrzucone zasobniki, wspólnie składaliśmy spadochrony i nasze ochronne kombinezony, żeby je jak najszybciej stąd wywieźć. Przekazaliśmy delegatowi z Warszawy przywiezione dla organizacji pieniądze.

Część broni wręczyliśmy placówce. Dali nam okupacyjne złotówki i papierosy. Przywieźli nawet dla nas kilka egzemplarzy „Nowego Kuriera Warszawskiego”. Z takim bagażem w kieszeniach wyglądaliśmy znacznie bardziej miejscowo. Życzyliśmy placówce jeszcze wielu zrzutów.

Szliśmy do Wyszkowa. Śnieg skrzypiał pod nogami. Było nam wesoło. Głupi mają szczęście. Gwiżdżąc Tipperary, doszliśmy całą szóstką wraz z dowódcą placówki bez przeszkód pod adres w Wyszkowie, a stamtąd na stację.

W szkole wywiadowczej w Londynie i na cichociemnych kursach uczyłem się o stosunkach panujących w okupowanej Polsce. Studiowałem meldunki, referaty, czytałem codzienną prasę niemiecką i nielegalne gazetki z Warszawy, słuchałem ludzi, którzy przyjechali z kraju do Londynu. Na stacji w Wyszkowie uzupełniałem moje teoretyczne wiadomości. Czekaliśmy godzinę, nie więcej. Nie się tam wówczas specjalnego nie działo. Przypuszczam, że dla czekających w poczekalni kolejowej była to dobra, spokojna noc. Nie było w Wyszkowie rewizji, wrzasków, bicia, strzelaniny. Mnie ta godzina nauczyła więcej okupacyjnej prawdy niż londyńskie wykłady.

W poczekalni był tłok i zaduch. Niewielką salkę i przylegający bufet zalegał tłum czekających na pociąg. Szary, wymizerowany, zmęczony. Było zimno. Ale mimo powybijanych szyb śmierdziało mięsem szmuglowanym pod kieckami, kartoflami w plecakach, mokrymi ubraniami i biedą. Obok wiejskich bab z koszykami kurczaków, troskliwie pookrywanych płachtami, lub uginających się pod ciężarem baniek z mlekiem, wypełniał poczekalnię tłum miejskiej biedoty. Kurtki uszyte z farbowanych koców, za ciasne palta, nie pasujące do właścicieli, właściciele nie pasujący do za dużych butów na drewnianych podeszwach. Ludzie byli znużeni. Mimo to nie odpoczywali. Rozmawiali półgłosem. Czułem ich napiętą uwagę wobec niebezpieczeństwa.

W poczekalni na stacji w Wyszkowie, 4 marca 1942 roku, trzeciego roku wojny, po raz pierwszy zobaczyłem Niemca – wroga. Środkiem sali chodził żandarm z psem na krótkiej smyczy. Ubrany był w długi płaszcz i stalowy hełm. Żandarm był starannie ogolony, miał wyczyszczone długie czarne buty, automat przewieszony przez plecy. Duży pies o lśniącej, czarnej sierści i żółtym pysku trzymał się nogi swego pana. Chodzili miarowym krokiem środkiem sali, pustym korytarzem wyznaczonym wśród tłumu przez strach i nienawiść. Trzymali nas w napięciu. Byli świadomi swej władzy. Stałem blisko. Już nie byłem obojętnym widzem. Czułem się cząstką tłumu. Liczyłem kroki żandarma. Dwanaście w przód, dwanaście z powrotem.

Kupiliśmy bilety, rozdzieliliśmy się i parami załadowaliśmy się do ciemnych przedziałów pociągu, który nadjechał wśród kłębów pary buchającej z lokomotywy. Żandarm i pies wyszli na peron. Żandarm spuścił psa ze smyczy, zdjął z pleców automat. Pociąg ruszył.

Lekcja, jakiej mi udzielono w zatłoczonym przedziale na trasie Wyszków-Warszawa podczas mej pierwszej nocy w Polsce, była lekcją optymizmu i zaradności. Początkowo były to komunikaty zawodowe, wymiana aktualnych doświadczeń. Wczoraj czarni brali słoninę. Z pospiesznego z Małkini wygruzili wszystkich z bańkami w Tłuszczu. Najlepiej wyskoczyć, jak maszynista zwolni pod sygnałem, ale trzeba się wtedy cofnąć wzdłuż torów, bo przy przejeździe lubią czekać z psami. Wkrótce rozmowa zeszła na bieżące wydarzenia polityczne. Ktoś jadący z Wyszkowa powiedział o naszym zrzucie. Kilka osób uzupełniło wiadomość. Okazało się, że pasażerowie z Wyszkowa wiedzieli o samolocie i spadochroniarzach.

W Tłuszczu nie brali. Pod sygnałem nikt nie wyskakiwał, bo maszynista nie zwolnił. Dojeżdżaliśmy.

O siódmej wieczorem 3 marca 1942 roku załadowałem się na lotnisku pod Londynem do halifaxa. O siódmej rano 4 marca wyładowałem się z pociągu. Przeczytałem na dworcu napis: Warschau – Hauptbahnhof.

Ale to była moja Warszawa.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Komentarze

comments

wróć na początek