Kategoria: Dlaczego ja nie siedziałem?

Dlaczego ja nie siedziałem?

Zapytali mnie o to koledzy na pierwszym po wojnie spotkaniu cichociemnych (1956) w Poznaniu.
Na apel w tygodniku „Stolica” przyjechało nas niewiele ponad dwudziestu. Ludzie bali się ujawniać. Po mszy świętej za dusze poległych cichociemnych i złożeniu kwiatów na mogile załogi halifaxa, który rozbił się podczas zrzutu w okolicach Kalisza, poszliśmy na wspólny obiad. W drodze eskortowały nas na zmianę dwa czarne citroeny.

Przed obiadem każdy miał trzy minuty, żeby opowiedzieć swój życiorys: od skoku do dziś. Mówiliśmy według „starszeństwa” skoku. Ja zaraz po „Wani” – dr. Alfredzie Paczkowskim. Trzy minuty – niewiele. Dosyć, żeby się dowiedzieć, że z dwudziestu kilku obecnych chyba tylko trzech nie siedziało po wojnie lub nie „przebywało w ZSRR”. Musiałem się usprawiedliwiać…

Wychodząc z Warszawy po Powstaniu wiedziałem, że wrócę. W oflagu oświadczyłem to generałowi Pełczyńskiemu, gdy wiosną 1945 roku zapytywał każdego z nas, co zamierza robić po wojnie, powtórzyłem to w Londynie generałowi Borowi-Komorowskiemu, zwalniając się z funkcji jego adiutanta.

Wiedział o tym zawczasu pułkownik Iranek-Osmecki, mój szef i przyjaciel, wiedzieli koledzy, z którymi byłem w niewoli i którzy po przybyciu do Anglii postanowili w większości nie wracać do kraju. Nie podzielali mojej decyzji, ale ją rozumieli.

Jan Nowak-Jeziorański, którego spotkałem w Londynie w 1945 roku i z którym przegadaliśmy niejeden wieczór, przestrzegał, że mnie zaraz po powrocie przymkną. Nawet jeśli uznawałem słuszność jego argumentów – nie zmieniłem decyzji. Wróciłem do Warszawy 9 września 1946 roku.

W kilka dni później zostałem zaproszony na rozmowę. Szedłem spokojnie. Po wylądowaniu 8 września w Gdańsku przesłuchującemu mnie oficerowi UB złożyłem na piśmie mój wojenny życiorys. Wiedzieli o mnie wszystko.

Prywatne mieszkanie w okolicy placu Zbawiciela. Otworzył mi jakiś cywil.
– Był pan w Powstaniu dowódcą osłony gen. Bora? – Byłem.
– Zakopał pan jego archiwum? – Zakopałem.
– Gdzie? – Aha, o to im chodzi. Tłumaczyłem, że była noc, dookoła padały pociski, płonęły pobliskie domy, byłem w strachu.
– Nie pamięta pan? Jak pan sobie przypomni, to pan do mnie zadzwoni. – Nie zadzwoniłem.
Byłem wzywany na rozmowę jeszcze kilkakrotnie. Raz grzecznie, raz z waleniem pięścią w stół. Dali mi wreszcie spokój. Po kilku latach wyjaśniło się dlaczego.

Lata pięćdziesiąte, późny wieczór w domku na Ujazdowie. Telefon. – Pan minister Moczar chce z panem mówić. Minister zaprosił mnie do siebie. Na moje nieśmiałe pytanie, czy to takie pilne, po nocy, oświadczył, że zaraz po mnie przyśle samochód.
– Weź szczotkę do zębów i piżamę – radziła Hanka. Nikt nie przyjechał. Następnego dnia rano dowiedziałem się w pracowni, że mam zaraz zgłosić się na Koszykową.

W biurze przepustek cywil w butach z cholewami.
– Do kogo? – Do pana ministra Moczara.
Po chwili siedziałem naprzeciw generała, który wyjaśnił mi, że porządkując akta, natrafił na papiery rodzinne, które chce mi przekazać. Nie dowiedziałem się nigdy, jaką drogą trafiły do UB archiwum Bora i pamiątki rodzinne Skrobańskiego, kaprala „Blikle”, a wśród nich rękopis Moniuszki „Arya z kurantami”, które zakopaliśmy razem w piwnicy małej PAST-y na Piusa.

Wracam do mych pierwszych lat w Warszawie, 1 października 1946 ożeniłem się z „Krystyną” – Hanką. Zgłosiłem się do BOS. Wciągnęła mnie bez reszty praca nad odbudową Warszawy. W marcu 1947 roku z Jankiem Knothe, Józkiem Sigalinem i Zygmuntem Stępińskim rozpoczęliśmy projektowanie Trasy W-Z. A już 28 sierpnia 1947 kończyliśmy wstępny projekt.

1 marca 1950 rozpoczęliśmy projektowanie MDM. Pracowaliśmy na dwie zmiany – rano BUW, po południu MDM. 22 lipca 1950 dostaliśmy Państwową Nagrodę Artystyczną I stopnia za Trasę W-Z. A 14 września zostałem aresztowany w Nowym Targu. Spędzaliśmy wakacje na Kalatówkach i pojechaliśmy do Nowego Targu. Pogoda śliczna. Robiłem zdjęcia na targu i – ostatnie – kościółka stojącego w głębi ulicy. Więcej zdjęć już nie robiłem, bo zostałem zatrzymany do wyjaśnienia przez pana z małą czerwoną legitymacją. W tle kościoła stał budynek UB. Zapakowali mnie do piwnicy.

Przesłuchanie. Oficer UB za stołem, ostre światło na mnie. Rutynowe pytania:
– Życiorys.
– Byłem w Wojsku Polskim na Zachodzie.
– Kiedy wrócił do kraju?
– W 1942 roku.
– Jak to w 1942?
– Zrzucony na spadochronie z Anglii. – Gdy to usłyszał, rozpromienił się. Złapał angielskiego szpiega. Nagroda, awans murowany. Dalsze pytania to już tylko formalność.
– Stosunek do PRL? – Odpowiedziałem, że pozytywny. – Niech udowodni?
I tu dobry los nieoczekiwanie przyszedł mi z pomocą. Pamiętałem, że w jednym z numerów „Trybuny Ludu” było nasze zdjęcie jako laureatów Państwowej Nagrody Artystycznej za Trasę W-Z. Teraz ja zapytałem:
– Czy czyta „Trybunę Ludu”?
– Oczywiście.
– To poproszę o numer – tu podałem datę. Na widok naszego zdjęcia zbaraniał. Przyśpieszył wywołanie mego filmu.

Z perspektywy czterdziestu lat wspominam te moje rozmowy z UB, nocny telefon generała Moczara, aresztowanie w Nowym Targu – na wesoło, jak anegdotyczne drobiazgi. Ale wiem, że w „latach błędów i wypaczeń” podobne drobiazgi skróciły niejednemu z mych kolegów życiorys o kilka lat.

Przytoczyłem pokrótce mój warszawski kalendarz lat 1946-1952. Ale jest i inna gorzka jego wersja.

W marcu 1947 roku na Sesji Naczelnej Rady Odbudowy ja, „Agaton”, wygłaszałem referat o Planie Odbudowy Warszawy, a dwa miesiące wcześniej, w styczniu 1947, „Bradl” – Kazimierz Leski został skazany na dwanaście lat więzienia.

Bolesław Bierut, który 7 lipca 1949 roku, odwiedził budowę Trasy W-Z i wpisał się do dziennika pracowni, tego samego być może dnia podpisał wyrok śmierci na któregoś z mych kolegów żołnierzy AK.

13 października 1948 roku, gdy ja – jak co dnia – byłem na budowie Trasy W-Z, został aresztowany cichociemny „Żmudzin” – major Bronisław Kontrym. Został stracony w Warszawie, w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej 2 stycznia 1953, w pół roku po lipcowym święcie 1952, dla uczczenia którego zakończona została budowa Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej.

A przecież taki pełen goryczy osobisty kalendarz może zestawić każdy z mych rówieśników. Gorzej – bo także i wielu młodych. Z satysfakcją i radością wspominam lata odbudowy Warszawy, a jednocześnie – jakbym się usprawiedliwiał – dlaczego wówczas nie siedziałem.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.


Komentarze

comments

wróć na początek