Kategoria: Powstanie

Godzina „W”

We wtorek 1 sierpnia 1944 roku rano, na przekór historii, wiedziałem na pewno, że dziś Powstanie się nie zacznie.

Od chwili ogłoszenia stanu czujności z dniem 25 lipca szef II Oddziału Sztabu, pułkownik „Makary” – Kazimierz Iranek-Osmecki, zarządził codzienne odprawy kierowników wydziałów dla zabezpieczenia szybkiej i sprawnej łączności. Spotykaliśmy się w godzinach południowych, zwykle po dwunastej. Szef omawiał aktualną sytuację, sprawdzał wykonanie ostatnich poleceń, załatwiał sprawy bieżące. Ale i on, i my wiedzieliśmy, że nie o to chodzi. Czekaliśmy na tę jedyną wiadomość: kiedy zaczynamy?

Plan mobilizacji do Powstania przewidywał, że potrzeba co najmniej 36 godzin na przekazanie rozkazów, zebranie rozproszonych po mieście oddziałów AK, rozdanie broni. Ustalono również, że zaskoczenie przeciwnika, stanowiące jeden z głównych atutów powstańców, jest możliwe jedynie pod osłoną ciemności – więc szturm powinien odbyć się nocą. Na wczorajszej, poniedziałkowej, odprawie „Makary” powtórzył jak zwykle: jutro, we wtorek, na pewno jeszcze nie.

Łatwiej było czekać przez długie lata niż przez te ostatnie dni. Od kilku dni większość chłopców z plutonu była już na punktach alarmowych. Alarm trwał. Poprzedniego dnia na ulicy Mazowieckiej w biały dzień dostałem od dwu chłopców z biało-czerwonymi opaskami na ręku „Biuletyn Informacyjny” z 31 lipca. Dotychczas dostawałem go co tydzień w konspiracyjnej poczcie. 31 lipca „Biuletyn” był kolportowany w Śródmieściu. Kolporterzy byli zapewne dobrze ubezpieczeni , ale przechodnie brali pismo niemal jawnie bez obawy.

Wielokrotnie próbowałem odtworzyć w pamięci tę chwilę, gdy w lokalu konspiracyjnym na Żelaznej usłyszałem rozkaz, którego tragicznej wagi nikt z nas nie umiał przeczuć. Zostało mi z niej zaledwie mgliste wspomnienie.

– Dziś, o godzinie 17 – powiedział „Makary”. Nie tłumaczył, dlaczego wczorajsza decyzja o nierozpoczynaniu Powstania w dniu dzisiejszym została nagle odwołana. Jakby uprzedzając nasze zdziwienie i pytania, powtórzył, że zaczynamy dziś, punktualnie o godzinie 17. Na pytania nie było czasu.

Na niektóre pytania dostałem odpowiedź od pułkownika „Makarego”, gdyśmy po upadku Powstania, w obozie jenieckim w Langwasser pod Norymbergą, odbywali długie spacery wzdłuż ogrodzeń z drutu kolczastego. Trudno mi było uwierzyć, gdy dowiedziałem się po raz pierwszy, że decyzja o terminie wybuchu Powstania została podjęta na podstawie ustnego meldunku generała „Montera”, bez sprawdzenia opinii najbardziej wiarygodnego informatora, jakim był szef wywiadu AK, pułkownik „Makary”.

Pozostało mi jeszcze pięć godzin okupacji. – Żeby mi tylko dętka nie nawaliła – wzdychałem, jadąc na Chłodną 5 do „Pakulskich” w celu uruchomienia łączności plutonu. Na umówiony dzwonek drzwi otworzył „Pakulski”.

– Dziś o godzinie 17! – Nawet się nie zdziwił. „Kubuś” mieszkał niedaleko. Zawiadomiłem go osobiście, żeby było prędzej. – Nareszcie!

Potem jeszcze pani „Anna”, łączniczka-sanitariuszka plutonu, i „Gajewski” na Wydziale Architektury. Zastałem wszystkich na umówionych punktach alarmowych. Zdążyłem. Poszło.
Zgodnie z planem mobilizacyjnym plutonu zbiórka na Chłodnej, skąd mieliśmy wyruszyć już z bronią, była wyznaczona na dwie godziny przed godziną „W”, to znaczy na godzinę 15. Miałem dość czasu, żeby pojechać na Sadybę pożegnać się z matką i z Magdalenką. Wstąpiłem na Szopena, do mego konspiracyjnego mieszkania. Wziąłem mąkę, cukier i smalec, żeby zawieźć matce. Na kilka dni Powstania wystarczy. Magda bawiła się w ogródku. Matka szykowała obiad. Mój nagły przyjazd wyjaśnił jej wszystko.

W mieszkaniu na Szopena moje obie gospodynie, panie Helena i Maria Wańkowiczówny, nie wiedziały jeszcze nic o dzisiejszym terminie. Ze skrytki podłogowej w moim pokoju wyciągnąłem wisa z czterema pełnymi magazynkami, kaburę i białą furażerkę z orzełkiem. Wziąłem brezentową kurtkę, długie buty, szeroki skórzany pas i chlebak, do którego włożyłem kaburę od pistoletu, furażerkę i niezbędny ekwipunek na kilka dni. Wprowadziłem kulę do lufy, włożyłem pistolet do wewnętrznej kieszeni na piersi, skąd łatwo się go wyjmowało. Teraz już nie mógłbym się dać zrewidować na ulicy. Komplet zapasowych fałszywych dokumentów, które miałem w skrytce, zniszczyłem. Kenkartę i ausweis zabrałem ze sobą, choć nie mogły już mi być przydatne podczas jazdy na zbiórkę.

Na Chłodną dojechałem bez przygód. Czekał „Pakulski”, wkrótce zameldowali się „Wojtek”, „Janusz” i „Jacek”. Łączność działała prawidłowo. Czekaliśmy na samochód. Tymczasem opróżnialiśmy skrytki. Wyciągnęliśmy broń: 4 pistolety, amunicję i kilka granatów. Resztę uzbrojenia plutonu mieli przywieźć chłopcy samochodem oraz przynieść już bezpośrednio na zbiórkę batalionu. Przygotowałem komplet biało-czerwonych opasek z literami WP – Wojsko Polskie, i legitymacje AK. Czekaliśmy na samochód, by przewieźć broń na miejsce zbiórki batalionu na cmentarzu Ewangelickim. Wkrótce byli już na Chłodnej wszyscy, którzy mieli się tu meldować. O wpół do czwartej postanowiłem jechać.

– Już tylko godzina i dwadzieścia minut. Idziemy!

Ostatnia konspiracyjna jazda ulicami Warszawy, już z biało-czerwonymi opaskami, pistoletami i granatami w kieszeniach. Pierwsi wyszli ci, którzy mieli iść pieszo, w kilka minut po nich nasza zmotoryzowana kolumna: samochód ubezpieczony dwoma rowerami. Prowadził fiacika „Dziunio”, obok niego „Witek” z bergmanem starannie przykrytym połą płaszcza. Nawet w najbardziej pesymistycznych rozważaniach nie przypuszczałem, że ten nasz bergman, kupiony od żandarma niemieckiego z ośmioma dodatkowymi magazynkami, to jeden z trzystu pistoletów maszynowych, które w chwili rozpoczęcia walki w Warszawie posiadały oddziały AK. Ten nasz i jeszcze 299.
Na rogu Okopowej wyminęły nas trzy ciężarowe samochody, pełne szaroniebieskich lotników. Ostatni zakręt.

I nagle – Polska!

Za rogiem, o 200 metrów, hitlerowska okupacja. Patrole żandarmerii, bunkry, zasieki z drutu kolczastego, ciężarówki z uzbrojonymi Niemcami. A tu Polska. Na kawałku ulicy dopiero – ale już Polska. Zdążyliśmy.

Tłoczno i aż biało-czerwono od opasek na rękach. Jakiś oddział AK jako tako umundurowany i uzbrojony pilnował porządku i ubezpieczał miejsce zbiórki. Założyliśmy opaski, wyjęliśmy broń. Zaparkowaliśmy samochód pod drzewami. Nasz fiacik był jedynym zmobilizowanym pojazdem mechanicznym w tym miejscu zbiórki. Dołączały coraz to nowe grupki żołnierzy Armii Krajowej. Panował nastrój wesołości i żołnierskich fasonów, którymi staraliśmy się nadrobić nasz mocno cywilny wygląd. Niektórzy zdążyli już naszyć sobie dystynkcje na furażerkach i wojskowych bluzach. Oddawano sobie starannie wojskowe honory. Przeważały cywilno-sportowe ubrania, na głowach furażerki lub berety. U większości cały mundur wojskowy sprowadzał się do orzełka przyczepionego do cywilnej czapki i biało-czerwonej opaski na ręku. Sanitariuszki z opaskami Czerwonego Krzyża, z wypchanymi torbami. Uzbrojenie bardzo różne, na ogół słabe. Tylko nieliczne karabiny, wyjątkowo pistolety maszynowe. Przeważały pistolety różnych kalibrów zatknięte za pas, a najczęściej granaty przytroczone sznurkiem do paska. Odnalazł mnie „Kubuś” z patrolem, potem reszta naszego małego plutonu.

Było już po godzinie szesnastej. Od strony Kercelaka dolatywały odgłosy pojedynczych strzałów, detonacje granatów i narastające serie z broni maszynowej. Tam się już zaczęło. Dwie niemieckie ciężarówki nagle wyjechały wprost na nas zza rogu. Wybuchła bezładna strzelanina. Jeszcześmy się wówczas nie nauczyli oszczędzać amunicji. Jedna ciężarówka zdołała uciec, drugą zatrzymała seria z peemu, znacząca ślad na szybie samochodu. Kierowca zabity, opadł na kierownicę, dwaj inni Niemcy próbowali uciekać na oślep. Jeden padł pod kulami, drugi podniósł ręce. Była godzina 16.45. Tak się u nas zaczęło Powstanie.

Strzelanina, jeniec i zdobyty samochód uporządkowały początkowy bałagan. Ubezpieczający oddział odprowadził zdobyty samochód i pierwszego jeńca. Od strony Kercelaka narastała strzelanina. Zameldowałem pluton majorowi „Okoniowi” (Alfonsowi Kotowskiemu), dowódcy batalionu „Pięść”, którego poznałem kiedyś na odprawie u pułkownika „Makarego”. Obsadziliśmy cmentarz Ewangelicki. Stanowiliśmy część zgrupowania „Radosław”. Dostaliśmy odcinek wzdłuż muru od ulicy Młynarskiej. Solidne nagrobki były dość wysokie, by sponad muru obserwować najbliższe ulice. Krzaki i drzewa ułatwiały maskowanie. Dookoła cmentarza był spokój. „Kubuś” robił okolicznościowe zdjęcia. Siedzieliśmy wśród nagrobków.

Po zbiórce po raz pierwszy spisałem listę plutonu. Mogłem jej już nie konspirować. l sierpnia na cmentarzu Ewangelickim na Woli było nas w plutonie „Agaton”, batalionu „Pięść”, zgrupowania „Radosław” – osiemnaście osób, jeden pistolet maszynowy, jeden karabin, piętnaście pistoletów, około trzydziestu granatów, dwa rowery i jeden samochód.

Zameldowałem majorowi „Okoniowi” – dowódcy batalionu, stan uzbrojenia. Prosiłem o uzupełnienie, zwłaszcza broni długiej, choćby dwa-trzy karabiny, i o amunicję, której mieliśmy niewiele. Major rozwiał moje złudzenie. Jedyny sposób uzupełnienia broni i amunicji to zdobycie jej na Niemcach.

Strzały i detonacje dochodziły ze wszystkich stron, znak, że Powstanie objęło całe miasto. Na naszym odcinku był spokój. Mieszkańcy pobliskich domów przynieśli nam jedzenie i wiadomości. Ktoś był w Śródmieściu. Opowiadał, że cała dzielnica jest w naszych rękach, na ulicach wiszą biało-czerwone flagi. Zaczęło padać. Zajęliśmy na noc kuchnię w drewnianym domku grabarza, który stał tuż obok cmentarza. Pani „Anna” przygotowała kolację. „Pakulski” – nie byłby sobą, gdyby czegoś nie majstrował – wręczył mi uroczyście dwie gwiazdki wycięte z puszki od konserw, które pani „Anna” przyszyła mi do furażerki. Ktoś zaproponował, byśmy powiedzieli swoje prawdziwe imiona i nazwiska, których mimo długiej wspólnej konspiracyjnej służby nie znaliśmy. Nie pasowały jakoś do osób i nadal zostaliśmy przy konspiracyjnych pseudonimach.
Zrobiło się ciemno. Tylko pojedyncze strzały przerywały ciszę nocną. Łuny dookoła nas dopalały się powoli. Sprawdziłem posterunki. Na naszym odcinku nadal nic się nie działo.

Tej właśnie nocy, na wiadomość o wybuchu Powstania Warszawskiego, Himmler wydał telegraficzny rozkaz zamordowania w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen generała „Grota”-Roweckiego, pierwszego Komendanta Armii Krajowej.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Komentarze

comments

wróć na początek