Kategoria: Okupacja w Warszawie

Łączność

Żeby nasze pracownie mogły funkcjonować i współdziałać ze sobą i z innymi komórkami AK – niezbędna była konspiracyjna łączność. Przekazywanie – pod okiem żandarmerii i gestapo – tajnych informacji i materiałów.

Oficjalna poczta nie wchodziła w grę. Przez telefon można było przekazać tylko prostą i odpowiednio zaszyfrowaną wiadomość. „Jutro o 10-ej u «Gajewskiego»” – oznaczało dla „Elżbiety”, że mamy się spotkać w pracowni fałszywych dokumentów w Zakładzie Architektury Polskiej. „Kup pastę do zębów w perfumerii” – zawiadamiało „Krystynę”, że ma dodatkowo odebrać pocztę ze „skrzynki” na Marszałkowskiej. „Teresa zachorowała” – wystarczało, by przekazać wiadomość o aresztowaniu łączniczki. Nieraz nawet naiwny „spontaniczny” szyfr był skuteczny. „Pada deszcz na moście Kierbedzia” – ostrzegało bez względu na pogodę o łapance w tym rejonie
.
Telefon, poza wypadkami alarmowymi, pełnił jednak tylko rolę pomocniczą. Rozkazy, meldunki, zamówienia, fałszywe dokumenty, „towar”, tajną prasę, broń – należało przekazywać codziennie i niezawodnie. Od tego była konspiracyjna poczta działająca w „Agatonie” poprzez: sekretariat, łączniczki, „skrzynki pocztowe” i lokale kontaktowe. Ogniwem łączącym i sterującym był sekretariat. Tu trafiała poczta zewnętrzna, łącząca nas ze wszystkimi wydziałami wywiadu i pocztą centralną Komendy Głównej, a przez to ze wszystkimi komórkami i oddziałami AK, tu skupiały się powiązania wszystkich naszych pracowni.

Poczta zewnętrzna przenosiła polecenia i rozkazy, zamówienia na dokumenty i skrytki, materiały do obróbki fotograficznej, dokumenty niemieckie do wykorzystania, tajną prasę, raz na miesiąc pieniądze, czasem lekarstwa, ciepłe skarpetki, rękawiczki, buty. Pocztą wewnętrzną szły materiały i zamówienia do pracowni, wracały wykonane roboty.

Początkowo prowadziłem sekretariat sam, potem w miarę rozbudowy „Agatona” – od jesieni 1942 roku do Powstania – razem z Janiną Morawską – „Dorotą”, literatką. Zyskałem świetną kierowniczkę odpowiedzialnej roboty, przyjaciela – a po latach – pierwszego recenzenta początków tych moich wspomnień. Urzędowaliśmy z „Dorotą”, codziennie rano przez kilka godzin, w prywatnych mieszkaniach, u osób, które wiedziały, co się dzieje w naszym pokoju (m. in. w gościnnym domu państwa Maringe’ów na Kolonii Lubeckiego). Częste zagrożenia zmuszały do częstych przenosin, bo wpadka sekretariatu byłaby szczególnie niebezpieczna dla całego wydziału.

Oficjalne wyposażenie sekretariatu reprezentował kalendarz (bez żadnych na nim zapisków) i przybory do parzenia kawy. Nie było notatek, regałów, kartotek, telefonów, interesantów, konferencji. Za to duża skrytka podłogowa do przechowywania pozostałej na następny dzień poczty, przenośnej maszyny do pisania, cienkiej bibułki do korespondencji i broni. W późniejszym okresie przybyły jeszcze do skrytki pieczątki i firmowe koperty jednej z instytucji niemieckich, w które pakowaliśmy wychodzącą od nas pocztę.

Żadnych dzienników korespondencji, protokołów zebrań, „planów produkcji” i sprawozdawczości. Jedyne krótkie sprawozdanie – to miesięczny preliminarz kosztów i rozliczeń. Za to torba „Doroty” wracającej z rannego spotkania z łączniczkami wypchana była (do skrytki to się często nie mieściło) zawartością, która postawiłaby w stan alarmu niejeden referat gestapo. A nijak nie pasowała do szczupłej, starszej pani, spacerującej z ratlerkiem na smyczy! Podobnie „nie pasowało” spokojne mieszkanie „Doroty” – Janiny i Franciszka Morawskich na ulicy Śmiałej 22. Odbywały się tam regularnie konspiracyjne koncerty i wieczory lub raczej – ze względu na godzinę policyjną – popołudnia literackie. Na fortepianie grywał Jan Ekier, występował kwartet smyczkowy (Franciszek Morawski, architekt, był utalentowanym skrzypkiem), teksty recytowała Maria Wiercińska, siostra „Doroty”.

„Dorota” kierowała pracą łączniczek. Przydzielała im robotę, ustalała schematy połączeń, „łatała dziury” powstałe na skutek niedokładności i pomyłek, łapanek i aresztowań. Niedokładności i pomyłek – jak na pięćdziesiąt spotkań odbywanych codziennie – było niewiele, łapanek i aresztowań znacznie więcej. Na trzynaście łączniczek „Agatona” pięć zostało aresztowanych i wywiezionych do obozów koncentracyjnych. Gdy poczta nawaliła, gdy nie było łączniczki w umówionym miejscu, przeżywaliśmy oboje z „Dorotą” za każdym razem to samo uczucie strachu o kogoś bliskiego, za którego byliśmy odpowiedzialni. Rozdzielając zamówienia i pocztę, przydzielaliśmy każdemu z kolegów zadanie i niebezpieczeństwo. „Dorota” nie umiała czekać spokojnie. Wbrew zaleceniom, wbrew systemowi zapasowych „skrzynek” i poczty alarmowej mającej sygnalizować zagrożenia i wyjaśniać opóźnienia, chodziła sama w miejsce niedoszłych spotkań, wyczekiwała, sprawdzała „skrzynki”.
– Nie chodź tam, ja to sprawdzę.
– Babom zawsze łatwiej – usprawiedliwiała przede mną swoją odwagę.

Gdy rano przynosiłem teczkę, w skrytce której ledwie się mieściły odebrane z pracowni poprzedniego wieczora pilne zamówienia, „Dorota” zrzędziła:
– Tyle razy przyrzekałeś, że nie będziesz sam tego nosił. Od tego są łączniczki.
Po czym wyciągała ze swej torebki komplet dokumentów zlikwidowanego gestapowca, który dostała wieczorną pocztą i dla szybszego przekazania do pracowni foto nie zostawiła w „skrzynce”, ale zabrała ze sobą do domu.
– To już ostatni raz – zapewniała.

Była nie tylko szefową łączniczek i łączników, ale ich troskliwą opiekunką.
– Warto by zdobyć dla „Anny” jakieś palto.
– Trzeba dać „Sławie” dwa tygodnie przymusowego urlopu i wysłać ją na wieś, żeby się odespała i porządnie najadła, bo fatalnie wygląda i coraz bardziej kaszle.
– „Adam” spóźnił się dziś, ale przecież nie ma porządnego zegarka.
– Musimy „Kazia” wysłać do lekarza.

Dwuletni niemal okres pracy sekretariatu przeszliśmy bez wpadki, choć strachu i emocji najedliśmy się nieraz. Zwłaszcza podczas tych kilku tygodni, gdy sekretariat – z braku innego lokalu – musiał działać w służbowym mieszkaniu na Nowogrodzkiej róg Pankiewicza. Na klatce schodowej kwitł na wpół legalny handel z żołnierzami niemieckimi sprzedającymi bieliznę, części umundurowania i amunicję. Trudno było przyzwyczaić się do odgłosu niemieckich rozmów, tupotu podkutych butów. Przeprowadziliśmy się stamtąd do cichego i spokojnego, dwupokojowego mieszkania „Elżbiety” i „Wojtka”, w nie istniejącym dziś domu na Steinkellera na Podzamczu. I właśnie tam byliśmy o krok od wpadki. Segregowaliśmy obfitą tego dnia pocztę. Przerwał nam dzwonek. „Wojtek”, gospodarz lokalu, poszedł otworzyć. Sprawdził przez wizjer w drzwiach: dwaj umundurowani Niemcy i znajomy „Wojtka” Jacek Kuna, zatrudniony jako tłumacz w niemieckim zarządzie budynków zamkowych. Na schowanie poczty do skrytki nie mieliśmy czasu, a zbyt długo trzymać Niemców przed drzwiami nie mogliśmy, zwłaszcza że zapewne słyszeli, iż w mieszkaniu ktoś jest. Przyszli sprawdzić stan mieszkania. Zachowywali się grzecznie, weszli do kuchni i łazienki, potem do pierwszego pokoju.

Paradoksalność sytuacji polegała na tym, że bardziej zagrożeni byli wówczas ci dwaj Niemcy niż my. Gdyby weszli do drugiego pokoju, zanim zdążylibyśmy ukryć rozłożoną pocztę, lub gdyby chcieli skrupulatnie przejrzeć ten pokój, to nie moglibyśmy ich wypuścić z mieszkania.
Pod jakimś pozorem tłumacz – który zrozumiał ostrzeżenie „Wojtka” – przekonał Niemców, że nie warto oglądać drugiego pokoju.

Nie mieliśmy szczęścia do tego lokalu. W dniu pogrzebu Kutschery Niemcy wysiedlali mieszkańców z budynków znajdujących się opodal trasy pogrzebu. Z domu na ulicy Steinkellera również. Obstawili budynek, kazali wychodzić, nic nie wynosić, klucze zostawić u dozorcy. Nie wiadomo było, co zrobią z mieszkańcami, czy pozwolą wrócić. Po pogrzebie zwinęli posterunki, odjechali. Dozorca zwracał klucze. „Spaliliśmy” ten lokal. „Wojtkowie” przenieśli się na Sadybę, sekretariat na ulicę Solną. I tak już zostało do Powstania.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Komentarze

comments

wróć na początek