Kategoria: Anglia 1941 - 42,zmodyfikowane

Szkoła oficerów wywiadu

Z początkiem 1941 roku zostałem oficjalnie powołany na Kurs Doskonalący Administracji Wojskowej. Odmeldowałem się w dowództwie dywizjonu, pożegnałem się z baterią. Wraz ze Stefanem Majewiczem pojechaliśmy do Londynu.

W Londynie poczułem się bliżej wojny. W golfowo-uniwersyteckim St. Andrews o nieprzyjacielu mówiły komunikaty radiowe i prasa. W Londynie już pierwszego wieczora syreny alarmowe zapowiedziały nalot nieprzyjacielski.

Szkoła oficerów wywiadu mieściła się w okolicy Bayswater, w nowoczesnym biurowcu, wypełnionym solidnymi brytyjskimi firmami.

Przywitał nas siwy pułkownik, znany mi z rozmowy w dowództwie korpusu. Pułkownik Stefan Mayer, komendant szkoły i dyrektor nauk. Wybitny fachowiec wywiadu, spec od zagadnień niemieckich. W Londynie przeżywał drugą młodość, całym sercem oddany szkoleniu oficerów wywiadu do nowych zadań w kraju. Kadrę wykładowców stanowili: major Nowiński, zastępca dyrektora, i kapitan Wraga-Niezbrzycki, którzy prowadzili wykłady, oraz prowadzący ćwiczenia praktyczne: doktor Hartman, major Mrazek, porucznik Eysmont i porucznik Kobus. Zespół stałych wykładowców polskich uzupełniali, zapraszani do specjalnych tematów, fachowcy angielscy i polscy.

My, uczniowie pierwszego rocznika szkoły 1941/42, to trzydziestu młodszych oficerów z różnych jednostek Wojska Polskiego w Wielkiej Brytanii, z przewagą rezerwistów o różnych przedwojennych zawodach i zainteresowaniach. Wśród uczniów szkoły spotkałem dwu starych znajomych: Janusza Zalewskiego, kolegę z Wydziału Architektury, z którym rozstałem się w Bressuire, i Janka Jokiela, przyjaciela z lat dziecięcych, który w Anglii z dumą nosił szarobłękitny mundur lotnika.

Szkoła oficerów wywiadu stanowiła fragment prowadzonego w Wielkiej Brytanii szerokiego programu szkolenia oficerów dla potrzeb kraju. Całość obejmowała specjalności najpotrzebniejsze do konspiracyjnej walki w kraju: dywersja, wywiad i łączność. W cichociemnej gwarze szkoła wywiadu znana była jako „kurs gotowania na gazie”, dywersja – jako „kurs korzonkowy”, a łączność – tradycyjne „druciki”, choć w dobie krótkofalówek i radaru niewiele z drutami mieli do czynienia.

Szkolenie, przez które przeszliśmy w Londynie w 1941/1942 roku, różni się zapewne od dzisiejszej wiedzy oficera wywiadu tak samo jak drewniany samolot od ponaddźwiękowego odrzutowca. Ale egzamin z umiejętności nabytych na Bayswater przyszło nam zdawać przed Abwehrą i gestapo – a to byli wymagający egzaminatorzy.

Wykłady obejmowały trzy grupy tematów:
– teoria, zadania i organizacja wywiadu
– wiadomości o III Rzeszy
– wiadomości o okupowanej Polsce.

Ćwiczenia dotyczyły techniki wywiadu, a mianowicie: fotografię, chemię, szyfry, łączność, podstawy dywersji, ślusarkę, naukę jazdy i wychowanie fizyczne.

Teoria. Zadania i organizacja wywiadu zapoznawały nas z zasadami zdobywania informacji i oceną ich przydatności, z organizacją własnego wywiadu i kontrwywiadu oraz z zadaniami oficera wywiadu, prawidłami i warunkami jego pracy. Teoria ilustrowana była rozwiązywaniem pozorowanych zadań i omawianiem sytuacji, z jakimi mogliśmy się spotkać w kraju.

Wiadomości o III Rzeszy ograniczały się do podstawowych informacji o armii, lotnictwie i wojennej marynarce niemieckiej, o ustroju politycznym Rzeszy, o przemyśle, organizacji NSDAP, SS i formacji pokrewnych oraz policji, ze szczególnym uwzględnieniem naszych przyszłych kontrpartnerów: niemieckiego wywiadu i gestapo.

Sytuację w okupowanej przez Niemców Polsce poznawaliśmy ze specjalnych komunikatów i wydawnictw opracowywanych przez Rząd Polski w Londynie, z wykładów oraz prasy krajowej: zarówno z polskiej prasy konspiracyjnej, jak i z okupacyjnych gadzinówek.

Wbrew intencjom hitlerowskiej cenzury i urzędu propagandy GG nawet zakłamany i podły „Nowy Kurier Warszawski”, wydawany przez Niemców, zawierał źródło prawdziwych informacji: drobne ogłoszenia. Drukowana petitem gorzka lekcja o warunkach codziennego życia w Warszawie. Po wojnie odnalazłem w Archiwum m. st. Warszawy na Krzywym Kole te same numery szmatławca, które w roku 1941 studiowałem w Londynie.

Poszukiwania rodzin, remanent wrześniowych strat: „W czasie od 1.9.1939 r. zaginął podchorąży Lubczak Mieczysław, lat 26. Przasnysz. Straż graniczna. Kto mi pragnie pomóc w odszukaniu, dane kierować do PCK Warszawa. Za dobre serce dziękuję.”
Kupno i sprzedaż, komunikat o trudnościach i biedzie: „Palto damskie, czarne, zimowe, średnia miara. Sprzedam prywatnie – Polna 32 m. 6.”
„Karbid, lampy karbidowe. Palniki «Strażak» – Zgoda 12.”
„Zelówki 4,50 mocne ze skórgumy. Hurt-Detal «Azet» – Boduena 4 m. 3.”
„Kupię wszystko – sklep krawiecki – Emilii Plater 30.”

Urodzaj na wróżki, jasnowidzów i chiromantów, którzy obiecywali osłonić przed grozą jutrzejszego aresztowania, zastąpić brak wiadomości od najbliższych, przybliżyć upragniony koniec wojny: „Znana jasnowidząca, inżynierowa Urbanowiczowa widzi, słyszy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość – Rakowiecka 47 m. 1.”
„Wróżę zdumiewająco trafnie z kart, z fotografii o osobach oddalonych – Wilcza 14a-20.”
„Tais Estri – mówi przyszłość pięcioma językami – Wilanowska 18-34.”
„Słynna chiromantka «Carmen» – wróży nieomylnie – Wilcza 44 m. 8.”

Z małego ogłoszenia wyzierała ludzka tragedia i nieprzebierająca w środkach drapieżna zapobiegliwość: „Z dzielnicy żydowskiej kupię prasy, mieszadła, inne maszyny – Oferty: Italskie Biuro Handlowe, Chmielna 44.”

Któregoś dnia pułkownik Mayer wprowadził na salę wykładową jakiegoś cywila. Byliśmy przyzwyczajeni do różnych odwiedzin. Odwiedzali nas dygnitarze z „Rubensa”, wizytujący naszą szkołę, rzadziej angielscy spece wywiadu. Przybyły miał nam mówić o sytuacji w kraju. Właśnie stamtąd wrócił. Mówił rzeczowo i skromnie o swych zadaniach, o podróży do Polski. Dla ukrycia swej misji przed niemieckim wywiadem zatoczył olbrzymie koło. 7 listopada 1940 roku wystartował z Londynu wodno-płatowcem do Lizbony, stamtąd samolotem do Gambii, z niej do Freetown w Sierra Leone i dalej do Lagos w Nigerii. Po trzydniowej przerwie dalej samolotem przez Lebenge i Stanleyville w belgijskim Kongo i Chartum w Sudanie do Kairu. Postój, kontakt z polską bazą łączności z krajem, nowy samolot i skok przez Liddę w Palestynie i Nikozję na Cyprze do Addany w południowej Turcji. Dalej pociągiem: Ankara, Stambuł, Saloniki, Skopje i Belgrad do Budapesztu. Nowy kontakt z polską bazą, i pociągiem – z przewodnikiem – do Losancz. Dwa odcinki taksówkami w stronę granicy i 21 godzin marszu przez góry, na mrozie i śniegu. Nareszcie Polska. Nocleg w Żubraczach, pieszo do Kamionki, sankami do Sanoka i pociągiem do Warszawy. 42 dni podróży.

Słuchałem urzeczony. Był w Warszawie, może przechodził obok mojego domu, obok kogoś z moich najbliższych. Mówił o organizacji podziemnej, o zadaniach oficera wywiadu, które nas czekają, o warunkach codziennego życia w okupowanej Warszawie. Pierwszy raz słyszałem słowa „godzina policyjna”, „łapanka” od kogoś, kto się bezpośrednio z nimi stykał. Tak poznałem w Londynie pułkownika „Antoniego” – „Hellera” (Kazimierza Iranka-Osmeckiego). W dwa lata później w Warszawie na Skwerze Wielkopolskim przy ulicy Wawelskiej zameldowałem się u niego jako u kolejnego szefa II Oddziału Sztabu Komendy Głównej AK.

Program naszych ćwiczeń sprawiłby gorzki zawód miłośnikom szpiegowskich książek, filmów i seriali TV. Szkoła przypominała raczej technikum niż przedsionek do tajemniczych przygód.
Fotografia. Ćwiczenia prowadził, zawsze gdzieś się spieszący, sympatyczny porucznik Eysmont, rozmiłowany w fotograficzno-wywiadowczym rzemiośle. Z niemałym trudem wpajał w nas abc fotograficznego fachu, potem już bardziej wyszukany dział foto związany z podrabianiem dokumentów i pieczęci, aż do precyzyjnej mikrofotografii, przydatnej w przekazywaniu wywiadowczych meldunków. Miłośnicy fotografii kręcili nosami. Zamiast studiów portretowych – precyzyjne powiększenia niemieckich pieczęci, zamiast reportaży z londyńskiej ulicy – wycienianie taśmy filmowej.

Osobny dział, przyczepiony trochę na siłę do pracowni foto, stanowiła nauka „kaligrafii”, to znaczy podrabiania podpisów. Brzydka to umiejętność, usprawiedliwiona jedynie potrzebami wojennej konspiracji i wywiadu. W pracowniach fałszywych dokumentów wywiadu AK w Warszawie korzystałem z tych wprawek kaligraficznych wielokrotnie i z powodzeniem, zastępując w składaniu podpisów szefów wielu hitlerowskich instytucji. Na szczęście żandarmeria, Abwehra i gestapo nie zatrudniały zbyt wielu biegłych grafologów.

Pachnący, elegancki, zawsze uśmiechnięty dr Hartman prowadził zajęcia i wykłady z chemii. W tej dziedzinie spis tematów był już znacznie bardziej atrakcyjny: trucizny i odtrutki, narkotyki, atramenty sympatyczne i wykrywacze oraz inne chemiczne środki i zabiegi przydatne przy fałszowaniu dokumentów i przekazywaniu meldunków. Oba pierwsze działy poznaliśmy tylko teoretycznie, ku wyraźnemu zmartwieniu dr Hartmana, który zacierając ręce, wśród uśmiechów i anegdot, pokazywał próbki i dyktował mrożące krew w żyłach trucicielskie recepty. Poza tym cała ta nasza chemia zalatywała pralnią chemiczną i kuchnią.

Dokumenty Oddziału VI Sztabu Naczelnego Wodza z zasobu Studium Polski Podziemnej w Londynie

Uczono nas szyfrów. Przede wszystkim prymitywnych, „domowych” szyfrów na własny użytek oraz zasad i sposobów posługiwania się szyframi cyfrowymi. Wyniosłem z tych lekcji szacunek dla tej ciekawej wiedzy oraz podziw dla szyfrantów AK, którzy pośród łapanek i nocnych rewizji, bombardowań i powstańczych pożarów umieli zachować zimną krew i precyzję w tym trudnym fachu, który nie toleruje pomyłek.

Ćwiczenia z łączności, prowadzone przez majora Mrazka, obejmowały podstawowe wiadomości teoretyczne, obsługę prostszych aparatów i urządzeń oraz długie godziny przy „brzęczyku”, ćwiczeń w nadawaniu i odbiorze alfabetu Morse’a. Te ostatnie prowadził gruby sierżant, popularnie „Brzęczykiem” zwany, który potrafił mnie doprowadzić do takiego stopnia zaawansowania, że szybkość stu znaków na minutę w odbiorze i w nadawaniu nie sprawiała mi trudności.

W zastępstwie króla warszawskich kasiarzy, sławnego przed wojną „Szpicbródki”, rezydował wśród imadeł, pilników i wierteł porucznik Kobus, mechanik-warsztatowiec z broni pancernej. Ćwiczenia, które prowadził, miały nas nauczyć otwierania co prostszych zamków i podrabiania kluczy.

W prowadzonej przez tegoż porucznika Kobusa nauce jazdy należałem do szkolnej czołówki. Nie załamałem się nawet wówczas, gdy po raz pierwszy znalazłem się za kierownicą szkolnego studebakera wobec zielonych świateł na Hyde Park Corner. Pięćdziesiąt tysięcy samochodów przejeżdża dziennie przez to skrzyżowanie i wszystkie jadą lewą stroną!

Wychowanie fizyczne sprowadziło się do wiosłowania w ósemce na Tamizie, pływalni, gimnastyki i zaprawy dżudo. Zjawił się „profesor”, czerstwy staruszek, o wyglądzie dobrotliwego dziadka z amerykańskiego filmu. Stanął na macie ubrany w przepisową białą bluzę i szerokie spodnie. Prosił, by go atakować.

Ktoś próbował go popchnąć, ale sam się przewrócił. Następna próba była już znacznie mniej delikatna. Ale atakujący nie trafił profesora i gdyby nie pomoc starszego pana, leżałby jak długi. Staruszek promieniał. Przedstawił się. Przez dwadzieścia lat był kapitanem policji w Szanghaju i coś niecoś jeszcze pamiętał z tamtych lat. Wyjaśnił, że będzie nas uczył nie klasycznego dżudo, ale odmiany bardziej dostosowanej – jak to podkreślił – do „potrzeb specjalnych”. Doprowadzenie każdego chwytu do końca powoduje „trwałe uszkodzenie ciała przeciwnika”. Na ćwiczeniach końcówkę chwytu zastąpi jej opis. Na zakończenie kursu życzył, byśmy mieli jak najwięcej okazji pełnego wykorzystania nabytej wiedzy. Miły starowina.

W miarę postępu w naukach pojawiały się specjalne przedmioty i spece wykładowcy. Na pierwszy rzut oka trudno było odgadnąć ich zainteresowania.

Zajeżdża czarna, nobliwa limuzyna. Nie za nowa, dostatecznie niemodna, bardzo angielska. Wysiada z niej starszy pan ubrany na czarno, w czarnym kapeluszu, z parasolem. Za nim sekretarka niesie grubą teczkę. Z wyglądu, sposobu bycia i przesadnie poprawnego Oxford-English anglikański pastor. Wykład: „Technika podpalania i wysadzania w powietrze statków”.

Zamyślony, nieśmiały, młody człowiek, o tęsknym spojrzeniu niedoszłego poety, któremu zły los kazał być buchalterem – „Wywiad, dywersja i sabotaż kolejowy”.

Powyższy tekst jest skrótem fragmentów książki „Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie”.

Komentarze

comments

wróć na początek